Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Opowiadania.pl · 4 godz. 31 min czytania

Minister S

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

- Cudownie, kurwa… - mruknął do siebie Jeremi, próbując odlepić od podeszwy buta gumę do żucia – elegancja Francja, ja pierdole… - Mówiłeś coś? – z wyraźnym rozdrażnieniem spytała Wioletta, łypiąc na niego znad swojego smartfona. - Próbowałem tylko wyrazić jak bardzo szczęśliwy jestem mogąc być tu, w tym mieście… To gdzie teraz musisz się odznaczyć? – zapytał z rezygnacją w głosie. - Hmm, byliśmy już na wieży Eiffla… – odpowiedziała w stronę swojego telefonu. - To oczywiste, nie można odwiedzić miasta miłości i nie wdrapać się na jego, jakże adekwatny symbol: stalowego kutasa – westchnął Jeremi. - Nie bądź wulgarny, nie imponuje mi to – skrzywiła się Wioletta chowając do torebki telefon i wyjmując z niej błyszczyk – zrób mi zdjęcie, chcę zobaczyć jak wyglądam – zażądała. - Nie masz lusterka? – Jeremi zadał to pytanie choć nie czekał na odpowiedź. Lusterko było najprawdopodobniej na dnie jej przepastnej torebki i pewnie było już pęknięte. - Up ssjęcie ie amy asu – popędziła go Wiola, nie poruszając ustami aby równomiernie rozprowadzić błyszczyk po ich powierzchni. Jeremi wyjął swój telefon i pstryknął jej fotkę a potem pokazał jej efekt na ekranie. - Jeszcze raz – skrzywiła się – tylko postaraj się. No tak, jeśli efekt na zdjęciu nie był zadowalający to dlatego, że zdjęcie było źle zrobione. To oczywiste. Jeremi skoncentrował całą swoją wolę na telefonie. W jego umyśle sformułowało się tajne zaklęcie <niechSięJejKurwaSpodobaBoNieChcęTuStaćJakKołek>. Gdy zebrał w sobie całą moc nacisnął ekran komórki w sposób, który wedle jego mniemania miał wydobyć całe piękno jego towarzyszki i uwiecznić je w pamięci telefonu. Drżącą ręką podał jej telefon z podglądem ustawionym na ostatnie zdjęcie. Wygląda na to, że to zdjęcie ukazało jej urodę w sposób możliwy do zaakceptowania. Wprawdzie z miną osoby zjadającej właśnie dorodną cytrynę, ale oddała mu telefon rzucając tylko krótkie: - Dobra, idziemy. Poszli. Ona dalej przylepiona do komórki i jak w transie stukała palcami po ekranie. - Do kogo tak piszesz? – spytał Jeremi. - Do Łukasza – rzuciła Wiola nie odrywając wzroku od telefonu. - No tak, mogłem się domyślić, że do tego bufona. - Nie mów tak. On jest bardzo dobrze zapowiadającym się, młodym poetą. - Napisał parę wierszy do szuflady i wszystkie na jedno kopyto: „och jak mi źle, świat mnie nie docenia, nie mam już na nic siły”. Kogo to, kurwa obchodzi?! - Ty nie napisałeś żadnego. A on napisał wiele bardzo dobrych, to o czymś świadczy. O tym, że jest wartościowym człowiekiem. Jesteś zwyczajnie zazdrosny. – zawyrokowała Wiola rzucając Jeremiemu pogardliwe spojrzenie. - To o niczym nie świadczy. Mickiewicz napisał wiele ważnych dzieł a był dzbanem. – odparował. – Tak przynajmniej twierdził Słowacki. - Słowacki powiedział, że Mickiewicz był dzbanem? – zdziwiła się Wiola. - No nie tymi słowami… Ale nie przepadali za sobą. Słowacki zarzucał Mickiewiczowi, że jest za bardzo egocentryczny. - A było tak? - Oczywiście. – odparł chłopak z miną znawcy. - Krytyk literacki się znalazł… Jakby Mickiewicz pisał głupoty to nie uczyliby o nim w szkołach - zaczęła się już denerwować Wiola. - Czyli to jednak Mickiewicz a nie Słowacki wielkim poetą był? – zastanowił się głośno – Nie ważne. To gdzie teraz idziemy? Może do Luwru? – zapytał. - Nie, Kasia mi mówiła, że była tu w fajnym klubie – odpowiedziała. - Co?! Hipsterownie w stylu Kaśki są na całym świecie. Przylecieliśmy tu żeby iść do klubu!? – wrzasnął Jeremi. - Nie rozumiesz. Mają tam doskonałe przekąski z jarmużem i topowe zespoły grają tam koncerty a część zysków przeznaczają na walkę ze smogiem. – Powiedziała Wiola, tonem dorosłego tłumaczącego trzylatkowi do czego służy toaleta. – Muzea też są na całym świecie – dodała. - Racja – zgodził się Jeremi – a w Krakowie nawet mają ładniejszy obraz Leonarda. Tam kobieta ma żywe zwierzę futerkowe, a nie jakiś debilny uśmieszek. Koniecznie musimy iść do tego klubu. Wiola zdawała się nie zauważać ironii w jego głosie – No, wiedziałam, że w końcu zrozumiesz. Osławiony klub okazał się być ulokowany na parterze kamienicy dwie przecznice dalej. Wejście ozdobione było czerwonym baldachimem i nieco przybrudzonym ale nadal wyraźnie czerwonym dywanem. Drzwi przybytku pilnował człekokształtny goryl w skórzanej kurtce. - To tam gdzie stoi ten dobrze zapowiadający się, młody coach bezpieczeństwa? – Zapytał Jeremi wskazując na goryla w kurtce. - Co ty bredzisz? – żachnęła się Wiola, rzucając mu jedno ze swoich zdegustowanych spojrzeń. - No ten bramkarz. Wygląda, że jednym pierdolnięciem potrafi wysadzić człowieka z jego strefy komfortu… - mruknął Jeremi i odpłynął do krainy fantazji. Zaczął sobie wyobrażać jak owy bramkarz wysadza pewnych dobrze zapowiadających się, młodych poetów z ich stanowczo zbyt szerokich stref komfortu. Uśmiechnął się do tych myśli. - Mówisz o rzeczach, o których nie masz pojęcia… - skarciła go dziewczyna ale on nie zwracał na to uwagi pogrążony w swojej wyobraźni. - Tak, tak chodźmy już. – Jeremi porzucił już swoje marzenia i chciał jak najszybciej odhaczyć wizytę w klubie a najlepiej całą tę wycieczkę. Myślami wracał do swojego mieszkania i konsoli, teraz biednej, zimnej i samotnej, czekającej na jego powrót i kolejną wspólną wyprawę. Już od dawna interesowały go tylko wirtualne wycieczki po różnych światach z gier wideo. Gdyby Wiola się nie uparła, nigdy by tu nie przyjechał. Jak każde miasto o dużej renomie turystycznej Paryż był zalany ludźmi. To najbardziej przerażało Jeremiego. Odczuwał niepokój przebywając z jednym człowiekiem a tłum był już istną torturą. Kiedy Wioletta postawiła warunek: „albo jedziemy do Paryża albo koniec z nami” Jeremi już w wyobraźni pakował jej walizki i wystawiał za drzwi ale ostatecznie nie zrobił tego. Wiola była jedną z nielicznych osób znoszących trudny charakter Jeremiego a on choć z jednej strony marzył tylko o tym żeby wszyscy ludzie zostawili go w spokoju to z drugiej strony czuł, że to mogłoby się dla niego źle skończyć. Zdziczał by zupełnie, co sprawiłoby przykrość jego babci. Jedynej osobie która była dla niego naprawdę ważna. Ochroniarz równie dobrze mógł być wycięty z papieru. Nawet nie zareagował kiedy przechodzili obok niego. A może był już tak wytrawnym fachowcem, że z daleka oszacował iż, nie stanowią zagrożenia i pozostał w letargu oszczędzając siły na ewentualne konfrontacje jakie jeszcze mogą być tej nocy jego udziałem. Wnętrze nie zaskoczyło Jeremiego. Tak jak przypuszczał, typowa przestrzeń do lansu dla zblazowanej młodzieży w powycieranych spodniach i z otworami w uszach w które dorosły mężczyzna mógł swobodnie wsadzić kciuk. - Napijmy się – zarządziła Wiola – kup mi mohito, i coś dla siebie. Dobrze, że pozwoliła mi kupić też coś dla siebie, bo inaczej bym nie mógł. – Pomyślał sobie Jeremi ale nie powiedział nic. - No chyba, że nie chcesz, to nie. – dodała po namyśle. Och! To mogę nawet sam zdecydować! Tyle wolności… Już nie wiem co mam z nią robić. – Przeleciało chłopakowi przez myśl ale znów nic nie powiedział. Podeszli do baru. Obsługiwała go dziewczyna z fioletowymi włosami i sporej wielkości kolczykiem w nosie. Na szczęście mówiła po angielsku, a był to jedyny język obcy w jakim potrafił porozumiewać się chłopak. Szybko przyswajał go na zajęciach w szkole. Babcia mówiła mu, że jego ojciec też miał talent do tego języka, ale on szczerze wątpił by jego ojciec miał talent do czegokolwiek pozytywnego. Tego, oczywiście nigdy babci nie powiedział, nie chcąc sprawiać jej przykrości. Jeremi zamówił dla Wioli mohito a dla siebie piwo z kija. - Co ona miała w nosie? Jakiś gwóźdź? – głośno zastanawiał się Jeremi gdy odchodzili ze swoimi napojami. - Zwykły piercing nosa – odparła Wiola ze zniecierpliwieniem w głosie. - Po co jej to? – dziwił się chłopak. - Ludzie w ten sposób wyrażają siebie. Urwałeś się z choinki? – odparła. Jeremi udał, że nie słyszał tego pytania. Zamiast tego brnął dalej w swoje rozmyślania. - Co wyraża gwóźdź w nosie? To, że byłaby kiepskim stolarzem? - Głupi jesteś… - skwitował Wiola. Usiedli przy obowiązkowych w takich miejscach stolikach z europalet. Wioletta upiła łyk drinka i zaczęła: - Wiesz, musze Ci coś powiedzieć. - Jesteś w ciąży. – przerwał jej Jeremi bardziej stwierdzając niż pytając. - Nie! – odfuknęła Wiola – wręcz przeciwnie… - Przeciwnie?! – zdziwił się – Tak naprawdę to jesteś mężczyzną? - Czasem muszę być, bo ty nie jesteś prawdziwym mężczyzną. – zripostowała dziewczyna wiedząc, że to sprawi, że Jeremi wreszcie się zamknie. Zgodnie z jej przewidywaniami Jeremi natychmiast zamilkł i spuścił wzrok. Można było niemal usłyszeć jak uchodzi z niego powietrze. Wiola poczuła wyżuty sumienia. Nie tak chciała poprowadzić tę rozmowę. Dobrze wiedziała jak zabolą go te słowa, ale temat był wystarczająco ciężki i bez wikłania się z nim w tę durną wymianę zdań. - Bo wiesz… - zająknęła się Wiola, ciągnąc dalej – lubię Cie i w ogóle… Jedyną reakcją Jeremiego było uniesienie jednej brwi na znak oczekiwania. Już się domyślał do czego to zmierza ale nie chciał jej tego ułatwiać. - No, chodzi mi o to, że przeżyliśmy wiele dobrych chwil i zawsze będę Cię ciepło wspominać, ale… - mówiła powoli, szukając odpowiednich słów. Jeremi dalej siedział bez ruchu patrząc na nią. Gdyby od czasu do czasu nie mrugnął pomyślałaby, że umarł z napięcia. - No, bo … - Wiola podjęła kolejną próbę wyduszenia z siebie tego co chce powiedzieć – bo, ja… bo, ty jesteś dobrym człowiekiem… - Doprawdy? – przerwał jej Jeremi, dla którego pozowanie na zimnego drania było ulubionym stylem bycia. - Tak – odpowiedziała, dziewczyna – chociaż udajesz, że jest inaczej, to jesteś dobrym, wrażliwym facetem. Ale… nie mogę powiedzieć, żebyś mnie w żaden sposób fascynował… No jest tam jakaś chemia ale… nie jest to takie… - Dupy Ci nie urywa? – podpowiedział jej Jeremi, dalej z maską obojętności na twarzy. - Ehhh… no chyba można tak powiedzieć – zgodziła się – ja bym chciała, żeby mój facet był kimś takim niezwykłym, nie takim jak wszyscy inni, kimś niesamowitym… żeby był dla mnie bodźcem do ciągłego rozwoju i żeby sam się rozwijał. Kimś takim kogo bym podziwiała. A ty, nie oszukujmy się, zgnuśniałeś. Jeszcze na początku wydawałeś się taki tajemniczy, ciekawy… ale teraz? No i jak ty wyglądasz? Jeremi spojrzał na swoją spraną koszulkę z postacią z gry komputerowej, znoszone i nie modne dżinsy, zdewastowane trampki i podrapał się po swoim tygodniowym zaroście na twarzy. No może faktycznie nie był ikoną stylu. - Chcę Ci powiedzieć, że to koniec – Wiola dotarła wreszcie do sedna – możemy być przyjaciółmi ale w związku chciałabym być z kimś… innym… lepszym. – odetchnęła z ulgą jakby zrzuciła z pleców wielki ciężar – No i co powiesz? Jeremi nabrał powietrza ale nie zdążył już nic powiedzieć. Odgłos wystrzału z pistoletu brutalnie przerwał ich rozmowę. Obydwoje odruchowo spojrzeli w stronę, z której padł strzał ale nie zobaczyli nic z wyjątkiem ludzkiego kłębowiska na parkiecie. Zaraz potem rozległ się wrzask przerażonych ludzi. Jak na komendę „start” wszyscy goście rzucili się do ucieczki. Bez ładu zaczęli biegać i wpadać na siebie przewracając się i taranując przy wtórze pisków i wrzasków. Wiola i Jeremi poderwali się z krzeseł i zaczęli przepychać się w stronę wyjścia. Ale ten sam pomysł mieli niemal wszyscy inni goście klubu. Jeremi złapał Wiolettę za rękę i starał się ciągnąć ją za sobą poprzez nagle stłoczoną masę imprezowiczów. Cała ta masa napierała na drzwi wejściowe ale były one zbyt wąskie aby tyle osób mogło w miarę szybko przez nie uciekać. Ludzie tłoczyli się i przepychali, niektórym zaczynało brakować tchu i mdleli. Ci co znajdowali się w bardziej zatłoczonym miejscu, jak bezwładne kukły unosili się na fali ludzkich przypływów. Ci, którzy mieli nieco mniej szczęścia i w chwili gdy mdleli znajdowali się w odrobinę luźniejszym miejscu padali na ziemię i zostali zadeptywani przez przewalający się tłum. Ktoś bardziej przytomny z obsługi klubu odblokował jedno z otwierających się na zewnątrz, bocznych drzwi ewakuacyjnych. Ludzie do których dotarło, że otworzyła się alternatywna droga ucieczki zaczęli odpływać spod głównego wejścia kierując się do awaryjnego. W ten sposób powstały dwa rozchodzące się prądy na których przecięciu znaleźli się Wiola i Jeremi. Siła masy ludzkiej nurtu głównego przytrzymała Jeremiego w swoim uścisku podczas gdy nurt drogi awaryjnej zagarnął Wiolettę brutalnie ich rozdzielając. Dało się słyszeć kolejne dwa wystrzały i następującą po nich salwę przerażonych krzyków. Wyjście awaryjne było dwu skrzydłowe i dość szerokie dlatego nurt uciekinierów, którzy wybrali tę drogę szybciej znajdował ujście w uliczkach miasta. Seria z broni automatycznej przecięła powietrze gdzieś niedaleko Jeremiego. Chłopak zobaczył krew tryskającą wysoko ponad głowy ludzi którzy go otaczali. Kolejna seria wystrzałów i upada parę osób stojących kawałek za nim. Nagle tłok zelżał odrobinę i Jeremi pozbawiony nagle oparcia stracił równowagę i upadł, co prawdopodobnie uratowało mu życie. Zamachowiec wypluł ze swojej broni kolejną serię a Jeremi poczuł jak parę bezwładnych ciał upada na niego przygniatając go do podłogi. W tym momencie stracił przytomność. Gdy się ocknął nie słyszał już niczego. Wokoło panowała przeraźliwa cisza. Resztką sił zdołał wygrzebać się spod przygniatających go ciał ofiar zamachu. Wokół niego było mnóstwo zastrzelonych osób. Krew utworzyła ogromną kałużę, w której leżały ciała. Widok był straszliwy. Gdy tylko Jeremi odzyskał świadomość na tyle aby informacja o tym obrazie dotarła do jego mózgu nie zdążył powstrzymać nagłych mdłości i zrzygał się w miejscu w którym stał. Treść jego żołądka rozlała się na jeszcze ciepłe zwłoki i zmieszała z krwią. Jeremi spojrzał na to z ogromnym poczuciem winy, ale nie było czasu na wylewnie łez nad tym świętokradztwem, niebezpieczeństwo wciąż jeszcze mogło być realne. Jeremi przykucnął, tak jakby miał być przez to mniej widoczny i rozejrzał się po sali. Zarówno drzwi główne jak i awaryjne były zamknięte i zaryglowane. Krew była wszędzie, nie tylko na podłodze ale również na ścianach i suficie. Ofiar nie sposób było policzyć, wszędzie leżały zwłoki nieszczęśników, którzy chcieli się zwyczajnie odstresować w sobotni wieczór. Ale oprócz ciał w zwykłych, codziennych ubraniach Jeremi dostrzegł też leżące na ziemi ciała pięciu mężczyzn w czarnych uniformach i sprzętem jednostki antyterrorystycznej. Gdy popatrzył jeszcze na tę straszną scenerię zdołał też wyróżnić ciała zamachowców. Byli ubrani zwyczajnie. Gdyby nie broń którą trzymali nie dałoby się ich odróżnić od reszty francuskiej młodzieży. Zamachowców było trzech, leżeli koło siebie w środku pomieszczenia. Nie! Był jeszcze jeden, w rękach trzymał karabin Ak-47 i leżał za antyterrorystami. Czyżby komandosi rzucili się na tych w środku a ten jeden zdołał ich zajść od tyłu i otworzyć ogień? Jakkolwiek wyglądały szczegóły tego dramatu efekt był taki, że zarówno terroryści jak i policjanci leżeli martwi na ziemi. Jeremi otrząsnął się z początkowego szoku i podszedł, starając się nie nadeptywać na ciała, do głównych drzwi wejściowych. Okazały się zatrzaśnięte na głucho. Szarpał za klamkę, próbował je pchać i ciągnąć do siebie nie mogąc sobie przypomnieć w którą stronę się otwierały. Bez efektu. W końcu zaczął walić w nie rękami i krzyczeć. Lecz zaraz się opamiętał i zasłaniając swoje własne usta zaczął nerwowo rozglądać się po pomieszczeniu. A co jeśli nie wszyscy zamachowcy zginęli? Jeżeli jacyś przeżyli, jego wrzaski zaraz ściągnął mu ich na głowę. Miał po części rację. Jego krzyki zwróciły uwagę jednej z jeszcze żyjących osób w tym pomieszczeniu ale, na szczęście nie był to jeden z zamachowców a jeden z antyterrorystów. Był ranny i nie był w stanie wstać ale żył jeszcze. Podniósł rękę i machając nią zaczął krzyczeć coś do Jeremiego po francuski, czego tamten nie był w stanie zrozumieć. Jeremi podbiegł i pochylił się nad leżącym policjantem. Tamten złapał chłopaka za rękę i z wytrzeszczonymi oczami kontynuował swój monolog. Jeremi zaczął kręcić głową chcąc dać francuzowi do zrozumienia, że go nie rozumie. Tamten chyba go o coś prosił i to przeczące kręcenie głową wziął za odmowę spełnienia tej prośby. Jeszcze mocniej ścisnął jego rękę i zaczął krzyczeć. Jeremi zdołał tylko wydukać kalekim francuskim: - No parle france! - A potem - English! English?! Do policjanta po chwili szamotaniny dotarło, że ma do czynienia z turystą. Na szczęście mówił trochę po angielsku. Puścił Jeremiego i wyciągając rękę wskazał na leżącą niedaleko dużą, czarną torbę. - Bomb…- zdołał z siebie wydusić. Jeremi chciał wstać ale policjant znów złapał go za przegub i z zaskakującą jak na osobę w jego stanie siłą przytrzymał go. - Nie! Nie, weź… - wycharczał, a następnie wskazując na siebie – tu… Potem patrząc na Jeremiego powiedział – ty… rozbroisz, powiem… Oczy Jeremiego rozszerzyły się w przerażeniu – Co?! Nie! - Powiem, pokaże… - powtórzył policjant. – przynieś tu… To szaleństwo, pomyślał, ale co mi pozostało. – Ok – powiedział do policjanta a ten zwolnił uścisk, powoli jakby nie do końca wierząc czy Jeremi uwolniwszy się z jego rąk nie ucieknie z budynku. Jeremi uświadomił sobie, że znajdują się w sporej kamienicy. Nad nimi było dużo mieszkań. Jeśli ta bomba tu wybuchnie, nie wiadomo ile jeszcze będzie ofiar. Jeszcze raz spojrzał na policjanta i powtórzył – Ok! Ok! – i poszedł w kierunku torby. Była to duża sportowa torba. Czarna, bez żadnych charakterystycznych cech. Gdy Jeremi starał się ją przenieść w pobliże policyjnego sapera uświadomił sobie jak jest ciężka. Powoli, delikatnie aby nie sprowokować eksplozji przesuwał ją po podłodze w stronę policjanta. Na drodze stanęło mu ciało innego antyterrorysty, nie chcąc podnosić torby zdecydował się przenieść ciało. Przykucnął starając się podłożyć ręce pod korpus martwego policjanta tak aby go podnieść. Silny odór krwi natychmiast wypełnił jego nozdrza. Zaraz na nowo pojawiły się mdłości, chłopak myślał, że znów zwymiotuję ale udało mu się powstrzymać. Naciągnął koszulką wyżej tak aby materiał zakrywał mu nos i usta. Starał się oddychać tylko przez usta, jednocześnie zagryzając zębami materiał koszulki aby nie zsunęła mu się z twarzy. Podjął następną próbę przeniesienia martwego policjanta. Wsunął ręce pod korpus policjanta i próbował go unieść jednak ciało okazało się zbyt ciężkie, udało mu się jedynie unieść jeden jego bok. - Szybciej… - popędzał go przytomny antyterrorysta. - Ok, ok.! – Odkrzyknął chłopak, przez zaciśnięte na koszulce zęby, czując jak zaczyna wpadać w panikę. Znów podłożył ręce pod ciało martwego antyterrorysty, zaparł się całą swoją siłą ale był w stanie tylko unieść jeden bok. – Dobre i to – pomyślał w końcu. Nie starał się już podnieść policjanta, tylko spowodować aby jego ciało zajmowało choć trochę mniej miejsca. Po przełożeniu ciała na bok i przesunięciu go odrobinę po podłodze udało mu się stworzyć na tyle wolnej przestrzeni aby przepchnąć torbę do sapera. - Otwórz! – wycharczał policjant. Jeremi szybko przyklęknął i odsunął zamek błyskawiczny. Nie tak wyobrażał sobie bombę. W każdym razie nie tak wyglądała w filmach akcji. Nie było plątaniny różnokolorowych kabelków. Była za to duża puszka z cienkiej blachy. Gabarytami przypominała pięciolitrowy baniak na wodę. Do boku puszki, taśmą klejącą przylepiono małe pudełeczko z antenką wystającą nad puszką. Z pudełeczka odchodził jedyny widoczny kabelek niknąc w otworze wywierconym w pokrywce. Antyterrorysta energicznie poklepał się po jednej z kieszeni na swojej kamizelce. Jeremi zrozumiał ten znak i sięgnął do tej kieszeni wydobywając z niej lusterko inspekcyjne na teleskopowym wysięgniku. - Pokaż… mi… - powiedział policjant z wyraźnym trudem. Jeremi ustawiał lusterko tak aby policjant mógł obejrzeć urządzenie. Gdy już je dokładnie obejrzał kazał chłopakowi ostrożnie otworzyć pokrywę, pokazując w której kieszeni ma schowany nóż. Gdy już uporał się z wiekiem, przy pomocy lusterka pokazał francuzowi zawartość puszki. Powoli, tłumacząc swoim łamanym angielskim antyterrorysta przeprowadził Jeremiego przez wszystkie czynności dzięki, którym udało im się uczynić ładunek na tyle nieszkodliwym na ile pozwalały warunki. Gdy udało im się to zrobić policjant polecił Jeremiemu aby ten poszedł teraz poszukać pomocy. Chłopak otarł pot spływający z czoła i z trudem podniósł się na zdrętwiałych, od kucania nad torbą nogach. Poczuł wielką ulgę ale nie dane mu było cieszyć się nią zbyt długo. Gdy tylko się wyprostował i odwrócił w stronę wyjścia zobaczył, że jeden z zamachowców również odzyskał przytomność. Był ranny, leżał w kałuży krwi i prawdopodobnie nie mógł się podnieść ale to nie przeszkadzało mu mierzyć do Jeremiego z pistoletu. Ich wzrok spotkał się na chwilę a Jeremi zdołał tylko pomyśleć: - W sumie, to czemu nie…? Potem był już tylko huk wystrzału i ciemność.

