Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 30 min czytania

Miniarmageddon

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Opowieści ze Świata Czarowników Prolog: Miniarmageddon

Wyjaśnienie, skąd się wzięły CZAROWNIKI w moim życiu i dlaczego duchy postanowiły zdemolować mi mieszkanie.

Gdzieś pośród bezkresnych przestrzeni wszechświata zalęgła się boska pchła, odpad wielkiej myśli stwórcy, który wszystko zaplanował, lecz nie przewidział, że ten śmieć rozpleni się jak robactwo po swojej malutkiej, nic nieznaczącej planecie i zapragnie wkrótce poznać swego stworzyciela tylko po to, aby mu dorównać, być może nawet go przerosnąć. Człowiek – homo. Homo homini lupus – ecce homo. Człowiek to takie dziwne stworzenie, które przekonane o swojej wielkości i nieomylności żyje absolutnie nieświadome, że tuż obok rozgrywa się jednak odwieczna walka dobra ze złem. Niektórzy ludzie twierdzą, że kieruje nimi Bóg, jakaś enigmatyczna istota z kosmosu, która ma nas wiecznie w głębokim pow… to znaczy w opiece. Inni twierdzą, że wśród praojców mamy tuzin małp, małpiatek i półgłówków, co znajduje liczne potwierdzenia, na podstawie obserwacji własnych, w życiu codziennym. A jak jest naprawdę? Kim tak naprawdę jest najdoskonalsza maszyna pana Boga, człowiek? Co nim kieruje i dlaczego zaświaty aż tak bardzo się uwzięły na niego, aby przeważyć szalę na stronę dobra lub zła? Oto tajemnica wiary, nad którą zastanawia się czasami każdy z nas. Szczególnie, kiedy coś go gryzie od środka.

Siedziałem w moim własnym, prywatnym pokoju na ozdobnym krześle, jak zwykle wpatrzony w okno i jak zwykle przeżuwałem moje niesamowicie przyziemne dylematy moralne. Za oknem sączył się powoli z nieba deszczyk, lecz nie miałem najmniejszej ochoty sprawdzać, czy był tak letni i przyjemny, jak zwykli go opiewać poeci. Moje dylematy niekoniecznie były w stylu "kurcze, czy ona miała szesnaście lat?", lecz coś w tą mańkę, czyli zżerała mnie totalna chandra o podłożu egzystencjalnym. Trudno powiedzieć, czy za moknącymi szybami usiłowałem się doszukać istoty jestestwa, ale to chyba zresztą zrozumiałe, gdy weźmie się pod uwagę fakt, że jestem przerażająco nielogicznym facetem w tak okropnie logicznym świecie. Zresztą, logika (z matematycznego punktu widzenia) raczej zaliczana jest do nauk ścisłych, ja natomiast czułem się taki.... nieścisły, wręcz rozlazły, jeżeli tylko wiecie, co mam na myśli. Lenistwo i kiepski humor wyciekały z mojej ziemskiej powłoki i rozlewały się po moim pokoju jak smoła z przedziurawionej beczki. Patrząc na to z perspektywy czasu, smoła nie była wcale najgorszą rzeczą, jaka mnie tego popołudnia spotkała. Tym bardziej, że była to smoła egzystencjalna, że tak powiem, esencja moich przemyśleń wymieszana ze szczyptą beznadziejnego humoru. Trochę jednak wyprzedzam wypadki. Dość, że nastrój miałem parszywy, a w środku mojego jestestwa toczyła się jakaś dziwna walka samego ze sobą. Wziąłem głębszy wdech usiłując rozkoszować się powietrzem i zamknąłem oczy. Niestety, zamiast się uspokoić wkurzałem się jeszcze bardziej, nie ważne, o co! Grunt, że z jednej strony narastała we mnie bezsilna złość, z drugiej natomiast bezgraniczna i niczym nieuzasadniona miłość do całego świata połączona z jakimś dziwnie nieznanym spokojem. Przy okazji cały czas miałem przed oczami mój problem, podstawę moich różnych przemyśleń na każdy temat niezwiązany z gwoździem programu. Nieważne, jak ładny i jak krągły był mój problem - był i nie dawał mi spokoju, a przy okazji wywoływał lawinę niepotrzebnych emocji i zupełnie sprzecznych uczuć. Więc siedziałem wpatrzony w okno i kiedy tak sobie przelewałem płynną złość w czystej postaci do mojej lepszej, lecz pustej połowy wewnętrznego JA jak do pustego naczynia, z tej dobrej, pozornie pustej, wyciekało coś równie ohydnego i wpadało wprost do złej połowy mojego JA, niszcząc po drodze wszystko, co napotkało.

