Fantasy · 18 min czytania
Misja
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Misja Flisak imieniem Caleb odsunął lunetę od oka. Kupił ją dawno od jakiegoś pijanego krasnoluda w Altdorfie. Przydawała mu się, używał lunety aby wypatrywać nadjeżdżających klientów i dostosowywać ceny do ich zamożności. Zbliżał się wieczór, ale on nie zamierzał iść do domu. Jeśli coś pachniało zyskiem, to Caleb zawsze był przy tym. Flisak zatarł ręce z zadowoleniem. - Jeździec, czyli pewnie szlachcic - myślał, spoglądając na postać. - Zapłaci kilka koron machnięciem ręki, co to dla wielmoży. Jedzie bez orszaku, czyli może wpadnie coś ekstra za dyskrecję. Wizja zysku sprawiła, że flisakowi uniosły się kąciki ust, odsłaniając zepsute zęby. Caleb czerpał duże zyski z trzech powodów. Po pierwsze, dobierał cenę do klienta, nigdy więc nie uznawano go za wielkiego zdziercę. Po drugie miał monopol. Rzeka Sternn miała niewiele miejsc możliwych do przekroczenia, a tylko Caleb miał na tyle dużo samozaparcia, aby prowadzić tutaj przeprawy promowe. Pozostali albo poddali się, albo zniknęli w odmętach rzeki. Trzecim powodem była dobra lokalizacja promu. Tutaj rzeka nie była zbyt szeroka, prąd w tym miejscu nie sprawiał problemów, Caleb musiał tylko machać tyczką i liczyć zyski. Podróżny był coraz bliżej. Caleb przyglądał mu się z zachłannością. Masywny mężczyzna w płaszczu, flisak liczył na kilka złotych monet, może dorzuci jakiś srebrnik ekstra. Aby dostać się na prom, trzeba było przekroczyć szlaban, który postawił Caleb. Panowała zasada „najpierw płacisz, potem płyniesz”. Jeździec zatrzymał się przed szlabanem. Caleb opanowany wizją zysku zbliżył się do niego z wyciągniętą ręką. Podróżny nawet na niego nie spojrzał, sięgnął do mieszka na szyi, wyjął coś z niego i pokazał to Calebowi. Flisak o mało nie upadł. Przed jego twarzą jaśniał znak Imperialnej inkwizycji, złota litera I, otoczona srebrnym kołem z liści laurowych. I jeszcze dewiza, wygrawerowana na srebrze, Caleb błyskawicznie schował dłoń i zaczął podnosić szlaban. Kłaniając się służalczo, flisak cofnął się i wpuścił inkwizytora. Przestał liczyć na zysk, zaczął modlić się do Sigmara Młotodzierżcy, aby tylko mógł wrócić do domu w jednym kawałku. Cały czas wpatrywał się z przestrachem w inkwizytora. Czarny płaszcz zakrywał potężną sylwetkę. Głowę ogolił na łyso. Prawy policzek oszpecony był paskudną blizną. Złocony pas, przy którym wisiały dwa pistolety był jedynym wyróżniającym się kolorystycznie przedmiotem. Buty, spodnie, koszula, wszystko zabarwiono na czarno. Spojrzenie Caleba przeniosło się na juki jeźdźca, leżące na brązowym rumaku. Wypchane po brzegi jakimiś przedmiotami, leżały tuż za pośladkami jeźdźca. Jednak najbardziej imponujący był młot inkwizytora, przyczepiony do juk. Czarny, ze złotymi wykończeniami. Srebrna kometa o dwóch ogonach odbijała ostatnie promienie słońca prosto w twarz Caleba. Flisak stał tak, zastygły z podziwu dla postaci jaka wkroczyła na jego barkę. Z zamyślenia wyrwał go okrzyk: - Ruszże się do jasnej cholery!!! Inkwizytor miał władczy, przywykły do przemów i wydawania rozkazów głos. Nie był stary, brzmiał na takiego w sile wieku. Caleb natychmiast sięgnął po tyczkę i zaczął miarowo odpychać barkę. W głowie kołatała mu się dywizja Inkwizycji: „Ogień oczyszcza - „Ignis puryfikat”. *** Twierdzą, że Inkwizycja nie myśli. Że jesteśmy ręką Sigmara, to on przewodzi naszym poczynaniom. Że decyzja inkwizytora, to decyzja samego boga. Ja, Ignotus Walterbuch, wielki inkwizytor, rozmyślam. Czemu rada inkwizytorów wysłała właśnie mnie na to, mówiąc szczerze, zadupie? Nic nie ma tu znaczenia strategicznego, gospodarczego, ani Sigmar wie jakiego. To kawał ziemi, z kilkoma wioskami i jednym „miastem”, jak to szumnie określili. Mam pewnie wejść, zbadać ploty pijanego chłopa i wrócić. Genialne zadanie dla pogromcy demonów. Czytałem o historii tego miejsca. Jest tak biedne, że nie ma własnej nazwy, ale działy się tu niektóre słynne wydarzenia. W tym miejscu Sigmar, pierwszy imperator i bóg imperium, połączył pierwsze dwa plemiona. Później założono tutaj miasto, Taddersdam tak się to nieszczęsne miasto nazywało, znane dzięki „Bezdennie głupiej wyprawie”. Kilka setek chłopów kompletnie zgłupiało i ruszyło na północ, chcąc pokazać wojsku, co może chłopska hołota. Dołączały