W ciemności usłyszał pstryknięcie. Najpierw do jego uszu doszło delikatne buczenie a następnie nagła eksplozja światła oślepiła go na sekundę. Źródłem tego blasku była umieszczona pod sufitem jarzeniówka, zamrugała parę razy zanim się ustabilizowała. Jeremi rozejrzał się i uświadomił sobie, że znajduje się w pociągu. Był to typowy skład dalekobieżny PKP intercity sprzed ery pendolino i zmodernizowanych wagonów. Przedziały, brązowe kanapy i podłużne lustra nad zagłówkami. Pociąg poruszał się, za oknem migały ledwo widoczne sylwetki drzew, ale całe otoczenie spowijała gęsta ciemność, wręcz namacalna, zupełnie jakby cały świat utoną w atramencie a pociąg przebijał się poprzez tę kleistą maź. Nagle usłyszał zgrzytliwy dźwięk analogowego radia próbującego dostroić się do właściwej częstotliwości. Zakłócenia raz cichsze to znów bardzo głośne wypełniły przedział. Powoli z pomiędzy trzasków dawało się wyłowić wyraźne słowa. Po chwili można było już rozróżnić sensowne zdania, układające się w zwrotki piosenki. Jeszcze czasem przerywana przez trzaski i inne zakłócenia z głośników popłynęła muzyka. Jeremi znał tę piosenkę. “Runaway Train” zespołu Soul Asylum. - Runaway train never going back Wrong way on a one way track Jeremi poczuł na swojej skórze zimne dreszcze i ogarnął go straszliwy lęk. Chciał jak najszybciej wyskoczyć z pociągu, zrobić cokolwiek byle tylko się tam nie znajdować. Gwałtownie wstał z miejsca ale zaraz z powrotem upadł na nie bezwładnie, pozbawiony sił. Coś się zmieniło, w jego wnętrzu. Lęk odszedł a na jego miejscu pojawił się dziwny spokój, oraz pewność, że to co się dzieje jest właściwe. To uczucie było słodkie, kojące ale jednocześnie gdzieś za nim czaiła się gorycz. Wiedział co czeka na końcu drogi, bał się tego ale strach stopniowo ustępował miejsca czemuś co najpierw było jakby akceptacją a potem wręcz radością. Z radia dalej leciała ta sama zapętlona piosenka, przerywana co jakiś czas zakłóceniami. (…) It seems no one can help me now I'm in too deep There's no way out This time I have really led myself astray (…) Bought a ticket for a runaway train Like a madman laughin' at the rain Little out of touch, little insane Just easier than dealing with the pain (…) Runaway train never comin' back Runaway train tearin' up the track Runaway train burnin' in my veins Runaway but it always seems the same (…) Jeremi spojrzał na swoje ręce. Od nadgarstków aż do łokci pokrywały je cienkie, podłużne nacięcia. Jedna krwawa kreska koło drugiej dookoła obydwu rąk. Instynktownie wiedział, że sam jest ich autorem, i że narzędzie którego użył wisi teraz u jego szyi. Odruchowo sięgnął ręką i wymacał wokół swojego karku cienki łańcuszek. Drżąc na całym ciele przesuwał palcami wzdłuż niego aż w końcu dotarł do tego co było zawieszone na łańcuszku. Żyletka, wymienne ostrze używane w dawnym typie maszynek do golenia. Jeremi z trudem przełknął ślinę i podniósł przedmiot do wysokości oczu. Żyletka była pordzewiała a ostrza pokryte było warstwą ciemnej mazi. Krew – pomyślał i puścił ostrze pozwalając mu znów swobodnie wisieć u jego szyi. Do uszu Jeremiego dochodziły coraz bardziej zniekształcone i pomieszane słowa piosenki. One way train never comin’ back, one way on the one way track. To nie tak szło - pomyślał, ale nie miało to już znaczenia. Bał się, ale jednocześnie czuł, że to co ma się stać jest właściwe, konieczne, sprawiedliwe. Tak musi być, to jest dobre, myślał czując się jak w jakimś psychotycznym transie. Jeszcze chwila a zacznie się śmiać wpadając w szaloną euforię. Może gdyby osunął się w szaleństwo byłoby łatwiej ale zamiast tego pociąg nagle się zatrzymał. W jednej sekundzie pędził przez zalany atramentem las, żeby w następnej sekundzie zwyczajnie stać, tak jakby nigdy nie ruszał z miejsca. Jeremi wybiegł z przedziału i korytarzem popędził w kierunku drzwi wyjściowych z wagonu. Przekręcił klamkę i pchnął drzwi, które zamiast otworzyć się odsunęły się na bok, wypadły z zawiasów i runęły na ziemię. Jeremi rozejrzał się po pociągu. Cały korytarz był przeżarty przez rdze, szyby powybijane, wszystkie ściany pomazane graffiti. Kiedy wyskoczył przez otwór po drzwiach, zobaczył, że był to pojedynczy, zdewastowany wagon stojący gdzieś pośrodku pola. Wokół niego panował lekki półmrok, kiedy spojrzał w niebo zobaczył, że chmury zamieniły się w gęstą oleistą ciecz ciemno brunatnego koloru. Rozejrzał się dookoła badając dokładnie pole na którym się znalazł. Nic na nim nie rosło ale zostało dokładnie zaorane. Ciągnęło się aż po horyzont we wszystkich kierunkach. Dopiero kiedy zajrzał za wagon z którego wysiadł dojrzał w oddali majaczący zarys lasu. Poczuł, że tam właśnie musi iść. Powoli, grzęznąc w rozkopanej ziemi zaczął iść w kierunku tego zagajnika. Po jakimś czasie zdołał już oddalić się od wagonu i wtedy je usłyszał. Brzmiały jak szum skrzydeł tysięcy metalicznych ptaków, które nagle poderwały się do lotu. Nie musiał się nawet oglądać, wiedział, że nadlatują od strony wagonu i że nie ma już szans do niego wrócić. Las jest jego jedyną nadzieją. Poczuł, że jeżeli się zawaha to zostanie na tym polu już na zawsze, dopadną go i nigdy się stąd nie wydostanie. Dlatego bał się nawet pomyśleć, bał się, że jeśli zacznie się zastanawiać to dojdzie do wniosku, że chce zostać. Cała jego świadomość uformowała się w jeden imperatyw: uciekać. Nie zatrzymywać się, nie myśleć tylko uciekać. Mozolnie stawiał kroki wbijając nogi w spulchnioną ziemię i z jeszcze większym wysiłkiem je wyciągając. Tymczasem szum za jego plecami stawał się coraz wyraźniejszy. Dysząc z wysiłku brnął dalej nie pozwalając sobie nawet na chwilowy odpoczynek. Gdy zziajany dotarł na skraj lasu, ledwo łapiąc oddech chwycił się pierwszego drzewa i wtedy na ułamek sekundy spojrzał za siebie. Były ich miliony, miliardy ostrych żyletek, jak biblijna plaga szarańczy leciała za nim przesłaniając wszystko co mijały. Jeremi zrozumiał, że one nie zasłaniają tego co za nimi. Za nimi zwyczajnie nie ma już niczego. Zebrał się w sobie i ruszył dalej biegiem w głąb lasu. Tu ziemia była twarda i łatwiej było biec. Gdy oddalił się już nieco od skraju lasu one dotarły do jego granicy. Do jego uszu dobiegł potężny huk setek tysięcy uderzeń wywołanych przez żyletki wpadające i zatrzymujące się na drzewach. Setki tysięcy metalowych ostrzy uderzających w drzewa najpierw spowodowały istną eksplozję drzazg a potem zaczęły stopniowo, metodycznie obalać kolejne drzewa. Las ich nie zatrzymał, wręcz przeciwnie, stały się jeszcze bardziej niebezpieczne. Jeśli same go nie dopadną to zginie pod przewalonym przez nie drzewem. Wydawało się, że nie ma żadnych szans i wtedy jego spojrzenie przykuł błysk światła. Spojrzał w tamtą stronę i zobaczył prostopadłościan wielkości drzwi zrobiony z ciepłego, złotawego światła. Jakby ktoś laserem wyciął ten kształt w samej strukturze rzeczywistości. Tam był ratunek, Jeremi był tego pewien. Ratunek nie tylko od tego szaleństwa ale od jakiegokolwiek bólu. Ostateczny ratunek od wszelkiego nieszczęścia. Łzy radości spływały mu po policzkach gdy pędził w stronę światła. Gdy był już blisko przejścia ziemia pod jego nogami pękła z hukiem i rozstąpiła się a rozpędzony Jeremi bezwładnie wpadł w odmęty powstałego otworu.

Kiedy otworzył oczy, pierwszą rzeczą jaką zobaczył była jarzeniówka pod sufitem. Strach, że znów znalazł się w tym przeklętym wagonie natychmiast go rozbudził. Zdawał sobie sprawę z tego, że leży. Spróbował wstać ale napięcie mięśni spowodowało tylko nagły atak silnego bólu, który zniweczył jego wysiłki. W tym stanie mógł tylko pomarzyć o tym aby usiąść a co dopiero mówić o wstawaniu. Jednego był już jednak pewien. Nie znajdował się w wagonie. Pomieszczenie było niewielkie ale nie tak małe jak przedział w pociągu. Lampa nad jego głową nie mrugała. Sufit i ściany były pomalowane na biało. On leżał na łóżku i był przykryty, wyraźnie to wyczuwał. W pokoju panował cisza przerywana tylko przez miarowe pikanie. Gdy udało mu się delikatnie poruszyć szyją, przekrzywił głowę tak, że zlokalizował źródło tego pikania. Było to urządzenie monitorujące rytm serca. Obecność tego urządzenia było dowodem na to, że znajduje się w szpitalu a jego pikanie, że wciąż jeszcze żyje… Reanimowali mnie – pomyślał. Poczym dodał już na głos ale z powodu osłabienia bardzo cicho: - Skurwysyny! –następnie wycieńczony własnym gniewem zapadł w sen.