- Powinieneś się uspokoić i zastanowić się nad tym. - powiedział nagle tuż obok jakiś czarująco znany, aksamitny głosik. Spojrzałem w bok zdumiony, bo przysiągłbym, że w mieszkaniu byłem sam, a śpiący w przedpokoju pies nie przemówiłby do mnie tak czystą polszczyzną za żadne skarby świata. Możecie mi wierzyć, prawie zbaraniałem. A wiele mi nie było trzeba! Całe szczęście, że zbaraniałem tylko do połowy, bo przynajmniej mogłem ocenić sytuację na trzeźwo, ale sami przyznacie, że każdy z was zgłupiałby widząc... dziwną, przejrzystą i jasną postać z dobrodusznym uśmieszkiem i SWOJĄ twarzą. Nad głową tego czegoś, co roboczo ochrzciłem sobie ANIOŁEM, jaśniała bladoniebieska poświata, dlatego miałem od razu takie niestosowne skojarzenie. I wtedy zrozumiałem: to moje lepsze JA przyszło mnie uratować i przywrócić spokój wewnętrzny. - Więc co mam robić? – zapytałem. - Och, po prostu nie denerwuj się. – odparł mój niebieski JA z błogim uśmiechem. - Tobie to łatwo mówić, ale ty sobie wrócisz z powrotem do niebios, a ja tu zostanę nadal z tym wszystkim na głowie. - Ależ wprost przeciwnie! Twoje zmartwienia są także moimi zmartwieniami i w moim interesie leży, aby je załagodzić... - Chrzanisz, tobie to już nawet interes nie leży! - odezwała się gdzieś z przeciwległego boku jeszcze jedna postać, tym razem o barwie brunatno-szarej, z co najmniej trzydniowym zarostem i... MOJĄ twarzą. Pominę takie szczegóły, jak małe różki, kopyta i ogon, natomiast lekko czerwonej, jakby płonącej aury wokół postaci pominąć nijak nie mogę. Przy okazji pragnę zaznaczyć, że wtedy właśnie zbaraniałem do reszty i poza skromnym "beeee!" nie byłem w stanie wypowiedzieć ani słowa. Po ludzku, oczywiście. Poza tym potulnie czekałem jak owca na rzeź. - Sieg Heil, kretynie! - to powitanie skierowane było chyba do mnie... Odruchowo podniosłem do góry dłoń i po chwili poczułem się jak ostatni baran. - Cholera, zawsze musisz się wtrącić?! - zirytował się "niebieski". - Ktoś musi przecież obronić tego biedaka! Widząc ich poważne miny i jeszcze poważniejsze zamiary zrobiło mi się tego wspomnianego biedaka żal. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że ta ratowana sierotka, to ja we własnej osobie, bez dodatkowych kolorów w poświacie. - Przed kim? Przed tobą? - Przed samym sobą, ciemnoto granatowa. - Tylko bez poufałości! – niebianin pogroził palcem. - Spieprzaj! - Słuchajcie. – przerwałem tą przeuroczą konwersację. - Skoro już tu jesteśmy, to może znaleźlibyśmy jakieś wspólne rozwiązanie problemu? - Z nim? - żachnął się "czerwony". - Nigdy! Prędzej mi kaktus na jajach wyrośnie! Auuuuuuuu...! Faktycznie, wygladało to, jakby na jajach zaczął mu rosnąć kaktus, ale to już mnie wcale nie zdziwiło. Na wszelki wypadek niepostrzeżenie ześlizgnąłem się z krzesła i wlazłem pod stół, gdyż znalem swój charakter, jak własny, wiecznie pusty portfel i wiedziałem, że raczej nie trzeba mi wiele do wszczęcia awantury. Szczególnie z samym sobą, szczególnie przy takim nastroju - O skubańcu niebieski! - wrzasnął "czerwony" i w tym momencie aureola anielska zamieniła się w bryłę gorącego budyniu. - Jooooohuuuuuuuuuuuuuuuu! - zawył Anioł zlany gorącą mazią. W powietrzu zapachniało przypalonym mlekiem. - He, słowo daję! Pavarotti! - Oż ty! Już ja ci dam takiego bobu, aż ci się odechce wysokiego CE! Podniosłem obrus, który zasłaniał mi górną część widoku. Obydwaj oponenci przeskoczyli w przeciwległe rogi pokoju wykorzystując moje posagowe meble jako naturalne schronienie. Po chwili wiedziałem, przed czym. Oto przez pokój przemknęło kilka błyskawic, czemu odpowiedziało kilka wybuchów czerwonych kul ognia nadlatujących z przeciwnej strony. Wielki, rzeźbiony kufel na piwo, będący ozdobą mojej góralskiej półeczki, rozprysł się na kilkadziesiąt drobnych kawałeczków. Po chwili szlag trafił mój skrypt z mechaniki, ale tego akurat nie żałowałem. - Cholera jasna! – wrzasnąłem. – Tylko nie w moja kolekcję kryształów! Niestety, było już za późno – wielka bryła krystalicznego szpatu rozpadła się od nadmiaru temperatury na dziesiątki malutkich kryształków. Pomyślałem, że jeżeli te durnie zniszczą mi parkiet…! Tymczasem duch niebieski wziął w dłonie moją tubę z rysunkami dotyczącymi projektu z konstrukcji betonowych i zaczął nią odbijać czerwone ogniki. Wychyliłem się spod stołu, aby zapobiec unicestwieniu owocu pracy moich kilkunastu zarwanych nocy, lecz kiedy poczułem gorący podmuch przed nosem, a po chwili swąd przypalonej grzywki, wpełzłem radośnie z powrotem pod jakże przyjazny mi mebel. - Ej! - wrzasnąłem zrozpaczony spod stołu. - Czy tu się przestrzega konfekcji Genewskiej?! Pozwólcie opuścić pole bitwy cywilom! - Ależ synu! To dla twojego dobra! – odkrzyknął duch z piekła rodem, czemu towarzyszyła