do nich inne grupy, aż wreszcie kilka tysięcy wkroczyło na zimne tereny północy, prosto w paszczę chaosu. Podobno głowy uczestników znajdowano jeszcze przez wiele lat na różnych chorągwiach heretyków. I to Mnie wysyłają na takie zadupie. Sam kiedyś przegnałem oddział demonów, przetrwałem pojedynek z Krwiopijcem, nigdy nie pomyliłem się w sądach, ani nikogo nie oskarżyłem niesłusznie. Teraz stoję na jakiejś starej barce i zgrzybiały flisak obmacuje mnie wzrokiem. Czuję, jak jego oczy prześlizgują się po mnie, jak wędrują po moim wyposażeniu. Zazdrości mi, pragnie moich rzeczy. Dam mu potem złotą koronę, to zamiast kupić jedzenia pewnie oprawi w ramkę albo zawiesi na szyi, bo „inkwizytor dał.” Podniosłem głowę, chciałem ocenić jak daleko jestem od miasta. Czerwona łuna migocząca nad zabudowaniami zmroziła mi krew w żyłach. Czyli ktoś bawi się ogniem, ciekawe czy to podpalacz, czy… demon. Na szczęście ten wrak jest już niedaleko brzegu. Sięgam do mieszka na szyi i wyciągam z niego złotą monetę. Pstrykam nią prosto w oszołomionego flisaka i ruszam galopem w kierunku miasta. *** Nienawidzę. Jazdy. Konnej. Mam wrażenie, że zaraz całą zawartość mojego żołądka wyląduje na ziemi. Bolą mnie pośladki i uda. Chwała Sigmarowi, że bramy miasta są niedaleko. Strażnicy tutaj to jakaś kpina. Dwóch gości stoi przy bramie. Trzęsą się, stoją w miejscu i tylko patrzą na mnie. Wyglądają na niewiele mniej tępych niż te zardzewiałe halabardy co trzymają. - Otwierać bramę! Rozkaz inkwizycji – wrzasnąłem. Widzę, jak podbiegają i otwierają przejście dla mnie. Nawet nie musiałem pokazywać znaku, wystarczyło samo zawołanie. Podjeżdżam do najbliższego strażnika i mówię: - Kto tu dowodzi? - H - H - Herman Walentus, panie – odpowiada łamiącym się głosem. – Znajdzie go pan w karczmie „Pod Łbem Demona.” - Dziękuję – mruczę i ruszam na ulice. Spalenizna. Czuć to wszędzie. Palone drewno daje przyjemny zapach, ale palone mięso jest nieprzyjemne i zwiastuje kłopoty. Jeszcze czuję smród miasta i… wiatry magii. Czyli jednak czarnoksiężnik. Zapłoną stosy. Mijam kolejne domy, jeszcze nieuszkodzone. Kieruję się ku wyższemu budynkowi, o dachu w kolorze morza. Zatrzymuję konia i zsiadam z niego z ulgą. Nogi płoną mi z bólu, ale muszę być twardy. Nad drzwiami widnieje szyld. Przedstawia głowę demona, chyba krwiopuszcza. Ładnie namalowana, prawie jak żywa. Muszę się dowiedzieć czegoś o tym, kto to malował. Kopem otwieram drzwi do karczmy. Tak jak podejrzewałem, przy jednym ze stołów stoi grupa mężczyzn w zbrojach płytowych. Debatowali nad jakąś mapą, teraz wpatrują się we mnie zaskoczeni. - Kim jesteś? – pyta jeden z rycerzy, wygląda na to, że on dowodzi tutaj. - Jestem Ignotus Walterbuch, reprezentant świętej Inkwizycji. Co się tu dzieje? – odpowiadam podchodząc do mapy. Nachylam się nad nią, symbol inkwizytora zwisa mi z szyi. Słyszę ciche szepty, powtarzają moje imię. Jeszcze trochę i całe miasto dowie się, że przybył Inkwizytor. - Panie… ja – odpowiada dowódca. – Ja nie wiem. Dwie godziny temu miasto zostało zaatakowane. Siły zwierzoludzi przedarły się przez bramy, a z ratusza wypadły na nas demony. Urządziliśmy tutaj punkt obrony i zwalczamy ataki. Właśnie ustalaliśmy plan kontrataku, gdy ty panie wkroczyłeś. Czyli typowa sytuacja oblężonych we własnym mieście. Sięgam po kufel leżący na stole, dopijam resztkę piwa. Spoglądam na mapę, widać, że kontrolują niewiele więcej niż jedną czwartą miasta. Stłoczyli się tutaj i teraz pewnie te czerwone kreski na mapie to bariery. Przyglądam się podpisom na mapie. Ratusz znajduje się w centrum, możemy dostać się do niego główną ulicą. - Plan jest taki – mówię, z impetem odstawiając kufel na stół. – Ruszamy natychmiast. Docieramy do ratusza i zabijamy czarnoksiężnika – spoglądają na mnie zdziwieni. – Co, myśleliście, że demony same się pojawiają? Nie, to mag musi je wywołać. Zabijemy każdego w ratuszu. Potem, wasze miasto powinno być wolne, zwierzoludzie rozbiegną się na wszystkie strony po śmierci czarnoksiężnika. Demony wrócą do spaczni. Proste? Kłamię. Będą jeszcze długo zwalczać chaos z ulic, ale dałem im nadzieję. Widzę, jak kiwają głowami, sięgają po hełmy, wyruszają po ludzi. Czas na bitwę. *** - Dzisiaj ruszymy w samo serce zdrady w tym mieście!!! – przemawiam. To zawsze mi nieźle wychodziło, a dzisiaj muszę dać tym