Tym razem nic mu się nie śniło, a gdy się obudził z miejsca zalała go fala wściekłości. - Po chuj mnie tu zatrzymali, kazali mi zostać na tym zasranym świecie…? - myślał rozgoryczony – Nie pasuję tu. Od zawsze było to dla mnie jasne. Nie wiem, nie rozumiem, nie odnajduję się … To światło… tam było ukojenie. Gdyby tylko udało mi się tam dobiec… Dlaczego nie pozwolili mi zwyczajnie zdechnąć? Leżał na łóżku a łzy ciurkiem płynęły mu z oczu i wsiąkały w poduszkę. Nie chcę już… po co? To jakaś kara? – po chwili przypomniał sobie o swojej babci. Zaraz też skarcił się w myślach, że pomyślał o niej dopiero teraz. Szybko uznał, że to przejaw samolubstwa, który był jeszcze jednym dowodem na to, że zasłużył tylko na śmierć. Ale nie mógł zostawić babci samej. Do pokoju weszła pielęgniarka. Odezwała się do niego po angielsku. - O, widzę, że się Pan obudził! – powiedziała to i rozciągnęła usta w szerokim uśmiechu – wszyscy w napięciu czekaliśmy, aż nasz bohater się ocknie. – mówiła dalej po angielsku z wyraźnym francuskim akcentem. Jeremi spojrzał na nią. Była młodą, na oko dwudziesto-paro letnią, bardzo szczupłą blondynką. Włosy zwinęła sobie w kucyk z tyłu głowy. Jeremi milczał, ale ona niezrażona tym trajkotała dalej: – Podobno prezydent planuje jakąś wielką galę! Bo za tydzień odbędzie się jakiś szczyt, jakieś głowy państw mają przyjechać i o czymś debatować, nie wiem dokładnie. No i chcą zorganizować takie przyjęcie pod wieżą Eiffla i jak się Pan lepiej poczuje to by tam Panu wręczyli medal! Fantastycznie prawda?! - pielęgniarka niemal podskakiwała z przejęcia – A myślę, że bardzo szybko poczuje się Pan lepiej bo kula nie uszkodziła żadnego ważnego organu wewnętrznego. – wyraźnie jej język nie nadążał wypowiadać wszystkich galopujących w jej głowie myśli – Dostałam tę salę pod opiekę jako zastępstwo za koleżankę. Najpierw nie byłam zachwycona. Myślę sobie: no dobra ona mnie zastąpiła w zeszłym miesiącu to teraz kolej na mnie, a teraz się cieszę. Będę opowiadała wnukom, że miałam na swojej sali bohatera! Drzwi do Sali delikatnie uchyliły się wydając przy tym przeciągłe skrzypnięcie. Ten dźwięk wybudził pielęgniarkę z jej niekończącego się monologu. Szybko spojrzała w stronę drzwi i szybkim ruchem uderzyła się otwartą dłonią w czoło. – Oh, przepraszam! Gadam i gadam, zupełnie się zapomniałam – powiedziała w stronę uchylonych drzwi. A następnie w stronę Jeremiego – Ma Pan gościa! – i znów w stronę drzwi – proszę, proszę właśnie się obudził! Drzwi uchyliły się jeszcze odrobinę i przez powstałą szparę do pokoju wśliznęła się Wiola. Trzymała ręce za plecami a jej mina mówiła: „tak, to prawda, oto JA we własnej osobie postanowiłam Cię zaszczycić swoją obecnością”. Pielęgniarka z uśmiechem na twarzy wyszła z sali. Gdy tylko na nią spojrzał zalała go fala rezygnacji. Przypomniał sobie o świetlistych drzwiach dających nadzieje ucieczki z tej rzeczywistości, której tak szczerze nienawidził i ten bolesny zawód gdy nie udało mu się do nich dobiec – jeszcze tylko jej tu brakowało, ja pierdole… - pomyślał sobie ale nie powiedział nic, tylko wywrócił oczy do góry dla okazania swojej frustracji. Ale Wiola, która zawsze interpretowała jego zachowania inaczej niż tego chciał wzięła to za grymas bólu spowodowany raną postrzałową. - Ojej, boli cię? – zaszczebiotał tak słodkim głosem jaki tylko była w stanie z siebie wydać. Podeszła do łóżka na którym leżał Jeremi i zaczęła gmerać przy jego poduszce. Tak aby wyglądało, że z troską ją poprawia. - Czego chcesz? – zdołał wreszcie z siebie wykrztusić, ale wyszło znacznie ciszej niż planował. - No jak to? – zdziwiła się demonstracyjnie – Przyszłam Cię odwiedzić. To chyba normalne? Jeremi milczał. Patrzył tylko na Wiolę przez przymrużone powieki. - Wiedziałam, że z tego wyjdziesz. Jesteś twardy. Mówiłam właśnie Kaśce przez telefon, że zaraz wstaniesz i będziesz jak nowy. Bębnią o tym w telewizji od tygodnia, podali już Twoje nazwisko. Jesteś sławny! Wszyscy nasi znajomi mówią tylko o tym! - Od tygodnia? Tak długo spałem? – zapytał chłopak wciąż słabym głosem. - To bardzo krótko – odpowiedziała – lekarze mówili, że możesz być w śpiączce nawet miesiąc albo i więcej. Przyszłam dziś do szpitala, żeby zobaczyć jak się czujesz. Chyba wyczułeś, że się zbliżam i to Cię obudziło. To nie może być przypadek. Wiesz, dużo myślałam o nas. - Myślałem, że nie ma już żadnych „nas” – powiedział Jeremi sucho. - Wtedy myślałam, że tak będzie lepiej, ale teraz wszystko dokładnie przemyślałam. Wtedy w tym barze próbowałeś mnie uratować. Wprawdzie nas rozdzielili ale robiłeś co w twojej mocy. Czy mogę odrzucić taką miłość? Przypomniałam sobie ile nas łączyło, jak byliśmy ze sobą szczęśliwi. Byłam głupia, że chciałam to zakończyć. Bo Ty też za mało mi przypominałeś o tym co w Tobie dobre. Gdybyś mi częściej mówił ile dobrego wynika z naszego związku to bym nie myślała o zakończeniu go. - Znajdź mój telefon. – powiedział Jeremi kompletnie ignorując wywód dziewczyny – Nie wiem gdzie jest mój telefon. Poszukaj go w tych szafkach przy łóżku i podaj mi, muszę zadzwonić do babci. Wiola ze zniesmaczoną miną zaczęła przeglądać zawartość stojącej obok szafki. – nic tu nie ma – rzucił szybko – nie ma tu Twojego telefonu, a wracając do tego co mówiłam… - To daj mi swój. – przerwał jej nie kryjąc zniecierpliwienia. Wiola przez chwilę stała w milczeniu ze zgrozą malującą się na jej twarzy. Po czym niechętnie wyjęła telefon z torebki i delikatnie, jakby trzymała w ręku świętą relikwię, podała chłopakowi. Jeremi szybkimi ruchami wystukał numer babci, który znał na pamięć i zadzwonił. Po trzech sygnałach usłyszał głos starszej kobiety – Halo? - Dzień dobry Pani Danuto – chłopak rozpoznał po głosie sąsiadkę, z którą przyjaźniła się jego babcia. – tu Jeremi, czy mogłaby Pani przekazać telefon mojej babci? - Jeremi… - powiedziała cicho sąsiadka. - Tak, to ja. Chciałbym porozmawiać z babcią. Jest w łazience? – dopytywał. - Jeremi… - powtórzyła sąsiadka a coś w jej głosie sprawiło, że chłopaka oblał zimny pot. - Pani Danuto, gdzie jest moja babcia? – zapytał łamiącym się głosem. - Jeremi… - kobieta po raz trzeci powtórzyła jego imię – Twoja babcia… nie chciałam jej nic mówić. O tym co Ci się przydarzyło. Wiesz ona tak łatwo się denerwuje… wiedziałam, że z Tobą będzie wszystko w porządku i opowiemy jej wszystko jak już przyjedziesz. Udawałam, że czytam jej sms-a od Ciebie, że przedłużacie sobie wycieczkę bo jest tak fajnie. - Ale o czym Pani mówi? – już wszystko wiedział ale nie chciał tego do siebie dopuścić. Chciał, żeby sąsiadka zaprzeczyła. Żeby okazało się, że plecie trzy po trzy a jego babcia zaraz odbierze jej telefon i będzie mógł z nią porozmawiać. - Bo to ta głupia Gośka z dziesiątki! – kontynuowała kobieta – Ona jej wszystko wypaplała. O zamachu i wszystko. Twoja babcia gorzej się poczuła i przyjechała karetka… ale nie udało się… już było za późno. Twoja babcia… umarła… Jeremi… tak mi przykro… Chłopak nic już nie odpowiedział. Leżał wpatrzony tępym wzrokiem w sufit. Ściskał telefon tak mocno, że pobielały mu palce. W słuchawce wciąż jeszcze było słychać płaczliwy głos sąsiadki ale Jeremi nie był w stanie zrozumieć już z tego ani słowa. - Co się stało? – zapytała Wiola. Jeremi dalej bez słowa wpatrywał się w sufit. - Co się stało? – powtórzyła dziewczyna. Nie doczekawszy się reakcji chwyciła go za ramię i delikatnie potrząsnęła. – Hej, Jeremi co się dzieje? – chłopak powolnym ruchem wyciągnął rękę z telefonem w jej stronę nie odrywając wzroku od sufitu. Wioletcie udzielił się nastrój zdenerwowania. Trzęsąca się ręką przejęła telefon od Jeremiego i spojrzała na ekran. Rozmowa została przerwana. Sąsiadka Jeremiego zdążyła się już rozłączyć. – Co powiedziała? – zapytała dziewczyna cicho. - Moja babcia nie żyje. – Jeremi wyrzucił z siebie to zdanie i zaraz zaczął ciężko oddychać. Jakby wypowiedzenie tych słów kosztowało go tyle energii co przebiegnięcie maratonu. - Och, to straszne! – powiedziała dziewczyna – Tak mi przykro! Jeremi, naprawdę mi przykro. – po czym dodała – Na szczęście masz jeszcze mnie. Minęła dłuższa chwila zanim słowa dziewczyny dotarły do Jeremiego. Z początku dalej leżał ze wzrokiem wbitym w sufit. Po czym nagle zmarszczył brwi i powiedział – Co? Coooo?! – już nie mówił tylko krzyczał, darł się – Na szczęście mam Ciebie?!! Jeszcze niedawno nie byłem dla Ciebie dość dobry a teraz „na szczęście mam Ciebie”?!! Bo gadają o mnie w telewizji?!! Bo to imponuje Twoim głupawym znajomym?!! Odeszła najbliższa mi osoba, ale to nic bo mam Ciebie?!! Wyjdź! - Ale… - zaczęła dziewczyna. - Wypierdalaj!! – krzyczał Jeremi, jego twarz zrobiła się czerwona a łzy zaczęły strumieniami spływać mu po policzkach. W nagłym ruchu zerwał się z pozycji leżącej do siedzącej nie przestając krzyczeć – Wooon! Przerażona Wiola cofnęła się odruchowo. Jeremi nie przestając zawodzić wychylił się poza krawędź łóżka jakby chciał rzucić się w jej stronę. Zaraz stracił równowagę i spadł na podłogę z głośnym łupnięciem. Leżąc na podłodze zwijał się w konwulsjach krzycząc dalej – Won stąd!!! Drzwi do Sali otwarły się z hukiem i do pokoju wpadły trzy pielęgniarki. Szybko dobiegły do leżącego na ziemi Jeremiego. Dwie z nich starały się przycisnąć go do podłogi swoimi ciałami aby przestał wierzgać podczas gdy trzecia podeszła do szafki wyjmując z niej pospiesznie jednorazową strzykawkę i igłę. Wprawnym ruchem nabrała do zmontowanej strzykawki leku z fiolki wyjętej z tej samej szafki i równie sprawnym ruchem wbiła igłę w pośladek chłopaka. Wiola patrzyła na to wszystko z przerażeniem. Z chwilą gdy pielęgniarka wbiła igłę odzyskała świadomość i jak najszybciej wybiegła z pokoju. Biegnąc korytarzem słyszała jeszcze wrzaski Jeremiego. Jego szaleństwo miało jeszcze potrwać przez pewien czas, zanim środki uspokajające zaczną działać. Dziewczyna szybko wybiegła z budynku i wsiadła do najbliższej taksówki, każąc kierowcy jak najszybciej stamtąd odjechać.

Jeremi obudził się następnego dnia wieczorem. Czuł się obolały i mocno zamroczony jednocześnie. Kiedy chciał się poruszyć odkrył, że jest skrępowany pasami i o jakimkolwiek ruchu może jedynie pomarzyć. Próbował przypomnieć sobie co się wczoraj działo, dlaczego jest przywiązany do łóżka, ale pamiętał tylko, że rozmawiał z sąsiadką a potem czarna dziura. – sąsiadka… dlaczego ona, przecież dzwoniłem do babci – Starał się zrekonstruować sobie w głowie ich rozmowę. – Co ona mówiła? – jego obolała głowa podjęła próbę przypomnienia sobie jakiś szczegółów. Zaraz tego pożałował, bo oto właśnie udało mu się przypomnieć słowa pani Danuty. Ogarnęła go fala przerażenia a potem ogromnego żalu. Nie był już w stanie krzyczeć, był na to zbyt wyczerpany. Wstrząsnął nim spazm smutku i zaczął płakać. Łkał jak małe dziecko nie mogąc się opanować. Po chwili nie starał się już przestać tylko oddał się żalowi całkowicie. Po paru minutach zasnął z wyczerpania. Obudził się kolejnego dnia rano. Jego umysł był spokojny i zimny, a całą świadomość wypełniało tylko jedno słowo: „śmierć”. Był w stanie myśleć tylko o tym. Jego mózg zaczął opracowywać plan jak najszybszego wyprawienia siebie na tamten świat. – Zawołam pielęgniarkę. – myślał sobie – Jak przyjdzie zaserwuję jej najbardziej uroczą wersję mnie. Powiem, że nic nie pamiętam ale bardzo chce mi się siku. Poproszę, żeby mnie rozpięła będę przy tym spokojny jak ten pierdolony kwiat lotosu na jebanej tafli jeziora. Wystarczy, że uwolni mi ręce, dalej sobie poradzę. Może poda mi kaczkę – planował – to jebnę ją tą kaczką, porozpinam resztę pasów i szybko znajdę coś ostrego. Najwyżej skoczę przez okno na główkę. Zaraz przypomniał mu się śmieszny film, który widział kiedyś na YouTube. Był to zapis sondy ulicznej, w której dziennikarka pytała przechodniów co ich najbardziej śmieszy i trafia na sfrustrowanego gościa. Jego wyobraźnia zadziałała i zaraz wyprodukowała mu wersję gdzie zamiast do tego przedziwnego typa dziennikarka podchodzi do spotkanej na ulicy Wioli. - Co Panią najbardziej śmieszy? – pyta dziennikarka, podsuwając Wioletcie mikrofon pod nos. - Jak Jeremi wyskoczył przez okno i sobie ten głupi ryj rozwalił. – odpowiada Wiola z wyraźną satysfakcją w głosie. W tle słychać wybuch sztucznego śmiechu sitcomowej widowni. - Pierdol się… – wyszeptał Jeremi, kierując te słowa do Wioli w swojej głowie, po czym znów zasnął. Jeszcze wiele razy budził się tylko na chwilę po czym znów zasypiał. Nie był w stanie stwierdzić jak długo to trwało, stracił już rachubę czasu. Raz gdy się budził sala rozświetlona była promieniami słonecznymi wpadającymi przez okno a innym razem spowita była w całkowitych ciemnościach. Trzy razy dziennie pielęgniarka budziła go na karmienie. Nie była to jednak ta mała blondynka którą zobaczył po pierwszym przebudzeniu. Zastąpiła ją duża, wręcz otyła kobieta po pięćdziesiątce o wielkiej, smutnej twarzy. Jej fartuch sprawiał równie przygnębiający widok jak ta smutna twarz, brudny i poprzecierany na łokciach, efektu dopełniała przekrzywiona plakietka z imieniem i nazwiskiem siostry: Anaïs Wilkeux. Nowa pielęgniarka bez słowa, leniwymi ruchami podawała mu jedzenie łyżkami a on również w milczeniu poddawał się temu aby jak najszybciej móc znów zasnąć. Była znacznie większa od Jeremiego i najpewniej nie miałby szans gdyby chciał się z nią siłować ale ona nawet do załatwiania potrzeb fizjologicznych nie uwalniała go z więzów. Po posiłkach prezentowała z pytająca miną kaczkę a on kiwnięciem głowy dawał znać, że chętnie by skorzystał a ona zajmowała się resztą, przelewając potem, na jego oczach zawartość kaczki do żółtego, plastikowego wiadra. Z sikaniem jest prosto – pomyślał chłopak – ciekawe jak ma zamiar załatwiać inne sprawy? Gdyby pozwoliła mu się zabić nie musiała by się teraz tak męczyć – myślał sobie. Jednak szybko uświadomił sobie, że wcale nie chce jej ułatwiać. Wręcz przeciwnie – Niech się męczy – myślał sobie i czuł dziwną satysfakcje ze swojej złośliwości. Coraz bardziej rosła jego niechęć do świata i wszystkich ludzi ale jednocześnie coraz mniej myślał o śmierci. Niechciał już odchodzić, chciał zostać aby okazać światu jak bardzo się nim brzydzi. Zrodziła się w nim chęć życia z czystej przekory i złośliwości. - Nie skorzystam z okazji żeby „taktownie umrzeć” – myślał – zostanę, ale na moich zasadach. Wiedział, że te zasadny nikomu się nie spodobają i to go cieszyło. Nie miał już nic do stracenia, mógł być wreszcie całkowicie szczery. Ale najpierw musiał stąd wyjść. Humor zaczął mu wracać a wraz z nim apetyt. Próbował zagadywać do milczącej ober-pielęgniarki. Zmusił się nawet parę razy do uśmiechu. Nie dane mu było jednak poznać brzmienia głosu tej „Góry, która karmi”. Prawdopodobnie nie rozumiała co do niej mówił, ale przekazała dalej zmianę w jego zachowaniu i szybko przydzielili mu jeszcze inną pielęgniarkę. Z tą był już w stanie się porozumieć i na szczęście nie była tak gadatliwa jak pierwsza. Podesłali mu też psychologa, któremu wcisnął łzawą gadkę o tym natłoku emocji związanym z przeżytym zamachem i reakcją na wieść o śmierci babci. Psycholog przekonany o tym, że ulżył pacjentowi i nie stanowi on już zagrożenia pozwolił na odwiązanie Jeremiego od łóżka. Lekarze zrobili mu jeszcze parę rutynowych badań, poobserwowali go trochę i któregoś dnia rano dostał informacje, że przygotowują dla niego wypis. Tego samego dnia koło południa pielęgniarka powiadomiła chłopaka, że ma gościa. Jeremi przeraził się, że jeśli to Wiola, a nie wiedział kto inny mógłby do niego przyjść, to znów straci nad sobą panowanie i już na stałe przywiążą go do łóżka. Na szczęście nie była to Wioletta. Kiedy otworzyły się drzwi wszedł przez nie bardzo elegancko ubrany mężczyzna. Na oko sześćdziesięciu-paro letni. Przedstawił się jako Zygmunt Załuski, ambasador Polski w Paryżu. Jeremi z początku ucieszył się ze spotkania z rodakiem ale jego entuzjazm szybko opadł. Ambasador Załuski miał w sobie tyle charyzmy co zszywacz do papieru. Kiedy tylko się przedstawił od razu przeszedł do rzeczy. Beznamiętnym głosem poinformował chłopaka, że za dwa dni na polach pod wieżą Eiffla odbędą się uroczystości na których prezydent Francji wręczy mu medal za odwagę. Do tego czasu Jeremi ma przebywać w hotelu, pokój dla niego został już wynajęty. Podczas wygłaszania swojej tyrady Załuski nawet na chwilę nie spojrzał na Jeremiego, cały czas uparcie wpatrywał się w miejsce łączenia się ściany pokoju z sufitem. - Nie chcę żadnych medali ani uroczystości. Chcę jak najszybciej wrócić do Polski. – powiedział Jeremi. - A stać Pana na bilet powrotny? – zapytał Załuski z miną nie wyrażającą żadnych emocji. - No… wycieczka miała też opcje powrotu. Tak nam przynajmniej mówili ci co ją sprzedawali. – odparł chłopak. - Biuro podróży kupiło Panu bilet na samolot powrotny, który odleciał gdy był Pan nie przytomny. Obawiam się, że nie wykupił Pan ubezpieczenia na wypadek nie stawienia się na wyznaczony lot. Biuro podróży umywa ręce. – mówił Załuski z tą samą beznamiętną miną – Oczywiście ambasada RP zapewni Panu bezpieczny powrót do kraju, ale od razu mówię, że najbliższy termin będzie dostępny dopiero po uroczystości. Byłoby bardzo niegrzecznie nie przyjąć takiego zaproszenia. Muszę dbać o te resztki prestiżu Polski na arenie międzynarodowej. Jeremi westchnął tylko z rezygnacją. - Będzie Pan poproszony o powiedzenie paru słów po wręczeniu odznaczenia – ciągnął Załuski – ale żeby Pana nie kłopotać pozwoliłem sobie przygotować odpowiednią przemowę – stwierdził wręczając Jeremiemu kartkę z tekstem. Jeremi wziął ją bez słowa. Acha i jeszcze to – ambasador wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki białą kopertę ze złotymi zdobieniami i wręczył chłopakowi – to oficjalne zaproszenie od prezydenta Republiki Francuskiej dla Pana i osoby towarzyszącej – powiedział. - Nie mam kogo zaprosić – odparł Jeremi. - To nie jest wymagane, zawsze