Inne · 7 min czytania
Miłość wyznana poprzez śmierć
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Ja się chyba zaraz zabiję. Oszaleję, czuję się jak w więzieniu. Nie mogę tu dłużej stać i patrzeć się jak moja nieodwzajemniona miłość leży na łóżku i walczy z życiem. W dupie mam tych cholernych lekarzy, którzy cały czas mówią mi że będzie dobrze. Nie! Wcale nie będzie, ona cierpi, a nikt tego nie dostrzega, tylko ja. Dziewczyna leży na białym łóżku, pośród różnych sprzętów, których i tak nie rozumiem. W całym pomieszczeniu biegają pielęgniarki. Patrzę jeszcze raz na Vivienne, jej blada cera jest jeszcze bardzie bielsza niż zwykle, blond włosy są opadnięte na wszystkie strony, malinowe usta są sine i spuchnięte. Ile ja bym dał, żeby przeżyła, żebym mógł choć raz spróbować jej cudnych ust, jeszcze raz zobaczyć jej cudny uśmiech. Dał bym wszystko. Dlaczego ona tu leży?! Dlaczego ja tu nie leżę?! Ja powinienem tam leżeć, wyrządziłem dużo złego, a ona? Nie! Ja zabiłem dwie osoby a wiele pobiłem do nieprzytomności, ona nie zabiła nawet muchy. Ja należę do najniebezpieczniejszego gangu w mieście, ona jest zwykłą uczennicą liceum... Nie wytrzymuję, wpadam bez opamiętania do sali i nie zwracając na nikogo uwagi, podbiegam do Vivienne. Jestem już naprzeciwko jej twarzy. Łzy powoli wypływają z moich powiek, a złość we mnie jest wielka, rośnie za każdym razem kiedy myślę że mogę ją stracić. Nagle czuję czyjeś ręce na moich nadgarstkach. Ochroniarze próbują mnie wywalić z sali. Normalnie dał bym w gębę temu typowi, ale Vivienne nie chciała by czegoś takiego w tej sali. Normalnie jak człowiek wychodzę z sali i po raz ostatni spoglądam na dziewczynę która jest najważniejsza dla mnie. Muskularnego ochroniarza jakoś tak po czterdziestce tracę z pola widzenia. Podchodzę pod okno przez które wpatrywałem się przez jakieś trzy godziny, zauważyłem zasłony. Nie mogę jej zobaczyć, nie mogę zobaczyć co się z nią dzieję! Z całej siły walę pięścią w okno, które jest z plastiku więc się nie roztrzaskuję. Muszę na czymś wyładować złość, więc tym razem kopię nogą w krzesło na którym nie nie siedzi. Wiem że wyżywanie na rzeczach nic mi nie da, ale choć na chwile mogę oderwać się od rzeczywistości. - Proszę pana, to jest szpital! - wrzasnęła na mnie młoda pielęgniarka która właśnie zauważyła to co robię. - Huj mnie to obchodzi - warknąłem. - Mam wezwać ochronę - pogroziła mi. Odwróciłem się do niej plecami i opadłem bezwładnie na krzesło które przed chwilą kopałem. Pewnie zastanawiacie się dlaczego Vivienne leży w szpitalu? Przeze mnie, przez to że powiedziałem jej że jestem w gangu. Vivi miała zawsze słabe serce, ale nie wiedziałem że to doprowadzi ją do takiego stanu. Jednak musiałem jej to powiedzieć bo nie chciałem przed nią mieć żadnych sekretów. Wszystko to moja wina, jestem zwykłym dupkiem. Nagle drzwi od sali się odtworzyły a z nich wyszła młoda pielęgniarka o rudych jak ogień włosach. Rozejrzała się wokoło, nie zwracając uwagi na mnie. Szybko poderwałem się na nogi i już kiedy pielęgniarka miała iść w prawą stronę, szybko złapałem ją za ramię. - Przepraszam co z nią? - zapytałem niepewnie. - A pan kim jest? - zapytała i spojrzała na mnie pytająco. - Jestem jej narzeczonym - skłamałem żeby mnie wpuścili, choć tak naprawdę byłem tylko jej przyjacielem…