Fantastyka · 17 min czytania
Misja
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
PROLOG
Wiele wieków temu, a więc jeszcze przed rokiem 8500 po Chrystusie, wschodnia część dzisiejszej Wielkiej Republiki Niemieckiej, tudzież WRN, zamieszkiwał naród posiadający własny język, kulturę i niezwykle bogata historię, a jego państwo nazywano powszechnie Polską. Naukowcy polscy wynaleźli eliksir, któremu nadali stosowną nazwę Eliksiru Przeniesienia i wraz z wieloma Polakami przenieśli się na planetę Jupiter Jowisz, zakładając tam własne, niepodległe państwo, które nazwali Siras, co w stworzonym przez nich języku oznacza Wspólnotę, siebie zaś Anganerdami, Nosicielami Przeszłości. Wszystko było dobrze dopóty, dopóki na horyzoncie nie pojawił się młody, przystojny, ale ponad wszystko pragnący władzy mężczyzna o imieniu Senegorn…
CZĘŚĆ PIERWSZA W której coraz bardziej niepokoi mnie sytuacja na zachodzie i w której zupełnie niespodziewanie pojawia się Danny.
Był ciepły, słoneczny dzień. W Siras nastała już pora inekris, czyli jesieni. Drzewa na Alei Końca Świata, po której wówczas spacerowałam, mieniły się tysiącami barw, zaczynając od delikatnej, optymistycznej żółci, a kończąc na żywej, ostrej czerwieni. Trzeba przyznać, że nie wyróżniam się zbytnio wśród innych mieszkańców Hagrabengii – mam brązowo – zielone, długie, lekko kręcone włosy i ogromne, orzechowe oczy. Moją głowę zdobi wianek wykonany z klonowych liści, taki, jaki nosi każda niezamężna kobieta w królestwie Wielkiego Lasu. Fakt faktem, że ów wianek jest zazwyczaj nieco przekrzywiony, ale chyba wszyscy zdołali się już do tego przyzwyczaić. Jestem bowiem istotą o wrodzonym zamiłowaniu do szaleństw, które to wciąż dręczy mojego nauczyciela, a zarazem znakomitego czarodzieja i filozofa, Wardenona Aragasa. Jednakże ten sam nauczyciel twierdzi również, że jestem bardzo inteligentna, bystra i ponad wszystko odważna. Co by tu jeszcze dodać… Ach no oczywiście! Niektórzy uważają, że urodą nie grzeszę(z Danny’m na czele), inny wprost przeciwnie( z Feliksem na czele), ale suchym faktem jest, iż jakiś wędrowny architekt powiedział kiedyś, że „mam śliczną, słodką twarz, rumiane policzki i piękne, różowe usta, a zarazem cudowne, tajemnicze oczy, które to rzeczy niemal niwelują taki ubytek w urodzie, jak niewątpliwie zbyt niski wzrost”. Mój strój również nie przedstawia się specjalnie oryginalnie – zwykłe, lniane, jasnozielone spodnie, taka sama luźna bluzka i ukochany łuk refleksyjny na ramieniu. Przeszłam jeszcze kilkanaście metrów Aleją Końca Świata, po czym skierowałam się ku ogromnemu pałacowi królewskiemu. Była to budowla wzniesiona na typowy, hagrabendzki sposób – już z daleka jaśniały białe ściany, okna średniej wielkości wpuszczały do wnętrza dużo światła dziennego, a przed wejściem ustawione zostały cztery kolumny, nad którymi widniał tympanom, zresztą niezwykle uroczo zdobiony, z wyrytymi czterema imionami, nazwiskiem i tytułami panującego, tak więc: „Tu epono korenton Hagrabengii hadetenum wadeum kalecu, Cegonius Endor Karenton Izopomus Eledis”*. Weszłam do środka. Mimo tego, że powinnam traktować ów pałac jako swój własny dom rodzinny, to jak zwykle już u progu poczułam charakterystyczny, nieprzyjemny ucisk w dolnej części żołądka. Przeszłam obok kilkunastu marmurowych posągów władców Hagrabengii i smutno uśmiechnęłam się do tego ostatniego, wszak przedstawiającego mojego zabitego przez Senegorna ojca. Mocnym pchnięciem otworzyłam masywne drzwi z czereśniowego drewna i ujrzałam tak bardzo przez siebie znienawidzony, monumentalny i straszliwie pusty apartament królewski. Znajdowały się w nim trzy osoby – uśmiechnęłam się do Wardenona, wiekowego mężczyznę, o którym już wspominałam, spojrzałam figlarnym wzrokiem na Feniksa i z dezaprobatą powiedziałam cicho: - Witaj wujku! Cegonius spojrzał na mnie lodowato, po czym rzekł: - Śmiem zauważyć, że nie znajdujemy się w teatrze, nie widzę więc przyczyny twojego powitania, jednocześnie chciałbym dostrzec, że długie łuki refleksyjne przeznaczone są do użytku JEDYNIE dla gwardii królewskiej. Ponadto… - Chcę