dodaje się, że z osobą towarzyszącą, ale przymusu nie ma. – odpowiedział szybko Załuski z wyraźną ulgą. Widać było, że chce jak najszybciej odbębnić całą tę imprezę i wrócić do swojego ambasadorowania. Jeśli nie będzie musiał zajmować się jeszcze drugą osobą to tym lepiej. - Powiedziano mi, że wypis niedługo będzie gotowy, szczęśliwie postrzał okazał się niegroźny i rano szybko się goi – mówił Załuski niecierpliwie kładąc rękę na klamce – na dole czeka już na Pana samochód z kierowcą. Czarny citroen na dyplomatycznych tablicach. Kierowca zawiezie Pana do hotelu. Są już tam Pańskie rzeczy przewiezione z hotelu, w którym się Pan uprzednio zatrzymał. W samochodzie jest też ubranie dla Pana, odpowiednie na galę. Założyłem, że pakując się na wycieczkę nie zakładał Pan takiego obrotu spraw i nie zabrał Pan odpowiedniego stroju. Gdyby miał Pan jeszcze jakieś pytania to numer mojego telefonu służbowego napisany jest na mojej wizytówce przypiętej do tekstu przemowy. – powiedział i już miał wychodzić gdy coś mu przyszło do głowy, przystanął i rzucił do Jeremiego po raz pierwszy patrząc mu w oczy – Proszę się zachowywać godnie, będzie Pan reprezentować Polskę na tym międzynarodowym spotkaniu. Pańskie odznaczenie będzie tylko częścią większego wydarzenia na jakie zaproszono wielu znamienitych gości z całego świata. - Postaram się – zapewnił Jeremi. Załuski nie wyglądał na uspokojonego tym zapewnieniem, ale nie wiedział co więcej mógłby powiedzieć więc szybko pożegnał się i wyszedł. Chwilę po Załuskim do sali weszła pielęgniarka z obiecanym wypisem. Jeremi tylko na to czekał. Tak jak ambasador marzył tylko o tym, żeby się stamtąd wyrwać. Szybko się pożegnał i wyszedł ze szpitala. Na dole faktycznie czekał już na niego kierowca. Podczas drogi do hotelu Jeremi nawet nie wyglądał przez okno. Zwykle byłoby to nie do pomyślenia, uwielbiał oglądać miejską architekturę i przyglądać się ludziom zza szyby. Teraz w głowie miał tylko jedno, aby jak najszybciej dojechać do hotelu i zadzwonić do Polski. Ton Załuskiego był tak oficjalny a sam ambasador tak oschły i niezadowolony ze swojej obecności w szpitalu, że Jeremiemu nawet nie przyszło do głowy aby zadzwonić od niego. W końcu był ambasadorem, powinien mu umożliwić kontakt z krajem. Po chwili zastanowienia chłopak doszedł jednak do wniosku, że nie chciałby prosić o nic tamtego bubka, zadzwoni z hotelu. Kiedy dojechali na miejsce zostawił obsługę ze swoimi bagażami i zaraz pobiegł na recepcje z pytaniem o telefon. Pracownicy hotelu wyraźnie byli poinformowani o tym, że będą gościć bohatera ostatnich wydarzeń. Dwoili się i troili w uprzejmościach i wydali się mocno zakłopotani tym jak bardzo chłopak ich zbywa żądając tylko telefonu. W końcu został zaprowadzony do swojego pokoju gdzie z miejsca rzucił się do słuchawki. Zadzwonił do sąsiadki swojej babci żeby dowiedzieć się jak wygląda sprawa pogrzebu. Okazało się, że ta wspaniała kobieta sama się już wszystkim zajęła. Pogrzeb babci odbył się poprzedniego dnia. Sąsiadka dowiedziała się, że Jeremi przebywa w szpitalu i nie mogła się z nim skontaktować więc wzięła sprawę w swoje ręce. Jeremi nie potrafił wyrazić słowami jak bardzo był jej wdzięczny. Obiecał, że jak tylko wróci do Polski zwróci wszystkie poniesione przez nią koszty. - To nie chodzi o pieniądze, ona zrobiłaby to samo dla mnie. – zapewniła go sąsiadka. - Wiem Pani Danuto – odpowiedział chłopak – bardzo Pani dziękuję. To niesamowite, że są jeszcze tacy ludzie na świecie. - Niech Cię Bóg strzeże chłopcze. – powiedziała Pani Danuta – Wracaj do nas jak najszybciej. - Wrócę jak najszybciej się da. – obiecał Jeremi – Do widzenia Pani. - Do widzenia Jeremi. – odpowiedziała sąsiadka i rozłączyła się. Chłopak nie wiedział co ma teraz ze sobą zrobić. Postanowił pójść do kościoła, żeby w spokoju zebrać myśli i pomodlić się za babcię. Wyszedł z hotelu i obszedł trzy najbliższe kościoły ale wszystkie okazały się zamknięte. – No tak, tu wszyscy są zbyt nowocześni żeby szukać siły w Bogu, nie ma tu miejsca dla takich średniowiecznych pachołków jak ja– pomyślał chłopak z goryczą. Niepocieszony wrócił do pokoju hotelowego i padł na łóżko nie zdejmując nawet butów. Zaczął się modlić i to uspokoiło go na tyle, że szybko usnął. Obudził się w środku nocy już spokojniejszy. Wziął prysznic a następnie przymierzył garnitur otrzymany od ambasadora Załuskiego. Ubranie okazało się doskonale dopasowane – albo ktoś tu ma doskonałe oko do rozmiarów ubrań albo mnie pomierzyli jak byłem nieprzytomny – pomyślał Jeremi. Przebrał się w coś wygodniejszego ze swojej torby podróżnej i usiadł do biurka. Próbował przeczytać tekst swojej przemowy ale po paru linijkach okrągłych i pustych zdań odłożył kartkę na bok. Nie zamierzał uczyć się jej na pamięć. Jak im tak zależy to może im to przeczytać na tej durnej gali ale nie będzie się przykładał do tych cyrków. Nie wiedząc co ma dalej ze sobą zrobić, a nie chciało mu się już spać, włączył laptopa stojącego na biurku i zaczął grzebać w internecie. -Tak, teraz jeszcze pozostaje sprawa osoby towarzyszącej. – pomyślał Jeremi leniwie scrollując i skanując wzrokiem zawartość jednej z satyrycznych stron internetowych. - Musze kogoś zaprosić. – ta przekorna myśl pojawiła się w jego głowie jak tylko zobaczył ulgę na twarzy ambasadora Załuskiego kiedy dowiedział się, że nie będzie osoby towarzyszącej. - Teraz reprezentuję Rzeczpospolitą. – powiedział na głos próbując udawać beznamiętny ton ambasadora. – Niech ten buc Załuski zobaczy, że jednak nie przyjdę sam. – dopowiedział sobie w myślach gdy nagle jeden z nagłówków przykuł jego uwagę. Tytuł artykułu brzmiał: „Mia Sultana ma coś z cyckiem” pod spodem umieszczono zdjęcia dziewczyny o arabskiej urodzie, prezentującej trzymany w ręku krążek hokejowy. Ta sprawa mocno go zaintrygowała. Szybko skupił wzrok na biuście dziewczyny na zdjęciu i po długich oględzinach nie dostrzegł żadnych problemów. Wręcz przeciwnie bluzeczka, opinająca się na jej dużych piersiach udowadniała, że z ich kształtem jest wszystko bardzo tak. Czyżby nie o kształt chodziło, a problem krył się pod ubraniem? No i co wspólnego z tym miał ten krążek? Szybko kliknął w nagłówek i zaczął zagłębiać się w opis tej dramatycznej historii. Gdy dobrnął do końca artykułu wiedział już, że dziewczyna na zdjęciu jest emerytowaną gwiazdą filmów porno. To dziwne, Jeremi zaliczył mnóstwo „ślizgaczy” ale jej nie znał. To pewnie dlatego, że jej uroda była mocno nie w jego guście. Ciemne włosy, ciemne oczy i ciemna karnacja arabskich piękności nie robiła na nim wrażenia. Jego preferencje leżały dokładnie na drugim biegunie. Zawsze miał słabość do piegowatych rudzielców o bladej karnacji i jasnych, najlepiej zielonych, oczach. Ideałem kobiecego piękna była dla niego irlandzka modelka Ginger Swann. No może poza jej licznymi tatuażami, których osobiście nie cierpiał. Ale Ginger była tak piękna, że nawet tatuaże tego nie przykrywały. Chociaż gdyby były zmywalne… albo jeszcze lepiej zlizywalne, o smaku soczystych jabłek, to wtedy mogłyby się nawet odnawiać. Tak, bezludna wyspa a na niej tylko on i Ginger Swann ze zlizywanymi tatuażami o smaku jabłek, to przepis na raj dla Jeremiego… Ale wracając do artykułu na stronie. Okazało się, że ta była gwiazda filmów dla dorosłych jest prywatnie wielką fanką hokeja i podczas meczu źle uderzony krążek wyleciał z lodowiska i jak zaprogramowany poleciał prosto w kierunku Mii, trafiając ją z wielką siłą w pierś. Dalej znajdowała się relacja samej pokrzywdzonej, która w zabawny sposób opowiadała o tym jak to rozpędzony krążek uszkodził jej implant. Cały wpis zwieńczony był zdjęciem dziewczyny w stroju kąpielowym mającym uspokoić fanów, że cokolwiek stało się wtedy z piersiami aktorki to już jest w porządku. Jeremi dokładnie je zanalizował i stwierdzając z ulgą, że faktycznie nie widać żadnych zniekształceń wrócił do czytania jej opisu całego zdarzenia. Jej dystans do siebie bardzo mu się spodobał. Przewinął artykuł do początku, gdzie było jej zdjęcie i zaczął się jej dokładnie przyglądać. Im dłużej patrzył tym uśmiech na jego twarzy rósł. W końcu szepną do siebie: - Jest idealna – i począł szukać w internecie możliwości skontaktowania się z nią. Szybko odnalazł na popularnym serwisie społecznościowym konto tej biednej ofiary hokejowego krążka. Nie był w stanie stwierdzić czy jest to autentyczne konto tej aktorki ani czy uwierzyłaby w autentyczność jego zaproszenia ale w obecnym stanie emocjonalnym już go to nie obchodziło. Trochę z nudów a głównie dla żartu napisał do niej wiadomość, w której opisuje swoją sytuację i pyta czy nie zechciałaby mu towarzyszyć na tej gali. Nie spodziewając się odpowiedzi wylogował się ze swojego konta i zajął się oglądaniem głupawych filmików na YouTube. Kiedy za oknem zaczynało świtać a Jeremi miał już dość internetu chciał wyłączyć komputer, ale zanim to zrobił, z automatu zajrzał jeszcze na swoje konto i odkrył, że odpowiedź jednak przyszła. Osoba podpisująca się jako Mia Sultana podziękowała mu za zaproszenie i oświadczyła, że bardzo chętnie z niego skorzysta. Jeremi z natury nieufny i podejrzliwy nie bardzo chciał wierzyć w autentyczność tej wiadomości ale właściwie nie miał nic do stracenia. W najgorszym wypadku pojedzie na lotnisko i spotka tam jakiegoś gościa, założyciela tego fikcyjnego konta, który będzie wyśmiewał jego naiwność. Najprawdopodobniej jednak, nikogo tam nie spotka i tylko zwiedzi sobie lotnisko de Gaulle’a. Dlatego umówił się, że odbierze swojego gościa z lotniska następnego dnia wieczorem. Czas do spotkania Jeremi przewegetował w hotelu na zmianę śpiąc i siedząc w internecie. Paryż kompletnie go nie interesował. Zadzwonił jeszcze do ambasady aby powiadomić Załuskiego, że jednak będzie z osobą towarzyszącą i musi ją jakoś odebrać z lotniska. Ambasador obiecał ponownie wysłać do Jeremiego samochód z kierowcą. Tak też się stało, o umówionej godzinie pod hotel podjechał ten sam co ostatnio czarny citroen z tym samym, znudzonym życiem facetem za kierownicą. Chłopak sam sobie ciągle powtarzał jak mało prawdopodobne jest, że to spotkanie dojdzie do skutku. Jednak tak naprawdę w głębi duszy miał nadzieja, że ta dziewczyna jednak tam będzie. Nigdy by się do tej nadziei nie przyznał bojąc się kompromitacji przed samym sobą (a był najbardziej złośliwym komentatorem własnych porażek). Zdawał sobie sprawę, że może i napisał do niej dla żartu ale jednak wykonał jakiś ruch w kierunku drugiego człowieka, co nie zdarzało mu się zbyt często. Niejako udało mu się oszukać samego siebie, gdyby nie to, że odpowiedź była mało prawdopodobna i potraktował to jako żart to pewnie nigdy by nie napisał. Szkoda żeby miało się to zmarnować. No i dochodziła jeszcze kwestia Załuskiego. Powiedział mu, że musi pojechać po kogoś na lotnisko. Już wyobrażał sobie pogardliwe spojrzenie ambasadora jeśli okaże się, że nikt nie przyleciał. Zawsze potrafił dostrzec pogardę w spojrzeniach innych ludzi, nawet jeśli jej tam nie było. Po około godzinie jazdy udało im się dotrzeć na lotnisko. Jeremi dokładnie wiedział jak ona wygląda, na jej profilu społecznościowym było sporo zdjęć. Przeszło mu nawet przez myśl czy nie zapoznać się z jej rolami filmowymi ale wydało mu się to niewłaściwe. Skoro miał ją poznać osobiście nie chciał oglądać jej w scenach erotycznych. Był pewien, że bez problemu ją pozna ale nie byłby sobą gdyby nie pokusił się o małą prowokację. Wiele razy widział w telewizji jak ktoś odbiera z lotniska nieznaną sobie osobę. Zwykle Ci odbierający uzbrojeni byli w duże kawałki kartonu z wypisanym imieniem i nazwiskiem swojego gościa. Jeremi postanowił, że właśnie tak zrobi. Jeszcze w hotelu wypisał na dużej kartce papieru MIA SULTANA. Teraz stanął po środku hali przylotów i podniósł kartkę tak aby górna jej krawędź znalazła się pod jego brodą. Wpatrywał się w twarze przechodzących mężczyzn. Ciekawiły go ich reakcje. Kiedy zauważył, że facet wie o co chodzi wysyłał mu spojrzenie mówiące „wiem, że ty wiesz na kogo tu czekam”. Zgodnie z przewidywaniami w oczach wielu przechodzących mężczyzn dostrzegł błysk zrozumienia na widok jego tabliczki. Reakcje były różne. Gdy mijała go grupka złożona z samych facetów to zazwyczaj ostentacyjnie pokazywali sobie tabliczkę i głośno się śmiali patrząc na Jeremiego. Na twarzach pojedynczych facetów malowało się zdziwienie a następnie nierzadko zaczynali się rozglądać. Mężczyźni idący w towarzystwie kobiet spuszczali głowy z zakłopotaniem a potem ukradkiem rozglądali się na boki. Większość wiedziała o kogo chodzi, ale nikt nie podszedł, nawet te męskie grupki, pewnie bali się, że to jakaś prowokacja i wszystko jest filmowane z ukrytej kamery, a ponieważ sytuacja działa się na lotnisku a nie w barze nie mieli jeszcze okazji uzupełnić zapasów „odwagi w płynie”. Minęło już sporo czasu od kiedy ogłoszono przylot samolotu, którym rzekomo miała przylecieć zaproszona przez Jeremiego aktorka. Jego mała prowokacja przestawało go już cieszyć i zaczęło go ogarniać znudzenie. Powoli docierała do niego gorzka prawda, że czeka na próżno. Wtedy właśnie za plecami usłyszał, wprawdzie wypowiedziane z dziwnym akcentem ale swojsko brzmiące, „cześć”. Odwrócił się szybko i przed sobą zobaczył Ją. Dziewczynę na którą czekał. Byli tego samego wzrostu, patrząc przed siebie Jeremi spoglądał jej prosto w oczy. Jej duże, ciemno-brązowe oczy patrzyły na niego spod czarnych, gęstych brwi. Jego mózg zdążył jeszcze zarejestrować jasną bliznę biegnącą środkiem rynienki podnosowej bo całą resztę jej twarzy zdawał się „przyćmiewać” jej szeroki, promienny uśmiech prezentujący rząd śnieżnobiałych zębów odcinających się od jasnobrązowej karnacji jej skóry i jej długich, prostych włosów koloru smoły. Nie sposób było nie zwrócić uwagi na jej duże piersi, które zgodnie z wszelkimi prawami fizyki i biologii wytwarzały własne pole grawitacyjne przyciągające orbitujące spojrzenia wszystkich wokoło. Oczy Jeremiego nie miały szans w starciu z tą grawitacyjną pułapką i zapadły się głęboko w wyciętym dekolcie dziewczyny. Z transu wyrwało go dopiero kolejne wypowiedziane przez nią „cześć”. Wzdrygnął się jak brutalnie przebudzony z głębokiego snu i uświadamiając sobie, że gapi się jej bezwstydnie na biust szybko podniósł wzrok patrząc jej głęboko w oczy, starając się skupić na tej głębi i nie patrzeć już nigdzie indziej. - Cześć – odpowiedział, bezskutecznie starając się zatuszować swoje zakłopotanie. Dziewczyna, przyzwyczajona do podobnych sytuacji, niezrażona patrzyła na niego wyczekująco wciąż uśmiechając się od ucha do ucha. Umysł chłopaka był w tym czasie w całkowitej rozsypce. – a więc jednak przyjechała… naprawdę… i jeszcze to „cześć”… nauczyła się tego polskiego przywitania... to taki sympatyczny gest… - myślał sobie a przez jego głowę jednocześnie przelewały się fale radości i strachu. – Dobra, to co teraz? Co zrobić, żeby nie wyjść na kompletnego idiotę? Po chwili namysły zdołał wreszcie wydukać po angielsku pierwsze co mu przyszło do głowy – Jak Twój lot? – zapytał. Chciał powiedzieć cokolwiek, żeby tylko udowodnić, że żyje i w jego głowie zachodzą jakieś procesy myślowe, ale zaraz sam siebie skarcił za banalność tego pytania, tak jakby jego obowiązkiem było zanalizować całą skomplikowaną strukturę wszechświata w pierwszym zdaniu jakie do niej wypowie. - Dobrze – odpowiedziała Mia, znów po polsku! – „cześć” to nie jedyne co potrafię powiedzieć - ciągnęła dalej, jak gdyby słyszała jego wcześniejsze myśli – Ty jesteś Jeremi prawda? Kto inny stał by tu z tą kartką… witaj, jestem Mia – powiedziała wyciągając do niego rękę. Chłopak zdał sobie sprawę, że faktycznie nawet się nie przedstawił – tak, to ze mną byłaś umówiona. Cześć. Jeremi.