Kryminał · 17 min czytania
Misja
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Sąd orzeka Adama S oskarżonego o (…) Winnym wszystkich tych zbrodni.
To wszystko bardziej przypominało sen, niż realne życie. Wypełniałem tylko moją misję. Uważasz mnie pewnie za szaleńca. Nie? Aha, sadzisz, że dałem się wykorzystać, ale się mylisz. To nie było tak. Bez niego nie żyłbym od roku. Czy to jest moja wina? Wiem, wiem. Myślisz, że nie zdaję sobie sprawy z wagi sytuacji, z konsekwencji moich czynów. No powiedz! Tak m ci się wydaje? Doskonale wiem, co mnie teraz czeka. Odejdę spełniony. Co? Czy żałuję? Ani trochę. Niech moje czyny będą drogowskazem dla tych, którym brak odwagi, wiary w siebie.
Był upalny sierpniowy dzień, kiedy Adam po raz pierwszy posłuchał głosu. Asfalt nagrzało słońce to, że wydzielał charakterystyczny zapach, który w połączeniu ze spalinami i wszędobylskim kurzem wdziera się w nozdrza. Drażnił i otumaniał. Adam wszedł na środek czteropasmówki i kroczył wzdłuż białej linii z mężnie podniesiona głową. Nic nie było w stanie zmusić go do zboczenia z obranego toru. Ani uderzające w twarz podmuchy, jakie niosły za sobą ogromne ciężarówki, ani trąbienie kierowców. On miał cel i do niego dążył. To było najważniejsze. Tego chciał głos. Żądał, a Adam już wiedział, że żyje po to, aby wypełniać jego rozkazy. Zrozumiał to, kiedy przestrzegł go przed wsiadaniem do tego przeklętego autobusu, który w ostatniej chwili skręcił w prawo i uniknął czołowego zderzenia z nadjeżdżającym z naprzeciwka tirem. Ostatni raz uratowałem cię, nieposłuszny. Chce dla ciebie jak najlepiej. Chce , żebyś spełnił swoje marzenia. Czy to wystarczający dowód, żebyś mi w pełni zaufał czy jeszcze ci mało poświęcenia z mojej strony, ty niewierny Tomaszu? Rzeczywiście od tamtej pory Adam przestał zagłuszać za wszelką cenę te „podszepty podświadomości”, nie zastanawiał się już czy nie są to czasem oznaki jakiejś choroby, np. psychicznej, albo nawiedzenia przez duchy, czy opętania przez szatana. Postanowił przestać tłumić to, co tkwiło w im od tak dawna, tak głęboko… Gdy stąpał środkiem autostrady, wśród szumu, huku, jazgotu i upału zalewały go fale podniecenia, rozkosznego mrowienia całego ciała, a najintensywniej okolicy serca. Pot zalewał u oczy, mieszał się z kurzem, dając w rezultacie wrażenie błota na policzkach, czole. Stopy w takich trampkach miał poodparzane i pokryte odciskami, ale to była pestka w porównaniu z jego misją. Jestem z tobą braciszku, cały jestem twój – szeptał po cichu Jakiś kierowca zatrzymał samochód i próbował przemówić szaleńcowi do rozumu, nie poskutkowały krzyki, prośby, groźby. Człowiek zadawał się go w ogóle nie słyszeć. Usta miał zacięte, zaciśnięte w wąską kreskę. Brwi ściągnięte w wyrazie determinacji. Młody, niewiele ponad 20 lat, średniego wzrostu, szczupłej budowy ciała, urody nijakiej, przeszłabym obok niego, nawet go nie zauważywszy – oceniła Adama nastoletnia córka kierowcy obserwująca całe zajście przez okno auta. Kierowca (z natury wybuchowy człowiek) jeszcze bardziej rozjątrzony kompletnym brakiem reakcji na jego interwencje, miał ochotę siłą przerwać chłopakowi ten dziwny spacer. Już wyciągał ręce, aby chwycić go od tył za ramiona (jak można był minąć obojętnie jego, takiego wielkiego, umięśnionego faceta, na którego zazwyczaj patrzono z pewną dozą leku), ale jakaś dziwna siła , nie pozwoliła mu na dalszy ruch, ostudziła jego gniew i nakazała wracać do wozu, jechać przed siebie i zapomnieć o całej sprawie. Wielki facet posłuchał. Inni kierowcy nie mieli nawet odwagi opuścić swoich pojazdów, ba! nawet zwolnić , nie wspominając o zatrzymaniu się. Adam stracił poczucie czasu. Być może po kilkunastu zaledwie minutach, a mogło to być równie dobrze po upływie wielu godzin, dotarł do małego parkingu po lewej stronie. Był to na prawdę niewielki, wysypany żwirem obszar, mogący pomieścić zaledwie kilka samochodów, co najwyżej dwa ciężarowe. Otoczony czymś w rodzaju lasku, drewniana ławka pokryta datami i imionami nastoletnich wandali, kosz na śmieci i śmieci rozrzucone wokół kosza. Adam stanął pośrodku, głos nakazał mu uklęknąć. Poczuł ostry, przeszywający skronie ból, jakiego