eksplozja niebieskiej błyskawicy obok jego głowy. Czerwony ognik znów poszybował nad blatem stołu. Dym w pokoju gęstniał. - Mam to gdzieś! - wrzasnąłem ponownie - I mam ochotę to przeżyć w jednym kawałku i nie upieczony! Niebieska błyskawica przemknęła tuż obok fotela, za który udało mi się w końcu wpełznąć. - Ha! Tu cię mam, błękitny kretynie! - Ej, co robisz! To ja, ludność cywilna! Auuu! - szybko cofnąłem się na klęczkach za sześćdziesięciowatową, archaiczną kolumnę wielkości małej lodówki, masując intensywnie obolały tyłek. Tymczasem pokaz ogników trwał dalej, rujnując dorobek mojego skromnego, studenckiego żywota. Pewnie trwałoby to dalej, gdybym nie wywiesił na tyczce z przewróconego kaktusa białej chusteczki higienicznej. Gdybym nią tak radośnie nie powiewał. Gdybym się nie powołał na konfekcję Genewską. I było mi raczej obojętne, czy była to konfekcja damska, czy męska. - Ej, matoły, ja mam dość! – zawołałem zza kolumny. - Ach, Judaszu, chcesz negocjować?! - Proszę się nie odwoływać do tradycji judeochrześcijańskiej! To jawne ubliżanie najwyższemu! - aksamitny głos "niebieskiego" przestawał być aksamitny. Pomyślałem, że ktoś mu go musiał nieźle potraktować podłym wybielaczem na chlorze po godzinie wydzierania się na stadionie sportowym podczas trzecioligowego meczu. - A co ty, do cholery, masz wspólnego z żydostwem i chrześcijaństwem? - Wiarę w nieskończoną moc i mądrość Stwórcy spływającą na nas pod postacią łask Bożych przy wtórze anielskiego alleluja… - Ple, ple, ple, rabbi! – zacharczał „diabeł”. – Gadasz jak potłuczony w sejmie! - A kysz, meszugene! - Ej, to co, mogę wyjść? – nie wytrzymałem i postanowiłem im przerwać to milusie randez-vous. - Dobra, ale tak żebyśmy cię obaj widzieli! - Jasne, pewnie się rozdwoję! - Po prostu wyłaź przodem do drzwi z rękami ku górze. Pomyślałem, że gość jak na anioła był zbyt radykalny. - Dzięki - rzuciłem z ulga. - To bardzo Jom Kipur i całkiem szabas z waszej strony! Powoli, kroczek za kroczkiem, wychynąłem zza obitego mebla i z rękami uniesionymi delikatnie ku górze tak, aby obaj je widzieli, wkroczyłem odważnie na linię strzału obydwu duchów. - Dobra, co proponujesz? – zagaił duch zła. - Zawieszenie broni i negocjacje! I to bezwarunkowe! Popatrzyłem niepewnie na jednego, potem na drugiego z przeciwników i od razu zauważyłem drobną zmianę w kostiumach obu panów. Obaj mieli teraz na sobie coś jakby mundury, opaski na czołach przewiązane gdzieś na potylicy oraz ciemne okulary. Tylko, że na ramieniu "czerwonego" widniał wytatuowany pentagram, na ramieniu "niebieskiego" - krzyż. Oczywiście ich plamiaki – bezrękawniki różniły się kolorami, ale to szczegół nie wart więcej, niż dwóch linijek tekstu. Kiedy tak sobie na nich patrzyłem porównując czarno-czerwone plamki kurtki złego z błękitno-szarymi plamkami kurtki dobrego ducha, dokładnie w tym momencie, coś mi zaczęło świtać. Przed oczami stanęła mi płaska bateryjka o napięciu 4,5 volt, dokładnie taka, jaką miałem kupić wczoraj do latarki. Nie kupiłem! Zanim którykolwiek zdążył powiedzieć "ciach po grdyce", oparłem dłonie o blat, przeskoczyłem przez stół i trzasnąłem „diabła” w szczękę obcasem, robiąc niezbyt zgrabny półobrót i "żelazną miotłę" powaliłem „anioła” i wyrżnąłem ozdobnym lichtarzem prosto w michę. Pomijam fakt, że mosiężny lichtarz w kształcie krzyża pięknie się odbił na czole oszołomionego niebianina. Pochwyciłem pod paszki ogłuszonego "czerwońca" i zacząłem wlec w kierunku wciąż nieprzytomnego błękitnego rycerzyka. Kiedy już prawie do niego dochodziłem, przerzuciłem sobie ciągnionego delikwenta przez ramię i z niemałym trudem uniosłem bezwładne ciało do góry. Niebianin ocknął się i popatrzył na mnie z przerażeniem, jakby nagle zdając sobie sprawę z beznadziejności swojej sytuacji, by na pożegnanie rzucić zza swoich ciemnych okularów o rozbitych szkłach: - Aj lbi bek! - Asta lumbago, bejbi! - wymamrotał półprzytomny „diabeł”. I wtedy go puściłem. Nastąpił oślepiający błysk, suchy trzask i obaj zniknęli w niewielkiej chmurze dymu, a ja odrzucony siłą eksplozji do tyłu walnąłem łbem o oparcie kanapy. Na całe szczęście, obicie zamortyzowało bolesną rzeczywistość upadku. - He, udało się! – wymamrotałem sam do siebie. Tak też właśnie myślałem, co to się stanie, jak dodać ze sobą ładunek ujemny (wybitnie!) i ładunek dodatni... Choć do tej dodatniości to nie jestem do końca przekonany, ale jak widać o wyniku armageddonu zadecydowała elementarna fizyka wykładana w podstawówkach! Warto się uczyć! Na drugi dzień mój przyziemny problem dostał bukiet kwiatów. Ja dostałem w pysk, bez kwiatów. I proszę: cała ta walka dobra ze złem nie ma sensu, bo zawsze życie zafunduje nam coś absolutnie nieprzewidywalnego. Oj, kocham to! Kocham to życie!