– wyrzucił z siebie i szybko uścisnął jej dłoń. Z wrażenia, trochę za mocno, co zobaczył w przelotnym grymasie na jej twarzy – o… przepraszam… eee… daj wezmę Twoją walizkę… - ciesząc się, że zdołał wreszcie wymyślić jakieś sensowne działanie złapał za wyciągniętą rączkę dużej walizki na kółkach stojącej obok. - Tak dobrze mówisz po polsku… - zaczął Jeremi – dlaczego? Delikatnie mówiąc polski nie jest chyba zbyt wysoko na liście języków przydatnych do komunikacji we współczesnym świecie… - Moja babcia pochodziła z Polski – odpowiedziała Mia. - Z Chrzanowa? – zapytał Jeremi bezmyślnie. - Co? Nie… z Krakowa. Studiowała na uniwersytecie Jagiellońskim tak jak mój dziadek, tam się poznali. Dlaczego z Chrzanowa? Ty stamtąd jesteś? – zapytała. - Nie, nie ważne. Czasem gadam głupoty – odpowiedział chłopak – Chodź czeka na nas kierowca. – powiedział ruszając w stronę wyjścia z hali przylotów. – Masz już wynajęty pokój? - Nie – odpowiedziała dziewczyna – ten wyjazd to było czyste szaleństwo – zaśmiała się – Kiedy dostałam Twoją wiadomość to nie byłam pewna czy ktoś nie robi sobie ze mnie jaj. Przyleciałam, bo miałam dziwne przeczucie, że wyniknie z tego coś ciekawego. Kobieca intuicja. W najgorszym wypadku pozwiedzałabym sobie Paryż i wróciła do domu, nigdy wcześniej nie byłam we Francji. W takim turystycznym mieście nie powinno zabraknąć pokoi hotelowych, może spróbuję tam gdzie Ty się zatrzymałeś. Rozmawiając wyszli z budynku i skierowali się na parking. Kierowca z ambasady czekał na nich oparty o maskę samochodu patrząc leniwie w niebo. Kiedy zbliżali się do niego, kątem oka zobaczył Jeremiego i oderwał się od samochodu, na jego twarzy malowało się bezgraniczne znużenie, zrobił krok w ich stronę i kiedy tylko jego wzrok padł na Mię zastygł w bezruchu. Z wybałuszonymi oczami i pół otwartymi ustami gapił się na nią nie wiedząc co ma ze sobą zrobić. Mia i Jeremi podeszli do niego na wyciągnięcie ręki ale on dalej stał jak słup soli gapiąc się na dziewczynę. Ona w odpowiedzi uraczyła go swoim promiennym uśmiechem. Jeremi widząc konsternacje kierowcy sam ledwo powstrzymywał śmiech. Ne chcąc już przeciągać tej sytuacji odezwał się do niego – Możemy już jechać. Najpierw pojedziemy do mojego hotelu. Zobaczymy czy jest tam jakiś wolny pokój a jak nie to będziemy musieli znaleźć Mii jakiś inny hotel. – wymawiając imię dziewczyny z taką nonszalancją jakby znali się już od wielu lat i łączyła ich wielka przyjaźń. Mia od razu to wyłapała ale nie zaprotestowała nie chcąc psuć Jeremiemu zabawy. - Tak, oczywiście – odezwał się w końcu kierowca. – Proszę wsiadać – powiedział do obojga łapiąc za walizkę i niosąc ją do bagażnika. W drodze powrotnej starał się patrzeć na drogę ale jego spojrzenie wciąż wędrowało w stronę odbicia Mii we wstecznym lusterku. Cud, że nie spowodował żadnego wypadku. Na miejscu w hotelu okazało się, że nie ma problemu z wynajęciem pokoju. Hotel nie należał do najtańszych ale dziewczyna wydawała się nie przejmować kosztami. Następnego dnia miała się odbyt gala na którą byli zaproszeni dlatego porozmawiali jeszcze chwilę przy recepcji i każde poszło do swojego pokoju żeby przygotować się do następnego dnia. Jeremi kiedy tylko przekroczył próg swojego pokoju, z miejsca rzucił się na łóżko i zaczął rozmyślać o wszystkim co się do tej pory wydarzyło, a ostatnie dni były bardziej intensywne niż całe jego życie do tej pory. Jedna wycieczka spowodowała, że otarł się o śmierć, zapobiegając śmierci wielu innych osób. To napełniało go dumą, choć poczucie dumy z samego siebie było dla niego czymś tak obcym, że nie mógł się w tym odnaleźć. Jego mózg szybko kierował jego myśli w stronę lepiej znanych, przykrych emocji. Przed oczami stanęła mu babcia. Najbliższa mu osoba, której już nie ma… umarła przez stres jaki nieświadomie jej zafundował… a on nawet nie był na jej pogrzebie… za to siedzi sobie w hotelu w Paryżu, rozbija się po mieście ambasadorską limuzyną i sprasza panienki… a jutro idzie na imprezę do prezydenta… Łzy napłynęły mu do oczu. Poczuł nienawiść do samego siebie a nawet niechęć do Mii co zaraz wywołało poczucie winy… umęczony chaosem we własnej głowie zasnął. Następnego dnia rano obudziło go głośne pukanie do drzwi. Zaspany zwlókł się z łóżka poczłapał w kierunku wejścia do swojego pokoju. Natarczywe pukanie nie milkło nawet na chwilę. – Idę, idę… - rzucił niechętnie w stronę źródła hałasu. Kiedy tylko odrobinę uchylił drzwi zaraz do pokoju wpadł ambasador Załuski. Wciskając się do środka staranował Jeremiego i zaczął chodzić w kółko na środku pokoju. Jeremiemu przywodził na myśl wściekłego bąka, który wpadł do mieszkania i lata w kółko nie wiedząc jak się wydostać. Załuski nawet „brzęczał” gniewnie mamrocząc pod nosem jakieś słowa. Gdyby sytuacja nie była tak napięta Jeremi mógłby się nawet roześmiać na widok tej sceny. - Jak ty wyglądasz, człowieku?! – krzyknął ambasador łypiąc na chłopaka z nieukrywaną odrazą – kiedy ostatnio się kąpałeś? Wiesz w ogóle, że istnieje coś takiego jak higiena?! Jeremi pomyślał tylko, że ambasador trochę przesadza, rzeczywiście zasnął wczoraj bez kąpieli, w ubraniach, w których był na lotnisku ale to był jednostkowy przypadek. – Bardzo często się myję, może ostatnio nie jestem w najlepszej formie, ale w końcu jestem tym pierdolonym bohaterem, więc mógłbyś dać mi spokój. – rzucił w kierunku Załuskiego. Gdy dotarło do niego jak chamsko zareagował zdziwił się nieco, ale nie żałował tego co powiedział, wręcz przeciwnie, poczuł dużą satysfakcję widząc minę ambasadora, który też nie spodziewał się takiej reakcji. - Szybko, pod prysznic, nie mamy czasu. – powiedział nieco zbity z tropu ambasador Załuski. Jeremi czując swoją chwilową przewagę w tej dyskusji chciał jeszcze trochę nawtykać starszemu mężczyźnie ale ostatecznie nic już nie powiedział i wolnym krokiem wszedł do łazienki żeby się wykąpać. Po kąpieli, umyciu zębów i goleniu wyszedł z łazienki i poszedł się ubrać. Załuskiego nie było w pokoju, musiał wyjść kiedy chłopak brał prysznic. Jeremi nie miał żadnych elegantszych ubrań w swojej walizce więc musiał skorzystać z zestawu przygotowanego przez ambasadora. Kiedy był już gotowy, wyjrzał przez drzwi swojego pokoju hotelowego. Załuski czekał na niego na korytarzu, oparty o ścianę naprzeciwko. Zlustrował chłopaka od stóp do głów. – Niech będzie – rzucił tylko. - Dobra, pójdę po Mię i możemy ruszać jak tylko będzie gotowa. – powiedział Jeremi. Ambasador Załuski wykrzywił twarz w grymasie niezadowolenia. – Byłem już u pańskiej… przyjaciółki… - nie krył pogardy mówiąc o niej. Jeremi spojrzał zimno na ambasadora, starając się aby przekazać wyrazem twarzy co najmniej tyle samo pogardy względem Załuskiego. A tamten ciągnął dalej – Oczywiście rozumiem chęć wykorzystania swoich „pięciu minut sławy” ale jeszcze raz przypominam, że będzie Pan reprezentował naszą ojczyznę i wypada zachowywać się godnie. - A kto się zachowuje niegodnie? – spytał chłopak – zostałem zaproszony z osobą towarzyszącą więc idę z osoba towarzyszącą, gdzie tu widzisz jakieś uchybienia godności. – ambasador drażnił Jeremiego już tak bardzo, że porzucił wszelkie formy grzecznościowe i zaczął zwracać się do niego na „ty”. Jeżeli Załuski poczuł się tym urażony to nie dał po sobie nic poznać, zachował swój kamienny wyraz twarzy. – Mój kierowca przekazał mi kim ona jest – rzucił – to się nie spodobało organizatorom gali. - A kim jest? – Jeremi nie zamierzał ułatwiać zadania ambasadorowi. „No powiedz to” myślał. Załuski demonstracyjnie westchnął – jak stąd wyjedziesz możesz się szlajać gdzie chcesz i z kim chcesz – ambasador postanowił zniżyć się do poziomu rozmówcy i też porzucił wszelkie grzecznościowe formy – ale nie dopuszczę do międzynarodowego skandalu, do którego dojdzie bo ty chcesz zaimponować swojej ulubionej aktorce filmów dla dorosłych! Nie wiem na co się umówiliście… Ambasador nie zdążył dokończyć bo chłopak mu przerwał – Uważaj… – wysyczał Jeremi przez zaciśnięte zęby. Załuski zdał sobie sprawę, że poniosły go emocje. W duchu był zły na siebie, że dał się sprowokować temu prymitywnemu wyrostkowi. Zamilkł na chwilę chcąc się uspokoić. Mężczyźni stali tak przez chwilę bez słowa patrząc na siebie. Ambasador z niechęcią w oczach a Jeremi już z nieskrywaną nienawiścią. Gdy tak trwali w tym starciu na spojrzenia, na korytarzu rozległy się kroki i po chwili zza rogu wyłoniła się Mia. Jeremi spojrzał na nią i jedyne co potrafił z siebie wydusić to: „cześć”. - Cześć – odpowiedziała dziewczyna – Czuję się doprawdy zaszczycona, że postanowiliście drzeć ryje na mój temat stojąc na korytarzu. Słychać was w połowie hotelu… Na szczęście po polsku mało kto to zrozumie… Jedźcie na te swoje gale i zostawcie mnie w spokoju… - powiedziała odwróciwszy się na pięcie i odchodząc. Jeremi pobiegł za nią i zrównawszy się z nią zaczął się nerwowo tłumaczyć – Przepraszam! Nie wiem co ten buc Ci nagadał… - Nie ważne – przerwała mu dziewczyna – przyjazd tu był błędem. Zostaw mnie. Zgodnie z życzeniem chłopak przystaną i pozwolił jej odejść. Dziewczyna wyraźnie poczuła się upokorzona całą tą sytuacją, co było naturalne. Choć Jeremi nie odpowiadał bezpośrednio za zachowanie ambasadora to zdał sobie sprawę, że jest odpowiedzialny za wywołanie całej tej sytuacji. Powinien był przewidzieć jak to się może skończyć. Pomyślał, że nie ma prawa prosić ją o to by została. Nie miał nawet śmiałości, żeby iść za nią i ją dalej przepraszać. „Chyba faktycznie lepiej dla niej będzie jeśli kompletnie zniknę z jej życia” myślał sobie wchodząc coraz głębiej w tryb egzaltowanej nienawiści do samego siebie i użalania się, co zdarzało mu się ostatnio coraz częściej. Nie wiedząc co dalej ze sobą zrobić poczłapał w kierunku Załuskiego. „Niech to się już skończy” pomyślał. Ambasador stał dokładnie w tym samym miejscu ale wyraźnie odzyskał już pełną kontrolę nad swoimi emocjami. Znów bardziej przypominał figurę woskową niż żywego człowieka. - Czy możemy? – zapytał jakby nigdy nic. - Niech to się już skończy. – chłopak powtórzył na głos swoje myśli, unikając patrzenia na Załuskiego. Razem wyszli z hotelu. Jeremi rozpoznał „zaprzyjaźnionego” kierowcę z ambasady i bez zbędnej zwłoki wsiadł na tylne siedzenie jego samochodu. Kiedy zajął już swoje miejsce ambasador Załuski poinformował go, że też będzie na uroczystości ale pojedzie tam innym samochodem bo ma jeszcze coś do załatwienia. Chłopak usłyszał te słowa ale w żaden sposób nie odpowiedział. Po krótkiej jeździe byli już na miejscu. Kiedy Jeremi wysiadał z samochodu podeszła do niego młoda kobieta przedstawiając się jako Katarzyna. Powiedziała, że pracuje w ambasadzie RP i czekała tu na niego aby wskazać mu miejsce. Uśmiechała się do niego życzliwie ale chłopak nie odwzajemnił uśmiechu. – No to chodźmy – rzucił tylko od niechcenia. Szli w milczeniu. Katarzyna przodem a za nią nachmurzony Jeremi. Przeciskali się przez coraz bardziej gęstniejący tłum. Na horyzoncie zaczynała już majaczyć sylwetka tymczasowej sceny, wzniesionej tu podczas przygotowań do gali. Dziewczyna prowadziła Jeremiego w tamtą stronę. Zapewne tam miał odbyć się cały ten cyrk z odznaczaniem. Jeremi nie rozglądał się zbytnio na boki aż do momentu gdy, niespodziewanie tak jak na lotnisku, dotarł do jego uszu charakterystyczny „szelest” polskiego języka. Chłopak spojrzał w kierunku skąd dochodziła swojska wymowa i od razu rozpoznał byłego prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej. Były prezydent i jednocześnie laureat międzynarodowej nagrody Yobla, Bolesław Szwęda stał w otoczeniu jakiś nieznanych Jeremiemu oficjeli i opowiadał im coś żywo gestykulując. Czerwone, pucułowate policzki eks-prezydenta pokryte jednodniowym zarostem oraz okrągły równie czerwony nos były jego znakiem rozpoznawczym tak jak popielata marynarka narzucona na biały T-shirt z napisem i szary kaszkiet na głowie. Gdy przechodzili nieopodal niego Jeremi wyłapał strzęp jego opowieści: - (…) i wtedy ja mu mówię: Gościu, weź tę bombę i ją rozbrój. – Jeremi odniósł niejasne wrażenie iż ma to związek z niedawnymi wydarzeniami w których sam brał udział. Wprawdzie nie przypominał sobie obecności prezydenta w klubie tamtej feralnej nocy ale skoro pan prezydent tak mówi to tak musiało być. Tak, prezydent Szwęda odgrywał kluczową rolę we wszystkich ważnych wydarzeniach, zarówno tych minionych jak i tych jeszcze nie zaistniałych. Para przepychała się dalej poprzez stłoczonych gości w kierunku mównicy zostawiając za sobą byłego prezydenta. Gęstniejący tłum na moment przypomniał chłopakowi o ścisku jaki panował wtedy w klubie podczas panicznej ucieczki bawiących się tam ludzi, ale zdenerwowanie związane z obecną sytuacją szybko przyćmiło tamte wspomnienie. W końcu udało im się dotrzeć do żywej ściany z agentów ochrony ograniczającej te skłębione morze gości. Na widok Jeremiego ludzka ściana na moment rozwarła się i wpuściła chłopaka wraz z jego przewodniczką do strefy pod samą sceną, z rzędami krzeseł przygotowanych dla Vip-ów. Pracownica ambasady wskazała chłopakowi przeznaczone dla niego miejsce na przedzie i szybko się ulotniła. Jeremi usiadł na swoim krześle i dokładnie rozejrzał się dookoła. W pierwszym rzędzie zasiadła cała śmietanka władzy wolnego świata. Prezydent Francji Pierre Cacquarante wraz ze swoją żoną, zadbaną, sympatycznie wyglądającą kobietą. Jednak to co pierwsze rzucało się w oczy to wyraźna różnica wieku pomiędzy małżonkami. Pani Cacquarante miała chyba ze 30 lat więcej niż mąż. Z kolei wygląd samego prezydenta można by przyrównać tylko do 13 letniego chłopca przyłapanego przez rodziców na oglądaniu filmów erotycznych i gmerającego w portkach. Zaraz obok gospodarzy rozsiadł się kanclerz Niemiec Fritz Händehoch. Dla niego musiano dostawić specjalne poszerzone krzesło bo nie zmieściłby się w standardowym, gdyż miał delikatnie mówiąc sporą nadwagę. Ubrany był w drogi garnitur choć można było odnieść wrażenie, że jest odrobinę za mały. Kanclerz tak szczelnie wypełniał sobą ubranie, że Jeremi zastanawiał się jak w ogóle udało mu się je założyć. Już bardziej prawdopodobny był scenariusz, w którym krawiec poukładał skrawki materiału na ciele leżącego kanclerza i zszył garnitur bezpośrednio na swoim kliencie. Z ledwo dopiętego kołnierzyka wyłaniała się duża, pozbawiona włosów głowa przywódcy Niemiec, ozdobiona z przodu kartoflowatym nosem koloru jarzębiny. Zaraz obok niego zasiadła prawdziwa ostoja wolności i bezpieczeństwa na świecie: prezydent federacji rosyjskiej Iwan Iwanowicz Tsarenkov oraz przebywający akurat z wizytą we Francji człowiek będący uosobieniem europejskich wartości prezydent Turcji Tzerep Kemal Ataoğlu. Brakowało tylko Pani premier Wielkiej Brytanii, co było dość oczywiste, ostatnio nikt nie lubił Anglików, bo nie chcieli się już bawić we wspólnej piaskownicy i stawiać zestandaryzowanych babek z atestowanego piasku. Nie obecny był też prezydent Stanów Zjednoczonych, ale jego nikt nie zaprosił bo był zwyczajnym dupkiem. Uroczystość rozpoczęła się od odegrania hymnu Francji a także hymnu Polski (jakiż to miły gest ze strony gospodarzy). Nie obyło się bez przemów. Poczynając od gospodarza każdy przywódca miał parę słów do powiedzenia. Typowe bla, bla zwyciężymy, bla bla, nasze wartości, bla, bla wrogowie poniosą porażkę, nie damy się zastraszyć i inne bzdety, padło trochę uszczypliwości wobec nieobecnych i masa zapewnień o przyjaźni pomiędzy reprezentowanymi narodami. Jeremi nie zapamiętał z tego ani słowa, prawdę mówiąc od początku niespecjalnie ich słuchał. Z każdą chwilą narastał w nim gniew. Na tych zakłamanych politykierów. – Ten francuski paniczyk… jak śmiał tak potraktować Mię. Bo grała w filmach porno, więc jest niegodna? A ten ruski rzeźnik, któremu tak ochoczo wchodzi w dupę jest godzien? – Jeremi pomyślał, że jego terapeutka z pewnością zachęcała by go do tego aby nie poddawał się złym emocjom. „Zacznij od nazwania swoich uczuć” zadźwięczało mu w głowie często powtarzane przez nią zdanie. – Niech będzie – pomyślał. – gniew to za mało powiedziane, wkurw jest bardziej swojskie ale nie oddaje ogromu mojego zagniewania… - rozmyślał Jeremi. – To jest coś większego, coś ogromnego. Ogromnego jak dupa Wiolki. Tak! To wkurw na cały świat. Ból istnienia na tym świecie. Ból świata wielkości dupy Wioli. Ból dupy, ale nie taki zwykły… Niemieccy romantycy nazwaliby to „Arschschmerz”. To mogłoby… - Jeremi Leschnieunsky – dźwięk własnego nazwiska pokaleczonego zagraniczną wymową wyrwał Jeremiego ze stanu zadumy. Zdążył już zapomnieć gdzie się znajduje pogrążony w swojej ulubionej czynności jaką jest wymyślanie głupot, zapomniał o całym świecie. Na szczęście przy okazji wymyślania jak bardzo jest wściekły jego faktyczne emocje nieco opadły. Ale nie na długo… Lekko nieobecnym wzrokiem rozejrzał się w koło. Wszyscy patrzyli na niego i zastygli w oczekiwaniu. – czego oni, kurwa chcą – pomyślał Jeremi. – A tak, przemowa – dotarło do niego po krótkiej chwili. Z niezbyt szczęśliwą miną zwlókł się z krzesła i poczłapał w kierunku mównicy zapraszany przez mistrza ceremonii. Na oko 50-cio letniego francuza w czarnym garniturze. Przy mównicy znajdował się mały stolik, którego Jeremi wcześniej nie zauważył, na stoliku ułożona była niebieska poduszka a na niej medal, który prawdopodobnie miał otrzymać. Kiedy dotarł do mikrofonu, konferansjer poklepał go serdecznie po plecach na co Jeremi odpowiedział nienawistnym spojrzeniem, nie znosił takich protekcjonalnych gestów. Francuz zdawał się tego nie zauważać, albo zauważył tylko nie dał po sobie nic poznać, z ogromnym uśmiechem usuną się gdzieś na bok. Jeremi szybko wyszukał wśród zebranych kościstą postać Załuskiego wpatrującego się w niego swoimi zimnymi oczami. Jeremi posłał mu swój szczery, słowiański uśmiech i zaczął mówić: -Witam wszystkich zebranych. – mówił po angielsku, żeby jak najwięcej osób zrozumiało – Dzięki uprzejmości konsula Polski w Paryżu miałem już przygotowaną przemowę. – na potwierdzenie swoich słów Jeremi wyciągnął złożoną kartkę papieru i zademonstrował ją zebranym. – Ale chyba z niej nie skorzystam. – Powiedział chowając kartkę do kieszeni i ciągnął dalej – Powiem coś od siebie. – Prezydent Cacquarante uśmiechał się życzliwie, słuchając słów swojego gościa, to samo czyniła jego małżonka. Tymczasem Jeremi kontynuował przemówienie. - Po pierwsze chciałbym podziękować prezydentowi Makkaronowi… – krótkotrwały grymas przebiegł po twarzy prezydenta gdy usłyszał swoje przekręcone nazwisko, ale nie przestawał się uśmiechać dobrodusznie. - … i jego matce…– w mgnieniu oka uśmiech zniknął z twarzy francuskiego prezydenta, a oczy w zdziwieniu zaczęły wychodzić mu z orbit. - … za tak ciepłe przyjęcie mnie w waszym kraju… – Jeremi kiwnął głową w stronę prezydenta, na co on nie wiedział jak zareagować i odruchowo również kiwnął głową. - … ale przede wszystkim chciałbym podziękować kanclerzowi Niemiec za to, że wyraził zgodę. A jak wiemy tu nic się bez jego zgody nie dzieje. Załuski otworzył usta i zastygł w tym grymasie, modląc się żeby to się okazał bardzo złym snem, tylko snem. Wśród zebranych gości zapadła grobowa cisza. Można było niemal usłyszeć zgrzyt przesuwających się po sobie płyt kontynentalnych. Pierwszy z letargu obudził się prezydent Cacquarante, który spojrzał na swojego asystenta, bezgłośnie przekazując mu polecenie „Zrób coś!”