wiedzieć, dlaczego mnie wezwałeś – powiedziałam stanowczo i zmusiłam się do spojrzenia w jego duże, czarne oczy. - Chodzi o to, że sytuacja na zachodzie zdecydowanie się pogorszyła, Fendelis – zaczął Wardenon. Jego głos uspokoił mnie. – Tuż za Rosabaną* Senegorn rozbudował starą, anganerdzką twierdzę obronną. Co gorsza sprowadził z błękitnej planety armaty świetnosterylne*, które potrafią pogrążyć Hagrabengię w jedno popołudnie. Przed dwudziestoma minutami poseł Senegorna przyniósł nam wiadomość, iż Jego Wielki Pan i Władca nie przyjmuję naszych kompromisowych rozwiązań. - Dlaczego mówisz o tym właśnie mnie? – Zapytałam, udając głupią, ale dokładnie wiedziałam o co chodzi. - Trzeba przestrzelić strzałą zawierającą Eliksir Zniszczenia magazyn z armatami świetnosterylnymi. Spojrzałam na Wardenona dziwnym wzrokiem. Zdawałam sobie sprawę, że mam niecałe dwa procent szans na przeżycie. Bałam się. Cholernie się bałam. - Podejmuję się tego zadania – powiedziałam cicho. Wardenon odetchnął, a Feniks powiedział mi, że jestem bardzo wyjątkową dziewczyną. - Nie pójdziesz samotnie. Mamy tu kogoś, kto wykona tą misję z tobą, niestety nie z własnej woli. Jest w sąsiednim pokoju, nazywa się Daniel Wecksdon i pochodzi z błękitnej planety, a dokładnie z Wysp Brytanii Środkowej – Wuj mówił płynnie, gładko i zimno. Jak zwykle. – Jutro o świcie dostaniecie dwa konie i wyruszycie. A teraz żegnam! Posłusznie weszłam do sąsiedniego apartamentu. Moim oczom ukazał się chłopak z brązową czupryną, dużymi, zielonymi oczyma i dziwnym, cynicznym uśmieszkiem na twarzy. Poczułam do niego niechęć, nie mam pojęcia dlaczego, może dlatego, że był ode mnie o pół głowy wyższy. Ja chyba też nie spodobałam mu się specjalnie, bo powiedział bez przekonania: - To ty? - Jak widać – odwzajemniłam uśmieszek i wyciągnęłam do niego rękę – Jestem Fendelis. - Danny. Ale uprzedzam, że nie lubię dziewczyn. Zwłaszcza brunetek. - Ja natomiast lubię chłopaków. Ale nie zarozumiałych szatynów! Mam pytanie: umiesz władać mieczem? - Nie. - Strzelać z łuku? - Nie. - Znasz się na anganerdzkich czarach? - N…nie… Uśmiechnęłam się władczo. - Czyli całą akcją kieruję ja! - Zaraz, zaraz – Daniel spojrzał na mnie wyzywająco. – Ja mam 15 lat, a ty… - A ja 78, jeśliś ciekaw! Do jutra, Danny! - Cześć…- Powiedział z kwaśną miną.
Część 22 / 2
CZĘŚĆ DRUGA W której coraz większa odległość dzieli nas od Hagrabengii i w której coraz mniej się kłócimy.
Obudziłam się jak zwykle wraz ze słońcem. Wschód tego dnia był wyjątkowo piękny i przez dobry kwadrans stałam na balkonie położonym przy moim apartamencie i patrzyłam jak wielka, ognista kula powoli oświetla nasz świat. Mój surkanek* siedział mi na ramieniu – było to najcudowniejsze zwierzę na świecie, chociaż miało niesymetryczne skrzydła i zdecydowanie zbyt długi ogon. Ale posiadał za to piękne oczy – ogromne, żółte i słodkie. Ubrałam się i wyszłam na zewnątrz. Daniel Wecksdon czekał na mnie przy wierzbie płaczącej, rosnącej w pałacowym ogrodzie. Myślę, że ów właśnie ogród godny by był większej uwagi, ale niestety trudno mi go opisać zwyczajnymi, prozaicznymi, ludzkimi słowami. Wardenon mawiał często, że są we wszechświecie rzeczy, których nie potrafi ogarnąć prosta psychika człowieka. Te rzeczy nazywał zazwyczaj abstrakcją. Na przykład abstrakcją miłości. - Cześć – powiedziałam krótko, śmiejąc się w duchu z jego dzikiej, ciemnej czupryny. - Mieliśmy dostać konie, prawda? – Zapytał. - Ależ oczywiście, szefie! Chociaż nie wiem czy masz świadomość, że konie trzyma się zazwyczaj w stajniach – uśmiechnęłam się do niego cynicznie i powędrowałam po nasze dwa kasztanowe rumaki. Danny nieco speszony powlókł się za mną.
Wyjechaliśmy z Hagrabengii i z lekkim przestrachem uświadomiłam sobie, że właśnie opuściliśmy najbezpieczniejsze miejsce w Siras. Przed nami rozciągały się olbrzymie połacie samej tylko trawy – ktoś, kto tego nie widział nie może sobie nawet wyobrazić jak niesamowicie cudownie to wygląda – jej różnorodne gatunki i rozmiary wzbudzały zachwyt w podróżnych z najpiękniejszych nawet zakątków Siras. To Morawia. Morawia leży nad…