* * *

Minęło zlane deszczami lato, opadła z szarości złota polska jesień i nastała sroga w swej łagodności zima. Ta prawdziwa, mroźna i śnieżna wypadła akurat w czwartek, bo pory roku zwariowały zupełnie, a efekt cieplarniany, El Nino i hemoroidy dyżurnych synoptyków zjednoczyły siły i uwzięły się na nas niewtajemniczonych, dając nam w kość na każdym kroku. Po moim problemie z nastoletnim ciałkiem pozostało miłe i ciepłe w dotyku i w zapachu wspomnienie; zresztą trudno mówić o problemie tej natury, kiedy w życiu człowieka zachodzą aż tak drastyczne zmiany i to w tak krótkim czasie. Och, nie aż takie zmiany! Nie martwcie się, jeszcze przebywam wśród żywych. Nie taką drastyczność miałem na myśli, choć niektórzy smakosze życia twierdzą, że stabilizacja uczuciowa przy boku jednej i tej samej kobiety to jak śmierć, pogrzeb i kremacja w jednym. Więc – ulegając sugestiom kolegów i złośliwościom znajomych - poczułem się delikatnie pogrzebany żywcem, bo moje życie się zdecydowanie ustabilizowało: regularne posiłki z byle czego, byleby tuczyło i cieszyło oko, stała, mizerna pensja i piękna, dojrzała kobieta przy boku... co nieodzownie było rzekomym symptomem mojego przedwczesnego zejścia z padołu przyjemności tego świata. Tylko wypalona dziura w fotelu przypominała mi o niesamowitych wydarzeniach sprzed pół roku, kiedy to odwiedziły mnie dwa dość osobliwe duchy i zdemolowały mój studencki świat. Całe szczęście, moi biedni rodzice wiedzieli, że ich starsze dziecko musi czasem zaszaleć, więc nikogo nie zdziwił połamany, metrowy kaktus, a mama udawała, że nie widzi wypalonej w posagowym fotelu dziury. Wypalonej przez błękitną błyskawicę ciśniętą przez „anioła”. Ale wtedy nie zdawałem sobie sprawy z faktu, że oto otworzył mi się worek z niesamowitymi wydarzeniami, które raz na…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%