. Tamten zaczął nerwowo przeciskać się między krzesłami w kierunku mównicy. Tymczasem nowy bohater narodowy Francji mówił dalej. -… żałuję, iż moja towarzyszka nie mogła wziąć udziału w tej uroczystości. Dziwi mnie, że nie została tu wpuszczona, w końcu uznawana jest za mistrzynię w tym co jest chyba jedynym pozytywnym wkładem Francji w życie ludzkości czyli robieniu loda… Asystent prezydenta zdołał dać sygnał odpowiedzialnym za nagłośnienie żeby natychmiast wyłączyli mu mikrofon. Jeremi kontynuował swoje wywody ale nikt już ich nie słyszał. Gdy tylko zamilkł jego mikrofon, wśród publiczności wybuchła wrzawa. Przedstawiciele władz republiki Francuskiej otrząsnęli się z początkowego szoku i jeden za drugim zaczęli wstawać z krzeseł i głośno wyrażać swoje oburzenie. Prezydent Pierre Cacquarante chciał iść w ślady swoich ministrów ale zobaczył łzy na twarzy swojej małżonki zajął się jej pocieszaniem. W międzyczasie kanclerz Niemiec zdołał się, z zaskakującą szybkością ulotnić, jak i większość zaproszonych oficjeli. Jedynie prezydent Turcji pozostał na swoim miejscu i śmiał się rubasznie. Telewizja francuska przerwała relacjonowanie na żywo tej uroczystości ale zagraniczne telewizje nie miały najmniejszego zamiaru okazać w tym przypadku solidarności. Dziennikarze rzucili się, żeby zebrać wrażenia i komentarze na gorąco. Powstało spore zamieszanie w, którym wszyscy zdawali się zapomnieć o tym który je wywołał. Jednak był ktoś kto nie zapomniał. Jeremi stojąc dalej na podwyższeniu i podziwiając zamęt jaki wywołał poczuł nagle jak czyjeś kościste palce wbijają mu się boleśnie w ramię. Odwrócił się i zobaczył wykrzywioną w furii twarz Załuskiego. Ten z siłą jakiej nie powstydziłby się żaden młodszy mężczyzna odciągnął Jeremiego na bok. - Czyś ty kompletnie oszalał?! Co to miało być?! To miało być śmieszne?! Chciałeś wywołać międzynarodowy skandal?! – Załuski wypluwał z siebie pytania w tempie karabinu maszynowego, rozpryskując kropelki śliny na wszystkie strony. Jego twarz zrobiła się czerwona jak dojrzały pomidor. A dłonie z palcami uformowanymi na kształt szponów uniósł w kierunku twarzy chłopaka. – Ty! Ty! … – szukał usilnie epitetu jakim mógłby uraczyć Jeremiego ale wszystko co znał wydawało się w tej chwili za mało obraźliwe. – Tyyyy! Świniaku! – krzyknął wreszcie, nie potrafiąc wymyśleć nic lepszego. Jeremi spodziewał się wszystkiego, ale dlaczego akurat „świniaku”? Co to wszystko miało wspólnego ze świniami? Tymczasem podeszło do nich dwóch agentów w garniturach i pojedynczymi słuchawkami w uszach. - Pójdziesz z nami – Powiedział jeden z nich po angielsku, zwracając się do Jeremiego. Nie czekając na odpowiedź chwycił go za rękę w miejscu gdzie jeszcze niedawno Załuski wbijał swoje szpony i silnym ruchem poprowadził Jeremiego w kierunku czarnego vana zaparkowanego niedaleko. W środku znajdowało się dwóch innych garniturowców, którzy kazali Jeremiemu usiąść między sobą i kierowca ubrany bardziej po cywilnemu. Dalej wszystko potoczyło się błyskawicznie. Po paru chwilach jazdy van zatrzymał się pod hotelem. Chłopak nawet nie musiał wysiadać. Gdy tylko samochód stanął, drzwi otworzyły się i do środka wpadła jego niedbale zapakowana torba podróżna. Gdy tylko samochód połknął torbę zaraz ruszył dalej. Po godzinie jazdy w milczeniu byli już na lotnisku. Garniturowcy kazali Jeremiemu wyjść z samochodu, czekał tam już na niego facet, który wręczył mu bilet na najbliższy lot do Polski a potem bez słowa odszedł. Chłopak został sam na parkingu przed lotniskiem. Postał tam jeszcze przez chwilę po czym powoli skierował się w stronę terminala odlotów. Tam usiadł na pierwszym wolnym krześle jakie zobaczył. Do tej pory myśli w jego głowie krążyły jak zbyt ciężki stos ubrań wciśnięty do bębna pralki. Teraz zaczynał się uspokajać i zaczynało do niego docierać co się dokładnie wydarzyło, co nawyprawiał. Z zamyślenia wyrwał go kobiecy głos: - No i znów się tu spotykamy. – Mia stała tuż obok i patrzyła na niego, w głębi duszy nie mogąc się zdecydować czy jest na niego wściekła czy zwyczajnie jest jej go żal. Jeremi spojrzał na nią zaskoczony. – Mój lot do stanów został anulowany, muszę czekać na następny – Odpowiedziała na jeszcze nie zadane przez niego pytanie. - Podeszłam tu bo nie mogłam powstrzymać się od zadania jednego pytania: Dlaczego? – powiedziała siadając obok niego i zakładając nogę na nogę – Bardzo mnie ciekawi po co było to wszystko. Wciągnąłeś mnie w to, więc chyba należą mi się jakieś wyjaśnienia. Nie sądzisz? Chłopak z początku nic nie mówił, wpatrywał się w podłogę z nieobecnym wyrazem twarzy. Kiedy Mia zaczynała już tracić nadzieję na jakąkolwiek odpowiedź westchnął głęboko i zaczął powoli mówić. - Nie wiem – powiedział cicho – to wszystko stało się tak szybko. Ten zamach, szpital, moja babcia. – Gdy wspomniał o babci do oczu napłynęły mu łzy, Mia od razu to zobaczyła, ale nie chciała dopytywać. Nie zasłużył by okazać zainteresowanie jego problemami. Chłopak mówił dalej łamiącym się głosem. – Nie planowałem tego… nie prosiłem się o to… mogłem już umrzeć, po co mnie ratowali?! – mówił bezładnie, z każdym słowem było widać narastające w nim emocje. – Nie chciałem, żeby spotkały Cię przykrości… nie myślałem… właśnie, nie myślałem… nigdy nie myślę… babcia – teraz łzy spływały mu po policzkach – zawsze mi powtarzała, żebym pomyślał trzy razy zanim coś zrobię albo powiem, a teraz… teraz jej nie ma… a ja znów ją zawiodłem… - dziewczyna widziała co się z nim dzieje i w jej głowie współczucie wygrywało ostatecznie bitwę z gniewem, delikatnie położyła mu rękę na ramieniu chcąc dodać mu otuchy, ale on pogrążony we własnych emocjach zdawał się tego nie zauważać i dalej wyrzucał z siebie chaotyczny strumień swoich przemyśleń – Chciałem ich wszystkich ukarać za to że są tak zakłamani, za to że Cię tak powierzchownie osądzili. A ja co zrobiłem? – zapytał samego siebie i od razu odpowiedział – To samo! Obrażam Francuzów bo nie życzyli sobie Twojej obecności na gali ze względu na Twoją przeszłość a ja przecież właśnie ze względu na nią Cię tu zaprosiłem! Nie znaliśmy się przedtem. Chciałem żebyś ze mną przyszła na to spotkanie żeby ich obrazić, no i obrazili się. Ale to ja to nakręciłem… To ja potraktowałem Cię przedmiotowo… myślałem, że jestem lepszy… pieprzony ostatni sprawiedliwy… i jeszcze ten tekst na przemowie … - w pierwszej chwili skulił się i spuścił głowę ale za chwilę nagłym ruchem wyprostował się i potrząsnął głową jakby chciał wytrząsnąć z niej nadmiar kłębiących się myśli, popatrzył Mii prosto w oczy i powiedział – Przepraszam! Byłem tak pochłonięty swoją frustracją i użalaniem się nad swoim losem na tym zepsutym świecie, że w ogóle nie pomyślałem o Tobie… Przepraszam! – po czym znów spuścił głowę i zamilkł. Mia też milczała, nie spodziewała się usłyszeć tego wszystkiego i zastanawiała się jak na to zareagować. Spojrzała na chłopaka i ze zdziwieniem stwierdziła, że powoli ulatuje z niej cała złość na niego a jej miejsce zaczyna wypełniać jakaś dziwna mieszanka litości i sympatii. – Chyba zawsze miałam słabość do pogubionych facetów – pomyślała. - Jak mnie zaprosiłeś to było dla mnie oczywiste, że to ma być jakaś prowokacja ale byłam ciekawa co z tego wyniknie. Wiesz, już tyle razy byłam traktowane przedmiotowo przez mężczyznę, że przestałam już zwracać na to uwagę. Ale nie przypominam sobie żeby mnie kiedyś jakiś facet za to przeprosił. Na pewno nie sam z siebie. - To tylko dowodzi tego jaki ten świat jest gówniany. – odparł, dalej wpatrzony w posadzkę. Milczeli tak przez dłuższą chwilę. Jeremi pierwszy przerwał ciszę. - To pewnie totalnie bezczelne… ale już nic nie wiem i jest mi wszystko jedno… - zaczął – Chodzi mi o to… może chciałabyś zamiast wracać do Stanów polecieć do Polski? Pewnie nigdy tam nie byłaś… oprowadziłbym Cię po Warszawie… - do głowy przyszło mu jak bardzo bezczelnie ale i żałośnie to brzmi, ale bardzo nie chciał wracać do kraju sam. - Pewnie nie powinnam – odpowiedziała dziewczyna – pewnie będę tego żałować… Ale tak, polecę z Tobą do Warszawy… Trochę ponad dwu godzinny lot z Paryża do Warszawy obydwoje prawie w całości przespali. Było to spowodowane przede wszystkim zmęczeniem ostatnimi wydarzeniami ale Jeremiemu taki przebieg podróży był podwójnie na rękę. Mógł spokojnie ułożyć sobie w głowie wszystko co się ostatnio wydarzyło i pomyśleć co dalej, bez poczucia winy, że nie zabawia dostatecznie swojej towarzyszki. Kiedy dotarli na miejsce i uporali się z całą procedurą opuszczenia lotniska stanęli przy postoju taksówek. - I co teraz? – zapytała dziewczyna. - No, jest wiele możliwości… Bardzo wiele… - odparł Jeremi i zaraz zaśmiał się cicho na myśl o starej polskiej komedii, z której zaczerpnął tę odpowiedź. Mia nie zareagowała na to. Zaczynała dostrzegać, że różne dziwne zachowania są u niego na porządku dziennym. Jeremi, na fali wspomnień zabawnej sceny chciał jeszcze pociągnąć to dalej. Wskazać ręką różne kierunki informując Mię, że mogą iść „tam” albo „tam”. Porzucił temat domyślając się, że dziewczyna nie dostrzeże filmowej aluzji. Na pewno nigdy nie oglądał tego filmu. - Dobra, to wracaj do domu. – Mia postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce – Ja poszukam sobie jakiegoś hotelu i jutro się zdzwonimy. Chłopak przystał na to. Wymienili się numerami telefonów. Mia wsiadła do jednej ze stojących tam taksówek a Jeremi poszedł na stację kolejową. Jednak nie pojechał do domu, pomimo zmęczenia. Najpierw musiał zobaczyć się z babcią. Przejechał SKM-ką na dworzec centralny a następnie tramwajem i autobusem dotarł na cmentarz północny. Pani Danuta dokładnie opisała mu, w którym miejscu znajduje się grób jego babci. Chłopak szybko dotarł na miejsce. Kiedy tylko spojrzał na imię swojej babci wyryte na nagrobku wypłynęły na wierzch wszystkie spychane do tej pory uczucia. Ciężko opadł na stojącą obok ławeczkę i zalał się łzami. Jego głowę wypełniła mieszanina bólu, żalu i poczucia winy. Gdyby nie ta głupia wycieczka do Paryża nic by się nie wydarzyło, babcia nadal by żyła… obwiniał się w myślach. Sam nie był w stanie stwierdzić jak długo tam siedział ze zwieszoną głową i płakał. Słońce zaczynał już zachodzić kiedy jego błądząca świadomość powróciła do tego co tu i teraz. Zdał sobie sprawę, że nie przyniósł nic na grób. Żadnych kwiatów czy znicza, ale nie miał już siły nawet robić sobie z tego powodu wyrzutów. Czuł się jak wielki, pusty lej po emocjonalnej bombie. „Tej bomby już nie udało mi się rozbroić” – pomyślał i zaraz dodał z typową dla siebie ironią – „No brawo Jeremi, suchar jak z Familiady. Karol byłby dumny”. Wytarł jeszcze dokładnie płytę nagrobną zużywając wszystkie chusteczki jakie miał przy sobie a na koniec jeszcze posługując się rękawem swojej koszuli. Kiedy uznał, że czystsza już nie będzie przyklęknął przy grobie i zaczął się modlić. To dodało mu trochę otuchy. Gdy skończył wstał, rzucił jeszcze ostatnie spojrzenie na grób babci i zaczął powoli iść w stronę wyjścia z cmentarza, obiecując sobie, że będzie przychodził tu jak najczęściej i na pewno lepiej przygotowany. Tego samego dnia, późnym wieczorem Mia siedziała w swoim pokoju hotelowym patrząc pustym wzrokiem w okno. Próbowała ułożyć sobie w głowie wszystko co się wydarzyło wciągu ostatnich dni. Z zamyślenia wyrwał ją dzwonek telefonu komórkowego. - Hej! – Jeremi zawołał do słuchawki, z taką swobodą jakby byli starymi przyjaciółmi i żadna z tych niezręcznych sytuacji między nimi nie zaistniała. – Wiesz, dzwoniłem do swojego szefa. Trochę mi się przedłużył urlop, delikatnie mówiąc… Był trochę zły, ale nie wywali mnie. – tłumaczył chłopak – Tylko musze jutro iść do pracy. Więc nie zobaczymy się. Ale czas do soboty i niedzieli szybko zleci. Pójdziemy gdzie będziesz chciała. Przemyślałem już parę propozycji. Mamy tu w Warszawie dużo fajnych muzeów. Muzeum Powstania Warszawskiego, Muzeum Historii Żydów Polskich, Chopina jeśli lubisz muzykę klasyczną. Albo Centrum Nauki Kopernik, to takie muzeum nauki gdzie można dotykać różnych eksponatów, ekstra sprawa. Ale jest jeż dużo innych ciekawych miejsc, np. fotoplastykon. To takie przedpotopowe kino. Patrzy się przez taki wizjer i ogląda zmieniające się trójwymiarowe zdjęcia. Mówię Ci, bardzo klimatyczne miejsce. – w jego głosie wyraźnie dało się słyszeć niemałą ekscytację gdy tak opowiadał o atrakcjach Warszawy, nie umknęło to uwadze dziewczyny – Albo najwęższy dom świata, wciśnięty we wnękę między dwoma blokami, czasem można wchodzić do środka. Albo prawy brzeg rzeki, dziki i nieuregulowany, jak chyba w żadnej innej stolicy na świecie. Od momentu odebrania telefonu i powiedzenia „Halo” Mia nie zdążyła wypowiedzieć nawet słowa. Potok relacji i planów Jeremiego wylewał się z jego ust nieprzerwanym strumieniem nie pozostawiając nawet chwili na jej odpowiedź. Nie mówiąc już o tym, że mieli porozmawiać następnego dnia a on zadzwonił już po paru godzinach. O dziwo nie rozdrażniło jej to. Wydało jej się to nawet całkiem zabawne. Jego entuzjazm względem ich przyszłych wspólnych wycieczek był zaraźliwy. Szybko odegnał wszelkie wątpliwości jakie zaczęły rodzić się w jej głowie co do tego, czy dobrze zrobiła przyjeżdżając tu. - O! Właśnie sprawdziłem w internecie, że w sobotę będzie grała Legia. Możemy iść na mecz miejscowej drużyny piłki nożnej. - A z kim grają? – dziewczyna wreszcie zdołała uchwycić chwilę, w której chłopak zamilkł by zaczerpnąć oddechu, by wreszcie coś powiedzieć i zaznaczyć jakoś swoją obecność w tej rozmowie. - To nie ważne. – Odparł Jeremi. - Jak to nie ważne? – zdziwiła się – To chyba najważniejsze z kim? Jaka jest stawka meczu? Czy to drużyna z tego samego miasta? Czy się lubią czy mają ze sobą na pieńku? Taka otoczka jest bardzo ważna. Jak chodzę na mecze hokeja, to bardzo zwracam na to uwagę. Te niuanse bardzo wpływają na jakość spotkania. - No tak, masz rację. Ale nie w tym przypadku. My i tak nie pójdziemy tam oglądać meczu. - Nie? To po co? - Oglądanie Amerykańskiej ligi hokejowej musi być bardzo ciekawe. A te nasze łamagi z nażelowanymi włosami biegające po trawie i udające, że się przewracają na pewno nie zrobią na Tobie dobrego wrażenia. Pójdziemy tam zobaczyć coś innego. Oprawę kibiców. To co wyprawiają kibice na słynnej trybunie „Żyleta” to istny spektakl, a atmosfera panuje niepowtarzalna. To kibice są atrakcją meczów piłkarskich, nie zawodnicy… Gdy tak rozmawiali czas mijał niesamowicie szybko. Nie wiedzieć kiedy wybiła północ i dopiero wtedy chłopak uświadomił sobie, że musi jutro rano wstać i przydałoby się choć trochę zdrzemnąć. Życzyli sobie dobrej nocy i obydwoje poszli szybko spać. Następnego dnia w mieszkaniu Jeremiego budzik zadzwonił już o czwartej rano. Chłopak przyzwyczajony był do wczesnego wstawania. Wyskoczył z łóżka jak sprężyna stając na równe nogi, złapał telefon i szybko wyłączył budzik. Następnie powoli i ospale poczłapał w kierunku kuchni, jak gdyby zużył już całą energię przeznaczoną na ten dzień podczas samego wstawania. Postawił na kuchence cały czajnik wody i podpalił gaz. Zanim woda się zagotowała on zdążył już się obmyć i ubrać. Cały ten wrzątek posłużył mu do przygotowania „śniadania” czyli kubka czarnej kawy i „drugiego śniadania” czyli całego termosu gęstego i czarnego jak smoła płynu bez, którego nie wyobrażał sobie aby przepracować choćby jeden dzień. Pozwolił „śniadaniu” wystygnąć odrobinę na oknie podczas gdy przygotowywał się do wyjścia. Gdy wszystko było już zapięte na ostatni guzik wrócił do kuchni i paroma haustami osuszył kubek, połykając przy okazji trochę fusów. Skrzywił się ale nie popił wodą, w swoim pokręconym kodeksie wartości uznawał coś takiego za zbrodnie nie mniejsza niż smarowanie kromki chleba najpierw masłem a potem nutellą albo słodzenie herbaty. Obrzucił jeszcze wzrokiem kurki na kuchence gazowej i kran przy zlewie i po chwili zamykał już drzwi z drugiej strony. Jeszcze tylko obowiązkowa szarpanina z klamką i już schodził na dół do wyjścia z budynku. Kiedy dotarł na przystanek tramwajowy okazało się, że ma jeszcze parę minut w zapasie, albo i więcej jeśli tramwaj się spóźni. Z nudów zaczął więc oglądać plakaty reklamowe znajdujące się na przystanku. Pierwszy poster był reklamą najnowszego filmu animowanego dla dzieci. Znajdowała się na nim kreskówkowa postać lekko spersonifikowanej czarnej pantery z paszczą wyszczerzoną w szerokim uśmiechu i wielką, lśniącą koroną na głowie. U dołu złotymi literami wypisany był tytuł animacji: „Król Lew”. Chłopak w skupieniu przesuwał wzrok od tytułu do postaci i z powrotem. Coś tu nie gra – pomyślał. Przeczytał jeszcze raz: „Król Lew” i następnie skupił wzrok na koronie zdobiącej głowę głównego bohatera. – Nie – pomyślał po chwili – właściwie, to wszystko się zgadza. Kiedy tak kontemplował treść plakatu dostrzegł kątem oka, że w stronę przystanku zmierza dwóch ludzi. Przykuli jego uwagę gdyż jeden z nich niósł dużą, zrolowaną płachtę papieru. Dwaj mężczyźni podeszli do drugiej witryny reklamowej wbudowanej w ten przystanek. W środku znajdował się plakat reklamowy sklepu meblowego. Jeremi kojarzył tę reklamę z powodu kontrowersji jakie wywołała. W pierwotnej wersji ukazywała parę, mężczyznę i kobietę w pozycji pół leżącej na eleganckim łóżku. Prawdopodobnie to owe łoże było przedmiotem tej promocji ale nikt nie zwracał na nie uwagi. Wszyscy skupili się na przedstawionej parze a konkretnie na tym czym się zajmowała. Otóż mężczyzna czytał gazetę z notowaniami giełdowymi podczas gdy kobieta przeglądała kolorowy magazyn o modzie. Chłopak czytał o tym jak wielkie oburzenie to wywołało. Wiele osób skarżyło się na utrwalanie krzywdzących stereotypów na temat kobiet. Bo niby czemu facet czyta o giełdzie a kobieta tylko ogląda obrazki? Pod wpływem krytyki firma wypuściła nową serie plakatów na których mężczyzna oglądał zdjęcia samochodów w gazetce motoryzacyjnej a kobieta czytała podręcznik akademicki na temat ogólnej teorii względności. Jednak i ta wersja spotkała się z ostrą krytyką. Wiele oburzonych pań utyskiwało na ten nierealistyczny i wyśrubowany standard jaki próbuje się im narzucić. „Po całym dniu pracy, dbania o dom i rodzinę i załatwianiu miliona spraw jednocześnie, pamiętając jeszcze o tym by w każdej chwili dobrze wyglądać, pod koniec dnia mam ochotę się zrelaksować a nie czytać podręczniki! Mam się teraz czuć gorsza, że tego nie robię?” – miała pytać na forach internetowych największa przeciwniczka nowej wersji billboardu. Trzecia wersja, aktualnie wisząca na tym przystanku, przedstawiała tę samą parę. Jednak obydwoje już spali a na stolikach nocnych