jeszcze w życiu nie doznał posłusznie padł na kolana Już ci się nie sprzeciwię Zemdlał Ile czasu spędził w tamtym miejscu także trudno mu sobie przypomnieć. Kiedy wstał, żwir miejscami werżnął się głęboko w jego skórę. Na dłoniach, łokciach i twarzy do tej pory ma ślady, choć minął już rok. Te blizny pewnie pozostaną na zawsze, ale może to nawet lepiej w jego sytuacji. Będzie wyglądał groźnie, idealnie wkomponuje się w otoczenie. Adam ledwie dowlókł się do ławki i postanowił chwilę na nie posiedzieć, aby zebrać myśli, co nie przychodziło mu jednak łatwo. zamiast tego, zauważył, wyryty w drewnie zapis ILONA 3 VIII 1975. trzeci sierpień, to tak jak dzisiaj, tylko że 30 lat temu – pomyślał. Do domu wrócił autostopem, dręczony wstydem, poczuciem winy i wyrzutami sumienia. Głos milczał. Uprzejmy staruszek wykazał się wielka odwaga, że zabrał z drogi tego młodego wprawdzie człowieka, ale wyglądającego przerażająco w brudnych, obdartych łachmanach, z zakrwawioną twarzą. Czy na tym świecie nie ma już żadnej sprawiedliwości? – pomyślał. Chłopcze, kto ci to zrobił?- zapytał. Jednak Adam był zbyt rozdygotany, aby odpowiedzieć, więc kiedy przeczącymi ruchami głowy skwitował jego propozycje odwiezienia do szpitala, staruszek dał mu spokój.
Na jakiś czas głos dał mu spokój.
Część 22 / 2
Jednak nie mogło to trwać zbyt długo. Pewnego październikowego wieczoru, kiedy już powoli zapominał o tamtym niepokojącym incydencie, został zmuszony do upicia się w miejscowym barze, co nie było dotąd jego zwyczajem, w przeciwieństwie do większości kolegów z zawodówki. Potem wziął udział w bójce, pierwszy raz w swoim 24letnim życiu. O dziwo, był jej najbrutalniejszym uczestnikiem. Kiedy głos poinformował go kogo i w jaki sposób ma uderzyć bez wahania choć z niechęcią usłuchał. Po zadaniu pierwszego ciosu poczuł oszałamiającą przyjemność, płynącą z obserwowania czyjejś niemocy, cierpienia odmalowującego się na twarzy. I to wszystko jego zasługa, jego tzn. ICH. Potem poszły w ruch krzesła, stoliki, brzęczały tłuczone kufle do piwa, a wszystko to zroszone czerwienią krwi. Cierpiące, wykrzywione z bólu twarze znajomych zlały mu się w jedną żenująco budzącą odrazę, brudną masę. Wstręt, wszechmoc i poczucie doskonale wypełnionego obowiązku. No i może trochę oszołomienia i odrobina, na prawdę maleńka wstydu. To czuł, kiedy siedział na pryczy, skuty kajdankami, a policjant-sąsiad spoglądał na niego z niedowierzaniem, wpinając jego akta do kartoteki.
O co tobie, do cholery chodzi? – odważył się zapytać głosu, gdy wychodził z supermarketu z kieszenią dżinsów wypełnioną opakowaniami prezerwatyw, za które nie zapłacił. - No, no ciekawość to pierwszy stopień do piekła, ale ja już tam jestem więc nie bój się, ż nie wątp w celowość naszej misji, już niedługo przyjdzie czas żebyś dowiedział się wszystkiego, a teraz masz za zadanie wykorzystać wszystko to, co masz w kieszeni. Adam doznawał lekkiego upokorzenia, przemieszanego jednak z ciekawością, kiedy przekraczał próg burdelu. Był w takim miejscu po raz pierwszy w życiu. (jego niepozorny, niczym nie wyróżniający się wygląd, który jednak po wnikliwszym przeanalizowaniu, co jednak musiałoby być czymś spowodowane, mógł zaintrygować swoja na wskroś przenikająca przeciętnością , szablonową wprost miernością, doskonale oddawał cichy, ugodowy charakter. Dlatego te nikt nigdy nie został dość zmotywowany do zastanowienia się nad tą nieskończoną nicością…) pokój okazał się dość obskurny, ze ścian pomalowanych olejną farba na wściekły róż, miejscami poodpadała farba, narzuta pokrywająca łóżko poplamiona i usiana wypalonymi przez papierosy dziurami. Dziewczyna okazała się obdarzona wymiarowym, gładkim ciałem, przy czym twarzą tak pozbawioną wyrazu, zapewne z powodu wielowarstwowej bialo-czerwono-błękintej maski szczelnie ją pokrywającej, że jej wieku nie udało się Adamowi określić nawet w przybliżeniu i domyśle. Jeśli mam to powtórzyć tyle razy, ile sztuk kondomów mam ukrytych na dnie szuflady, to…-pomyślał po opuszczeniu lokalu po raz piąty. Dobra, dobra już wystarczy-głos tym razem okazał się litościwy.
Czułem, że staję nim, a paradoksalnie przez to jeszcze bardziej sobą. Dzięki…