obok nich znajdowały się identyczne zestawy kolorowych czasopism i ambitnej literatury. Jeden z mężczyzn, wprawnym ruchem otworzył witrynę specjalistycznym kluczem i szybkim ruchem zdjął plakat a drugi facet równie szybko zawiesił nowy w miejsce tamtego. Zaktualizowana, czwarta już wersja reklamy ukazywała tylko łóżko, bez żadnych ludzi. Jeremi chciał już podejść do facetów zapytać co obraźliwego było w tej wersji ze śpiącą parą ale nie zrobił tego. Wolał nie wiedzieć. Poczekał jeszcze chwilę, aż wreszcie na horyzoncie ukazał się tramwaj. Jeremi wskoczył do niego i po paru przystankach wysiadł w centrum gdzie przesiadł się w SKM-kę i pojechał do jednej z mniejszych miejscowości, wchłanianych przez rozrastającą się Warszawę, w której znajdował się zakład obróbki skrawaniem gdzie pracował. Prywatna firma mieściła się w zaniedbanym budynku. Jednym z niewielu pozostałych po gigantycznym zakładzie produkcyjnym, dawno opuszczonym i niszczejącym. Część większych hal kompleksu zawaliło się a część została wyburzona pod budowę osiedli mieszkaniowych. Stojący nieco na uboczu budyneczek po dawnej rozlewni oleju jeszcze się trzymał ale i na niego przyjdzie kolej. Jeremi okrążył budynek i wszedł do środka poprzez jedną z uchylonych bram. Nie był spóźniony ale wolał, żeby szef zobaczył go dopiero gdy będzie już na swoim stanowisku. Temu człowiekowi nie potrzeba było wiele do wszczęcia awantury. Cichaczem wślizną się do szatni i szybko przebrał po czym wszedł na halę produkcyjną. Tu panował taki hałas, że nie musiał już się specjalnie skradać. Inni pracownicy zajęci swoimi sprawami też nie zwracali na niego najmniejszej uwagi. Szedł korytarzem pomiędzy maszynami analogowymi, które pamiętały jeszcze czasy rewolucji przemysłowej, na sam koniec gdzie znajdowały się centra obróbcze CNC. Maszyny przywiezione zza wschodniej granicy kupione na złomowiskach gdzie trafiły z upadłych zakładów poradzieckich, chałupniczo naprawione i uzbrojone w nowocześniejsze systemy sterowania SIEMENS Sinumerik. Chłopak podszedł do „swojej” maszyny i zaczął ją włączać. Kiedy kończył już całą procedurę włączania podszedł do niego brygadzista Wojtek. Wysoki mężczyzna około sześćdziesiątki o siwych włosach zaczesanych do tyły i gęstych, siwych wąsach. - Przyszedłeś – powiedział to w taki sposób, że trudno było wywnioskować czy to pytanie czy stwierdzenie – Myślałem, że już się tu nie pokażesz. - A co, jednak mnie zwalniają? – zapytał Jeremi. - Nie… nie wiem… – Wojtek wzruszył ramionami – Zwyczajnie nie sądziłem, że po tym wszystkim wrócisz jeszcze do tego kurnika. W końcu jesteś „Bohaterem”. – brygadzista miał rzadką zdolność wymawiania słów w cudzysłowie. - No już chyba nikt mnie za takiego nie uważa. - Rozbroiłeś tą jebaną bombę. To co było później tego nie przekreśla. Z resztą słyszałem tę Twoją „przemowę”. - Na pewno było o tym głośno. Dziennikarze nie przegapiliby takiego skandalu. - Zawsze myślałem, że jesteś pizdą… - powiedział Wojtek w zamyśleniu. - A teraz już Pan tak nie myśli? - Tego nie powiedziałem. Nie rozpędzaj się. – sprostował – No, dopuszczam możliwość, że nie jesteś jeszcze tak do końca stracony. - O! – zdziwił się chłopak – Naprawdę? Potraktuję to jako komplement. - Traktuj to jak chcesz, jebie mnie to. – prychną, brygadzista wzruszając ostentacyjnie ramionami. Kiedy tak rozmawiali zbliżyła się do nich zgarbiona postać sunąca bezszelestnie po posadzce. Twarz tego człowieka wykrzywiona była w grymasie permanentnej odrazy dla wszystkiego na co padł jego wzrok. W kącie jego ust utkwiony był wypalony do połowy cienki papieros. Człowiek ten spojrzał nienawistnym wzrokiem na brygadzistę i Jeremiego ale nic nie powiedział. - Dzień dobry szefie. – powiedział Jeremi starając się uśmiechnąć, ale nie za mocno. - Do roboty! – Rzucił szef i oddalił się równie szybko jak się pojawił. - I tyle? – zdziwił się chłopak – „Do roboty” i wszystko? Nie wyzywa nas? Nie zagrozi upierdoleniem połowy pasji? Albo przejściem na umowę śmieciową? Co on taki miły? - Jego brat wyjechał na urlop – odpowiedział brygadzista Wojciech wodząc wzrokiem za oddalającym się przełożonym – a on wynalazł skądś gościa, który zamówił u nas kilkaset takich pizdryków. Takie małe części. Nawet nie wiem do czego to było. Takie tuleje z otworami. Nie ważne. No i zebrał chłopaków kazał im tłuc to po godzinach i w weekend aż wytłukli. On potem zebrał i gdzieś wywiózł. Kasę weźmie do kieszeni a bratu nic nawet nie powie. Chłopakom podsypał za te dodatkowe godziny. Byli zadowoleni więc też będą trzymać gęby na kłódkę. Dlatego taki szczęśliwy chodzi. Pewnie niedługo zobaczymy go w nowym samochodzie. To już rok jak nie zmieniał. - No, cieszę się jego szczęściem – odparł chłopak. - Nooo, ja też – powiedział brygadzista i łypnął na Jeremiego – Nie posiadam się, kurwa, z radości. Jeremi uśmiechnął się a brygadzista wskazał na maszynę przy której stali i ciągnął dalej. - Michał próbował robić na niej jak Cię nie było, ale nie chciała z nim współpracować. - To pewnie dlatego, że tęskniła za mną. – odpowiedział chłopak. - Tak, pewnie dlatego. – zgodził się Wojciech – No bo raczej nie dlatego, że jest pierdolonym złomem i jej miejsce jest na śmietniku, z którego kazali ją tu przytargać. Tak jak całą resztę tego naszego „parku maszyn”. - O, następny szczęśliwy idzie. – westchnął Jeremi na widok nadchodzącego kolegi z pracy. Wysokiego chłopaka z nieobecnym spojrzeniem i parodniowym zarostem na twarzy. - Grzesiek? – zapytał brygadzista – taaa, syn mu się urodził. - Czyli to jednak jego? – Jeremi miał jeszcze w pamięci narzekania kolegi na sposób prowadzenia się jego dziewczyny i wątpliwości co do autorstwa jej ciąży. - Nie wiem. – odparł Wojciech nie ukrywając rozdrażnienia. W międzyczasie Grzesiek podszedł do rozmawiających mężczyzn i uśmiechnął sie od ucha do ucha. - Macie szludżka? – wyraźnie chciał im coś ważnego zakomunikować, ale zawsze zaczynał rozmowę pytaniem o papierosa. Nie było powodu by tym razem miało być inaczej. - Nie palę – odparł Jeremi – Nadal. - Rzucam. Stara mi każe – wyjaśnił Wojtek. Nie zrażony niepowodzeniem Grzesiek zaczął swoją opowieść. - Byłem wczoraj w szpitalu. Kaśka urodziła syna i poszłem go obejrzeć. Zesrał się w pieluchę i kazali mi ją zdjąć. Więc zdejmuję. Rozplątałem go z tego wszystkiego. Patrzę a tam taka wielka fujara. – relacjonował Grzegorz wybałuszając na nich oczy – No to mówię sobie: Może to jednak moje – powiedział i w razie gdyby nie zrozumieli aluzji zaraz dodał – No bo nie wiadomo jeszcze czy to mój syn. Ale jeśli mój to ma wielkiego kutasa po mnie. – powiedział pękając z dumy. – Bo ja też mam wielkiego. – wyjaśnił. - A daliście mu jakoś na imię? Czy wołacie na niego: Ten Z Wielkim Kutasem Po Ojcu? – dopytał Jeremi nie wiedząc jak inaczej zareagować. - Spierdalaj – obruszył się Grzesiek – jesteś zazdrosny i tyle. Założę się, że ty jeszcze nigdy nie tenteges z żadną panną. Nigdy nic nie mówiłeś. A z resztą wyglądasz jak pół dupy zza krzaka. Kto by Cię chciał? Z własnej woli na pewno żadna. Nawet na imprezę u francuskiego prezydenta musiałeś sobie kurwę wynająć. A ja już wyruchałem w życiu tyle panienek… więcej niż Ty znasz… nawet z widzenia i wszystkie mnie o to prosiły. - Mia nie jest kurwą! – odparł Jeremi z czysta nienawiścią w oczach – A co do reszty Twoich wynurzeń to nie wiem jak to było zanim Cię poznałem ale od kiedy razem pracujemy po hali krążą tylko opowieści o tym jak kolejne panny ruchają Ciebie. Oczy Grześka zrobiły się wielkie jak spodki. Nic nie odpowiedział tylko uniósł przed siebie dłoń zaciśniętą w pięść i ruszył w stronę Jeremiego. Wojtek widząc co się święci błyskawicznie zagrodził mu drogę. - Dobra, koniec tego pierdolenia. Obaj wracajcie do roboty. Grzesiek, już Cię tu nie widzę. – krzyknął Wojtek. - Po co z nim dyskutujesz? – zapytał Jeremiego gdy nabzdyczony Grzesiek zniknął już z ich pola widzenia. - On zaczął – Jeremi przedstawił swoją dziecinną argumentacje, która nawet nie była prawdziwa. - A ty musiałeś skończyć? Macie, kurwa po pięć lat? – irytował się brygadzista. - Baran… - ciągnął Wojtek spoglądając w stronę w którą odszedł Grzesiek – w głowie ma tylko dupy i szludżki. Ostatnio robił coś z użyciem freza tarczowego ale nastawił obroty w niewłaściwą stronę i zamiast płytkami skrawał oprawką… a ten debil nawet nie spojrzał bo oglądał jakieś porno na komórce. - Haha… – zaśmiał się Jeremi. - Nie ciesz się – skarcił go Wojtek – jak tu zaczynałeś to nie byłeś lepszy. Mam Ci przypomnieć odkręcone śruby bazujące? Niewłaściwie zamocowany detal tak, że nóż nie mógł dojechać na zaprogramowane miejsce bo napierał na wystający element tak, że prawie wyrwał detal ze stołu? I w tym wszystkim ta Twoja mina: „ojej, Panie Wojtku, coś tu nie działa”… Wszystko się poprzesuwało, musiałem od nowa mierzyć i ustawiać… Przychodziłem rano i tylko się zastanawiałem: co też młody Lesznieński dziś spierdoli? Jeremi zaczął śmiać się jeszcze głośniej, ale srogie spojrzenie Wojtka sprawiło, że przestał i tylko uśmiechał się patrząc na niego zaczepnie. - Wszyscy się tu nadajecie… - zawyrokował brygadzista – jakby to ode mnie zależało to wszystkich bym was wyjebał. Ale kto by tu wtedy przyszedł robić… - Tak Pan tylko mówi – zaczął Jeremi z zaczepnym uśmiechem nie schodzącym z jego ust – A w rzeczywistości nie mógłby Pan bez nas żyć. - Pfff- prychnął Wojciech i odwróciwszy się od Jeremiego ruszył w drogę pomiędzy maszynami. Legendy głoszą, że gdy przeszedł parę kroków uśmiechnął się pod nosem. Ale nie ma na to dowodów. Cztery dni do końca tygodnia mijały Jeremiemu w oszałamiającym tempie. Zaraz pierwszego dnia wieczorem pojechał do sąsiadki swojej babci aby jej podziękować za wszystko i oddać pieniądze za pogrzeb. Pani Danuta nie chciała od niego przyjąć nawet złotówki. Ugięła się dopiero gdy zagroził, że jeśli ich nie weźmie to on przekaże całą kwotę na rzecz jakiejś partii politycznej. Przez resztę wieczorów do końca tygodnia nie ruszał się z domu wisząc na telefonie. Będąc w pracy myślał tylko o tym co chciałby powiedzieć Mii kiedy wróci do domu i zadzwoni do niej. Po drugim dniu ona też zaczęła niecierpliwie wyczekiwać tych telefonów. Czas do południa zabijała głównie siedząc w internecie. Od czasu do czasu wychodziła na krótkie spacery w najbliższej okolicy hotelu ale szybko wracała. Wolała poczekać na wyjście „z przewodnikiem” jakie obiecał jej chłopak. Lubiła te ich wieczorne rozmowy. Potrafili przegadać parę godzin, opowiadając sobie o „wszystkim i niczym”. Obydwoje byli zdumieni jak szybko udało im się uzyskać taką swobodę w swojej relacji. W przypadku Jeremiego proces otwierania się na druga osobę trwał często miesiącami a jeszcze częściej nigdy się nie kończył, podczas gdy z Mią bardzo szybko odnalazł wspólny język. Emocje narastały w nim wraz ze upływającym czasem przybliżającym ich do następnego spotkania „na żywo”. W piątek wieczorem jak co dzień rozmawiali przez telefon ale chłopak stwierdził już po dwóch godzinach, że na dziś starczy, w końcu zobaczą się już następnego dnia. Chciał, żeby ten następny dzień jak najszybciej nadszedł i położył się szybko spać, ale nie udało mu się przyspieszyć nadejścia jutra. Wręcz przeciwnie, emocje spowodowały, że przewracał się z boku na bok przez całą noc nie mogąc zasnąć. Śmiał się sam z siebie i z tej eksplozji emocji, aż zaczęło go to już męczyć. Dopiero nad ranem udało mu się przysnąć na jakąś godzinę. Spotkali się pod hotelem w, którym zatrzymała się dziewczyna. Jeremi zobaczył ją już z daleka. Miała na sobie śnieżnobiałą, prostą sukienkę. Długie, kruczoczarne włosy związane w koński ogon, swobodnie opadały jej na plecy sięgając aż do pasa. Całości dopełniały czarne okulary w grubych oprawkach, zastępujące tym razem zwykle noszone przez nią szkła kontaktowe. Dzień był idealny na spacer. Lipcowe słońce przygrzewało wisząc na bezchmurnym niebie, ale dzięki delikatnemu wiatrowi temperatura nigdy nie stawała się uciążliwa. Jeremi oprowadził dziewczynę po paru swoich ulubionych miejscach w Warszawie. Na koniec wycieczki podjechali tramwajem do parku Skaryszewskiego i przeszli w okolice fabryki Wedla. - Czujesz? – zapytał Jeremi. - Tak! Czekolada – z radością odpowiedziała Mia. - W tamtym budynku jest fabryka czekolady. Kiedy byłem dzieckiem rodzice przychodzili ze mną do tego parku. Siadaliśmy tu niedaleko tej fabryki i „niuchaliśmy”. - Nie stać was było na kupienie czekolady? – zapytała dziewczyna całkiem poważnie. - Było nas stać. – Jeremi skrzywił się – To nie o to chodzi. Matka uważała, że to takie niezwykłe i magiczne. Ona w ogóle nie uznawała zwyczajnych rzeczy, wszystko musiało być udziwnione. - Brzmi fajnie! – odpowiedziała, nie zważając na wyraźny ton narzekania w jego głosie – Byłeś bardzo zżyty ze swoimi rodzicami? - Niespecjalnie. To jedno z niewielu dobrych wspomnień jakie po nich mam. Mama była za bardzo zajęta robieniem „kariery”, choć nigdy nie mogła się zdecydować w czym te karierę chce robić, i podróżami. Ojciec nie zgadzał się aby ciągała mnie ze sobą po świecie jak byłem mały. Często nie widywałem jej przez długie miesiące. Kiedy wracała zasypywała mnie dziwacznymi prezentami kupionymi na jakichś targach staroci gdzieś w Rumunii czy innym Kurdystanie i pokazywała zdjęcia. Ona była tym wszystkim zachwycona a ja wolałbym żeby była zwykłą mamą, taką jakie mieli koledzy z klasy, żeby była w domu, marudziła, że mam nie posprzątany pokój i przypominała, żebym założył czapkę jak wychodzę na dwór. Z ostatniej swojej wyprawy do Rosji prostu nie wróciła i słuch o niej zaginął. Szukaliśmy jej poprzez ambasadę, babcia dzwoniła do jej znajomych na miejscu. Ojciec nawet tam kiedyś pojechał ale szybko wrócił, nic nie znalazł. Nie wiem nawet czy żyje. Czy ktoś zrobił jej jakąś krzywdę, czy wręcz przeciwnie, zawrócił jej w głowie jakiś oligarcha i zwyczajnie nas olała. - Przykro mi… - powiedziała kładąc chłopakowi dłoń na ramieniu – A ojciec? - Ojciec był zajęty umieraniem. Całe życie miał depresję i wiecznie się z niej leczył. Pamiętam go jako permanentnie smutnego gluta ulanego na fotelu przed telewizorem. - Pił? - Nie, nie pił. Może powinien. Może dzięki temu zdobyłby się na jakąś aktywność. Jakąkolwiek… a tak był tylko elementem wyposażenia pokoju. Ostatecznie zrobił to co chyba od początku było mu pisane, powiesił się. To było jakiś rok po zniknięciu mamy. Pamiętam jak leżał w trumnie w kościele. Kiedy spojrzałem na niego wydawało mi się, że się uśmiecha. Myślę, że kiedy dotarło do niego, że umiera to po raz pierwszy w życiu był na prawdę szczęśliwy. - To straszne. Ile miałeś wtedy lat? - Jakieś 12. – zamyślił się a po chwili dodał jeszcze – Nie było to takie straszne. - Jak to! To byli twoi rodzice! – wykrzyknęła zszokowana dziewczyna. - Tylko z nazwy. Tak naprawdę to babcia była moją mamą i tatą jednocześnie. To ona wychowywała mnie i zajmowała się mną kiedy każdy z rodziców zajmował się samym sobą. Bardzo mi jej brakuje. – oczy mu się zeszkliły, zdał sobie sprawę, że nie będzie w stanie długo powstrzymywać łez, więc postanowił zmienić temat. – A Twoi rodzice? Co z nimi? Mia od razu zrozumiała, że nie ma sensu ciągnąc tematu jego rodziców i nie naciskała. - Obydwoje jeszcze żyją choć nie mam z nimi kontaktu. Ojciec wyrzekł się mnie po tym jak zaczęłam grać w filmach. Stwierdził, że ktoś tak zdegenerowany nie może być jego dzieckiem, że stracił twarz przed ludźmi. Właściwie zawsze czułam, że bardziej kochał mojego brata, ja byłam tylko kulą u nogi dla nich obu. Cały czas musieli „bronić mojej czci” a właściwie swojego honoru, który zależał od mojego prowadzenia się. W sumie powinnam być wdzięczna, że mnie nie zabili, „honorowe” zabójstwa „niewiernych żon” i „puszczalskich córek” są wciąż na porządku dziennym w Turcji. Dobrze, że wyjechaliśmy do Stanów. Jeremi próbował znaleźć odpowiednie słowa, żeby nie palnąć teraz czegoś głupiego. Jednak zanim udało mu się sklecić jakąś sensowną odpowiedź dziewczyna mówiła już dalej. - Gdybyśmy nie wyjechali pewnie nie grałabym w filmach ale dałabym im jakiś inny powód. Kochałam się kiedyś w takim jednym chłopcu z klasy. Tak bardzo chciałam aby mnie lubił, że kiedyś po szkole zgodziłam się żeby mnie pocałował w policzek. Głupie cmoknięcie w policzek. Schowaliśmy się na tyłach budynku ale mój brat nas przydybał. Poleciał zaraz na skargę do ojca. Nie było mowy o tłumaczeniu, że to tylko takie niewinny buziak. Równie dobrze brat mógłby mnie przyłapać w łóżku z wszystkimi chłopakami z klasy naraz. Ojciec bił mnie i wyzywał od kurew a potem zabronił mi chodzić do szkoły. Jakiś czas później spotkałam tego chłopaka na ulicy jak szłam ze sklepu. Nawet na mnie nie spojrzał, udał, że mnie nie widzi i poszedł dalej. Może też oberwał od swoich rodziców. - Rozmawialiście jeszcze kiedyś? – zapytał chłopak. - Nie już nigdy go nie widziałam. Nie długo później wyjechaliśmy do stanów. - Jak to się stało, że wyjechaliście? Chyba nie ze względu na ten pocałunek? - Mój utalentowany brat architekt dostał pracę w Nowym Jorku i zabrał nas wszystkich ze sobą. Opuściliśmy Turcję ale Turcja nigdy nie opuściła głowy mojego ojca. Brat się zmienił, wielki świat go pochłoną i „unowocześnił” ale nigdy nie udało nam się zbudować ze sobą dobrej relacji. Chyba nigdy nie wybaczyłam mu, że wtedy na mnie doniósł. Ojciec był bardzo konserwatywny i nigdy nie odnalazł się w zachodnim społeczeństwie. Widziałam, jak bardzo dobija go, że ludzie tam nie szanują jego wartości. A ja nienawidziłam tych jego skostniałych tradycji i zasad, w których nie było miejsca dla człowieka i jego emocji. Któregoś dnia w centrum handlowym zaczepił mnie jakiś facet i zapytał czy nie chciałabym zacząć kariery w przemyśle pornograficznym. Tak, po prostu. To było szokujące ale zgodziłam się od razu. To był wyraz buntu przeciw ojcu i jego zasadom. Ale tego było mi mało. Po paru miesiącach zrobiłam sobie operację powiększenia piersi, żeby być jeszcze mniej „skromną”. Dopiero to ojciec zauważył i zainteresował się czym ja się właściwe zajmuję, skąd biorą się te pieniądze, które przynoszę do domu i mamy za co jeść a on może przesiadywać w kawiarniach i grać w karty z innymi facetami. - A brat wam nie pomagał? – dopytał Jeremi. - Na początku. Potem stopniowo zaczęliśmy mu przeszkadzać. Nie pasowaliśmy do jego nowego życia. Często kłócił się z ojcem i matką. Nie podobało im się sposób w jaki żyje. On wyzywał ich od „zacofańców”. Kiedyś tak bardzo pokłócił się z ojcem, że aż się pobili. Ojciec trafił do szpitala, miał założone pięć szwów. Wural, mój brat, już więcej się nie pokazał. Całkowicie zerwał z nami kontakt. A ojciec zaczął się robić coraz bardziej agresywny względem nas. - A Twoja mama? - Mam była bardzo piękna ale też bardzo smutna. Bardzo kochała mojego ojca ale on zmienił się po ślubie. Była słaba psychicznie ojciec to wykorzystywał, robił co chciał, a ona cierpiała. Ale kochała mnie i mojego brata. Obydwoje po równo, nigdy nie miałam co do tego wątpliwości. Czasem drażniło mnie, że jest taka uległa wobec ojca. Nigdy mu się nie sprzeciwiała. Chociaż, to mama nauczyła mnie mówić po polsku, tak jak ją nauczyła jej mama. Mój brat nie chciał, śmiał się z naszego „szeleszczenia”. Ale my dzięki temu mogłyśmy o wszystkim porozmawiać. Ojciec się strasznie wkurzał, że nas nie rozumie i na pewno coś knujemy. Jak to mawiał: „Naradzacie się gdzie by tu dupy dać”. Wtedy niby tłumaczyłyśmy mu nasz dialog ale w trochę zmienionej formie, takiej którą był w stanie zaakceptować. A my już zdołałyśmy powiedzieć sobie co chciałyśmy. Mama tłumaczyła mu, że to u mnie taka fascynacja zagranicą i że mi przejdzie. Był zły ale machnął ręką. - Język polski jako oręż w walce z opresyjnym patriarchatem. To mi się podoba. – powiedział Jeremi z uśmiechem. – A Twój ojciec, czy on…? – zaczął po chwili już bez uśmiechu. - Co? – spytała dziewczyna. - Czy on Cię… no wiesz? - Czy mnie molestował? – Mia wywróciła oczami tak, że widać było tylko białka – Wiadomo, jak się pierdoli przed kamerą to znaczy, że była molestowana w dzieciństwie… nie sądziłam, że idziesz w takie stereotypy… - Przepraszam, ja tylko… - Nie, nikt mnie nie molestował. Lubię seks i jestem w tym dobra. Na początku robiłam to przeciw ojcu, ale potem zaczęło imponować mi kiedy czułam, że mężczyzna mnie pożąda. To dawało mi poczucie siły. Wcześniej czułam, że moją rolą jest się podporządkowywać i nagle to ja miałam władzę nad mężczyznami, a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Chciałam, żeby wszyscy mnie pragnęli. Poza tym uprawianie miłości jest tak cudowne. Mogłabym nie robić niczego innego. Nie wierzę, że jest w tym coś złego. - Nie ma. Ja też tak uważam. Nie wiem czemu o to zapytałem. Faktycznie głupi stereotyp. Przez chwilę siedzieli w milczeniu ciesząc się ciepłym popołudniem, patrząc na zieleń parku skaryszewskiego. W końcu cisze przerwał Jeremi. - Mia? – zaczął nieśmiało. - Tak? – odpowiedziała patrząc w słońce mrużąc oczy. - Jak ty masz na imię? W sensie, tak naprawdę? - Mia. – odpowiedziała dziewczyna sucho. – Jestem Mia Sultana. - Jasne… Tak masz w paszporcie? – odpowiedział udając beztroski uśmiech. - To nie ważne co mam wpisane w dokumentach. Tamto imię wybrali mi rodzice. A właściwie ojciec. Ale jak sam stwierdził nie jestem go godna. Więc porzuciłam tamto imię i wybrałam własne, które do mnie pasuje. – wyraźnie było widać, że wspominanie o tym sprawia jej ból Jeremi nie chciał tego więc postanowił jak najszybciej zakończyć temat. - Jasne Mio, nie było tematu. – powiedział szybko. Znów zapadła miedzy nimi cisza, ale tym razem wypełniało ją napięcie niedopowiedzeń. Mia ochłonęła trochę po początkowej reakcji. Tamto imię zostawiła za sobą i tak już miało pozostać. Ale z drugiej strony jego pytanie było naturalne. Słusznie domyślał się, że Mia Sultana to tylko jej pseudonim aktorski. Pomyślała, że zadał to pytanie bo chciał poznać ją jako osobę a nie aktorkę filmów dla dorosłych, co było samo w sobie miłe. - Fatmagül. – rzuciła szybko. - Co? – zapytał chłopak nie rozumiejąc o co chodzi. Uznał sprawę jej prawdziwego imienia za zamkniętą. - Naprawdę mam na imię Fatmagül – wyjaśniła – Fatma to imię jednej z córek proroka, to jest „ta która powstrzymuje się od rzeczy zakazanych” a słowo gül oznacza różę. Jak sam widzisz, to imię ewidentnie nie pasuje do kogoś obarczonego grzechem rozwiązłości. Nie wracajmy już do tego… - Jeśli zakazy są głupie to nie trzeba się do nich stosować. Jeśli nikt przez Ciebie nie cierpi to nie masz się czego wstydzić. - Moi rodzice cierpią. Ojciec głównie. Pozbawiłam go honoru… - Pierdolenie. Jeśli jego zdaniem na tym polega honor to niech się nim wypcha. Odwracanie kota ogonem… On cierpi bo nie chciałaś żyć pod jego dyktando. - W końcu sama odeszłam z branży. Uświadomiłam sobie, że przestałam, żyć pod jego dyktando, jak powiedziałeś, ale zaczęłam żyć pod dyktando sprzeciwiania mu się pod każdym względem. Ale to nie był główny powód odejścia. Tak jak mówiłam, źle mi tam nie było. – zawiesiła głos. - A jaki był główny powód? – dopytał chłopak po krótkiej ciszy. - Banalny – odparła – zakochałam się. – zamilkła na chwilę wspominając a potem kontynuowała opowieść – Poznałam Mustafę w jakimś klubie. Nie wiedział kim jestem, co mnie zaintrygowało. Potem okazało się, że udawał. Znał dokładnie wszystkie moje filmy. Ale był inteligentny i znał się na kobietach. Wiedział, że zaintryguje mnie jego brak zainteresowania mną i brak wiedzy na temat filmów porno. Miał rację. Szybko utonęłam w jego ciemnych, mądrych oczach. Granie w filmach przestało już mieć sens. Nie zależało mi już na tym żeby inni mnie pożądali. Chciałam tylko jego. Nie potrzebowałam już tego poczucia siły. On był moją siłą, moją opoką. - Pozwolili Ci odejść? - To nie była ucieczka z burdelu prowadzonego przez mafię. Wytwórnie filmów dla dorosłych to legalny biznes. W każdym razie, ja pracowałam w legalnej. - No tak, jasne. – odparł – Mustafa pewnie był zadowolony? - Przez jakiś czas tak. Można nawet powiedzieć, że byliśmy szczęśliwi. Do momentu, w którym jego rodzina dowiedziała się czym się zajmowałam. To była szybka akcja, jego rodzice kazali mu mnie zostawić. - A on? - Zrobił co mu kazali… - Po prostu? Nie buntował się? - Nie. Wstydził się, że prawda wyszła na jaw. Na odchodne powiedział mi tylko, że to moja wina. Parę dni później odwiedziła mnie jeszcze jego matka, żeby mi powiedzieć jaką jestem zdzirą i jak skrzywdziłam jej syneczka. - Ty skrzywdziłaś? - Tak, bo teraz wszyscy się z niego śmieją i już nie znajdzie „porządnej” żony. Dziewczyna zamilkła wpatrując się ze smutną miną w niebo. Nie tak Jeremi wyobrażał sobie zakończenie tego spotkania. Zganił się w duchu za to, że pozwolił rozmowie zejść na takie przykre tematy. Miał nadzieję, że po wyjeździe z Francji uda mu się już unikać nieprzyjemnych sytuacji. Miał nadzieję zbudować więcej miłych wspólnych wspomnień. - Zaczekaj – powiedział wstając z ławki. - Dokąd idziesz? – odpowiedziała wyrwana z zamyślenia dziewczyna. - Do sklepu – odparł Jeremi uśmiechając się szeroko – pokażę Ci jeszcze jedną rodzinną tradycję. - Poczekaj tu chwilę – poprosił jeszcze raz i nie czekając na odpowiedź pobiegł w stronę ulicy Grochowskiej szukając najbliższego sklepu spożywczego. Po paru minutach był już z powrotem trzymając w ręku dwie butelki napoju Tymbark. - Proszę – powiedział podając dziewczynie jedną z butelek. Była zimna, musiał kupić ją z lodówki. Miała smak jabłkowo miętowy. - Sok? – zdziwiła się – to ta tradycja? Zimny napój w letni dzień? Z tego co opowiadałeś spodziewałam się trochę bardziej wykręconych tradycji rodzinnych. – powiedziała uśmiechając się lekko. - One są trochę jak ciasteczka z wróżbą – kontynuował Jeremi, zadowolony tym, że chyba udało mu się trochę odciągnąć jej myśli od złych wspomnień. – Mają różne teksty i przesłania nadrukowane na kapslach. Zobacz co jest na Twoim. – zachęciła ją. - Zabawa polega na tym, że otwiera się ją jak granat? – zapytała dziewczyna łapiąc na okrągłą zawleczkę przymocowaną do kapsla. - Nie – odpowiedział – zabawa polega na tym, że masz zobaczyć co jest na nim napisane zanim go otworzysz. - Jak to? Tekst jest zadrukowany od zewnątrz? – zapytał przyglądając się z bliska powierzchni kapsla. - Tekst jest w środku. - No to jak? Mam zgadywać? - Nie. Masz przeczytać. – Jeremi starał się wyczuć moment potęgując jej zaciekawienie ale zanim jeszcze zamieni się w irytację. Dziewczyna spojrzała bezradnie na butelkę a potem na Jeremiego. Dobra, mniejsza z wyczuwaniem momentu – pomyślał chłopak i wziął od niej butelkę i przekręcił ją dnem w stronę dziewczyny. - Napój o tym smaku ma dość przejrzysty kolor. Jeśli poszukasz odpowiedniego kąta patrząc od dołu powinno udać Ci się odczytać napis na kapslu nie otwierając butelki. Mia wzięła od niego butelkę i uniosła ją do góry starając się naświetlić wnętrze na tyle żeby dało się odczytać napis. – Faktycznie coś tam widać. – powiedziała z uśmiechem – Ale nie wiem co – dodała po chwili. - Spróbuj pod innym kątem. – poradził chłopak. Dziewczyna obracał butelką wokół jej osi. Przybliżając i oddalając wzrok starała się rozróżnić poszczególne litery. Po chwili znajdując idealne nachylenie zatrzymała się i zmrużyła oczy. - Będzie…? – zawahała się przez chwilę, mrużąc oczy jeszcze bardziej wpatrując się w napój – Będzie dobrze? – dokończyła i spojrzała na chłopaka uśmiechając się ciepło. Jeremi pomyślał jak banalny jest to przekaz i zaczął się niepotrzebnie tłumaczyć – Chciałem coś dobrać na szybko, ale nie mieli za dużego wyboru… - To słodkie – powiedziała Mia przerywając mu. Otworzyła butelkę i upiła łyk zimnego napoju patrząc na tekst wydrukowany na kapslu, upewniając się, że dobrze go odczytała. – To też dobre – powiedziała wskazując na butelkę z napojem. – Tak, będzie dobrze. – powiedziała bardziej do siebie niż do niego. Odstawiła na chwilę napój na ziemię i wsunęła zawleczkę kapsla na palec i przygięła go w stronę dłoni. – Proszę bardzo, biżuteria ekologiczna z motywacyjnym przesłaniem. Toż to ostatni krzyk mody – zachichotała. -Dziękuję – dodała po chwili już poważnym głosem patrząc na Jeremiego. – No dobra, a co jest na Twoim? Jeremi nie miał już czasu wybierać drugiej butelki. Zgarnął pierwszą z brzegu z puli tych, których nawet nie sprawdzał. Złapał teraz za zawleczkę aby otworzyć. - Hej! Hej! – oburzyła się Mia – nie tak to się robi! – zawyrokowała z miną ekspertki od czytania napisów z kapsli przed otwarciem butelki. Chłopak zaśmiał się i zajrzał do wnętrza butelki od strony denka, miał już w tym sporą wprawę więc bardzo szybko odczytał napis. Zaśmiał się opuszczając rękę z napojem w geście rezygnacji. - Co tam jest? – zapytała Mia słodkim głosem. - Nic – odparł chłopak udając zbulwersowanie – ja mam wybrakowany, nic nie jest napisane. - Jaaasne – powiedziała i szybkim ruchem odebrała chłopakowi butelkę. Tym razem równie szybko jak on dojrzała co skrywało zamknięcie butelki. – „Wyluzuj” – powiedziała i śmiejąc się wręczyła chłopakowi jego napój. – Idealne, tam chyba pracują jakieś wróżki. Siedzieli jeszcze przez jakiś czas na tej ławce śmiejąc się i ciesząc ładną pogodą a przede wszystkim swoim towarzystwem. Potem wrócili do centrum i Jeremi odprowadził Mię pod wejście do jej hotelu. - Dziękuję Ci za uroczy dzień – powiedziała dziewczyna całując Jeremiego w policzek. - To ja dziękuję – odpowiedział chłopak starając się ukryć falę emocji jaka zalała go po tym prostym geście. Po powrocie do pokoju dziewczyna chciała nagrać jakiś film na swój kanał na Twitchu ale nie potrafiła się do tego zmusić. Zabrała ze sobą laptopa, kamerkę i dobre źródło oświetlenia, mogła więc na szybko nagrać streaming jakiejś gry. Nic tak nie generuje odsłon jak filmik z wydekoltowaną dziewczyną grającą w jakąś popularną grę. Ale ona nie miała najmniejszej ochoty na nagrywanie czegokolwiek. To na pewno będzie miało konsekwencje. Mniej odsłon, mniej pieniędzy z reklam. Nie obchodziło jej to. Już dawno miała dość tego wszystkiego. Wygłupiania się do kamery prosząc o te wszystkie suby, lajki i czytanie komentarzy napalonych, roszczeniowych nastolatków. Wygląda na to, że nie odeszła od pornografii tak daleko jak by chciała. Przyszło jej do głowy, że to właśnie zmęczenie jej dotychczasowym życiem skłoniło ją żeby tu przyjechać. Zaczęła marzyć o prostym życiu zwykłej dziewczyny, której nikt nie zna. – Może tu, w Polsce byłaby taka możliwość? – dawała się ponieść wyobraźni. – Tu chyba nie jestem taka popularna? Może mogłabym znaleźć sobie jakąś zwykła pracę, jakąkolwiek, i wieść nudne spokojne życie? – wybudzenie ze świata fantazji przyszło szybciej niż by tego chciała. – Może kiedyś byłam tu bardziej anonimowa. Ale teraz, po wydarzeniach w Paryżu i przemówieniu Jeremiego pewnie gadali o mnie na wszystkich kanałach informacyjnych i w programach śniadaniowych… Poza tym pracując z innymi ludźmi na pewno prędzej czy później trafiłabym na jakiegoś obleśnego typka zaznajomionego z moimi „dawniejszymi rolami”. Nawet w jakimś zamkniętym biurze bez kontaktu z klientem nie byłabym bezpieczna, zawsze są jeszcze współpracownicy. Mogę siedzieć w domu i skręcać długopisy – pomyślała z goryczą. – Czy już zawsze przeszłość będzie się za mną ciągnąć? – W tamtej chwili pragnęła tylko wyjechać jeszcze dalej od swojej przeszłości. Zaszyć się w jakiejś głuszy gdzie nikt jej nie zna i zacząć wszystko od początku. Ze zdziwieniem zauważyła, że we wszystkich fantazjach o przyszłości towarzyszy jej Jeremi. – Szybko się do niego przyzwyczaiłam – pomyślała i zaraz zaczęła się zastanawiać dlaczego użyła słowa „przyzwyczaiłam”. Był inny, to na pewno. W taki dość dziwny ale i sympatyczny sposób. Nie był w jej typie. W normalnej sytuacji na pewno nie zwróciłaby na niego uwagi. Ale jest w nim coś… coś takiego, niecodziennego, szczerego. Polubiła go. – Tak, „polubiłam” to trafniejsze określenie niż „przyzwyczaiłam się”. – Czuła się przy nim bezpiecznie. Nie w takim sensie, że rozwiąże wszystkie problemy i jak Superman wybawi ją z każdej opresji, ale w sensie, że nie odwróci się od niej bez względu na wszystko. Jeśli miałaby kłopoty to mieliby je razem. Rozmyślała tak jeszcze nad swoją przyszłością i relacją z Jeremim do późnych godzin nocnych, nie dochodząc do żadnych ostatecznych wniosków. Następnego dnia rano Jeremi w drodze do pracy rozmyślał tylko o ich wspólnie spędzonym dniu. Dosłownie rozpierała go radość. Nic nie mogło zepsuć jego dobrego humoru… No prawie nic… - Przepraszam – powiedziała młoda dziennikarka celując mu w twarz dyktafonem. - Nie mam czasu, śpieszę się. – odparł chłopak i zaczął się pospiesznie oddalać. - Chciałam….. eeeee…. tylko zadać… mmmmmm… jedno pytanie. – dziewczyna też przyspieszyła kroku i podążała za nim. Jeremi zatrzymał się i spojrzał na dziennikarkę z niechęcią. Nic nie powiedział. Ale ona zachęcona tym, że nie odchodzi ciągnęła dalej. - eeeee… Jak Pan myśli… eeee… czy ten zamach… mmmm… kto odpowiada za to co się dzieje… eeeeee… na świecie? Czyja… yyyyyy… to jest wina... aaaa… że takie rzeczy się… eeee… dzieją? - To może zrobimy tak, jak już mnie Pani zatrzymała, zejdziemy na dół na stację metra. Tam jest toaleta publiczna. Ja chwilę poczekam, Pani się wypróżni i wtedy porozmawiamy. - Słucham?! - Stęka Pani, jakby miała Pani mocne zatwardzenie – Jeremi zaczął przedrzeźniać dziennikarkę – eeeee… yyyy… czyja… eeee… wina… yyyy… eeee… Dziewczyna patrzyła na Jeremiego nie odzywając się a oczy jej się zaszkliły. Widać było, że powstrzymuje łzy. - Kobieto – kontynuował Jeremi – zarabiasz na chleb mówieniem. Naucz się robić to poprawnie i płynnie do cholery! - Wypraszam sobie takie chamstwo. – Odpowiedziała zaskakująco bez zająknięcia. Po czym zebrała się w sobie, nabrała powietrza i zaczęła mówić. Mówiła teraz bardzo powoli. Jeśli potrzebowała chwili na znalezienie następnego słowa to pilnowała się aby nie wtrącać w tę pauzę żadnych dźwięków. – Chciałam… zapytać. Jak Pan myśli, kto… ponosi odpowiedzialność za radykalizację nastrojów… prowadzących do takich zamachów jaki wydarzył się we Francji? Jak ten, w którym został Pan… poszkodowany. - ehhh – westchnął ze zniecierpliwieniem – A z jakiej Pani jest redakcji? A z resztą nieważne. Niech Pani napisze, że winię tych których popiera ta telewizja czy gazeta w, której Pani pracuje, oczywiście może Pani dodać od siebie odpowiednią dozę oburzenia moimi słowami. Dziewczynie szczęka opadła niemal na chodnik. – Ale, co Pan mówi?! - No dobra, niech będzie. Napisze Pani, że winię tych których Pani redakcja zwalcza. Jakoś to Pani ubierze w słowa. Że tam ich złe wypowiedzi, czy niepoprawne wartości jakie wyznają, bezpośrednio albo pośrednio doprowadziły do takich wypaczeń. Z resztą co ja będę Panią uczył dziennikarstwa. - Dziennikarstwo, proszę Pana, polega na bezstronnym przedstawianiu faktów. Obiektywnym zebraniu i przedstawieniu racji wszystkich stron i pozostawienie oceny dla odbiorcy. – odparła dziewczyna z dumą. Jeremi patrzył na nią przez dłuższą chwilę i milczał. Jego mina nie przedstawiała, żadnych emocji. Jego milczenie przeciągało się coraz bardziej. Gdyby był komputerem młoda dziennikarka na pewno próbowałaby go już zresetować. Nagle jego milczenie zostało gwałtownie przerwane przez głośną erupcję śmiechu. Śmiał się głośno i szczerze jak chyba jeszcze nigdy w życiu. Łzy zaczęły strumieniami ściekać mu po policzkach, tym razem wyjątkowo z radości a nie smutku. Dziennikarka nic już nie mówiła, tylko patrzyła na niego, nie wiedząc jak zareagować. Jeremi nie przestawał się śmiać. Robił to tak głośno i ostentacyjnie, że wszyscy przechodnie w zasięgu słyszalności odwracali się w jego kierunku. W końcu drgnął, ruszył z miejsca i zataczając się, nie przerywając histerycznego śmiechu, odszedł w…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Minister S — czytnik · opowiadania