Inne · 11 min czytania
Mit Współczesny
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Był typowy jesienny dzień. Na ciemnoszarym niebie wisiały ciężkie, ołowiane chmury, zwiastując rychłą ulewę. Zapach burzy unosił się w powietrzu, wciskając się przez uchylone okno do damskiej toalety w publicznym gimnazjum numer cztery. Odbywało się tam, jak co tydzień, walne zebranie członków trzyosobowej spółki komiksowej o roboczej nazwie „Trzyosobowa Spółka Komiksowa „Potok Niesamowitości””. W jej skład, jak sama nazwa wskazywała, wchodziły trzy osoby. Pierwsza z nich, odpowiedzialna za kolor pierwszoplanowy, projekty okładek i korektę, stała z założonymi rękami przy odrapanych drzwiach jednej z kabin i prezentowała całemu światu jak zły ma humor. Była to piętnastoletnia dziewczyna absurdalnego wzrostu, o bardzo jasnych włosach sięgających pasa, ubrana w stylu gotyckim, który skutecznie psuła wpięta nad uchem spinka z motylkiem. Dziewczyna ta miała na imię Gosia Nurzycka, jednak, jako że serdecznie nie cierpiała swojego imienia, wyrobiła sobie zdanie, że artysta komiksowy powinien mieć odpowiednio niesamowicie brzmiący pseudonim i nazwała się Epiką. Drugą osobą była Aneta „Trawa” Dobrzyńska, która swój alias zawdzięczała dość ciekawej przygodzie z liśćmi konopi, o której jednak zwykle wolała nie rozmawiać, miała czternaście lat i potężne kompleksy. Aneta byłą jedną z osób, którym Stwórca poskąpił jakichkolwiek talentów plastycznych, miała jednak wujka, który pracował w wydawnictwie, została więc przyjęta do spółki jako element odpowiedzialny za sprawy, które dla tworzących komiksy artystów były zbyt przyziemne, czyli do takich, w których po prostu nikt oprócz niej się nie orientował. Dziewczyna uparcie twierdziła, że jest anarchistką, co podkreślała goląc głowę na łyso i nosząc na sobie więcej metalu, niż standardowy transporter opancerzony, w postaci kolczyków i ćwieków. Ostatnia część Potoku Niesamowitości schowała się w kabinie i nie zamierzała wychodzić. Główny rysownik spółki uważał, że nie ma lepszego miejsca na twórczą medytację niż toaleta, chyba że kafelki są zielone. Nigdy nie sprecyzował, dlaczego akurat zieleń była kolorem, który zastosowany na ścianach łazienki miał moc zabijania weny, jednak wszyscy, którym o tym mówił wierzyli mu na słowo, bojąc się, czego mogliby dowiedzieć się na przykład o kształcie żarówki w lampie pod sufitem. Aneta miała swoją teorię na ten temat, jednak wymagała ona poważniejszego zagłębienia się w ludzką psychikę oraz mnóstwa trudnych słów, których ni w ząb nie rozumiała, a które brzmiały wystarczająco dziwnie, by trzymać klimat określanego przez nie zjawiska. Dorian Obłoński, bo tak właśnie nazywał się młody artysta z obsesją na punkcie zieleni, był ucieleśnieniem stereotypu rysownika komiksów. Niski, długowłosy, wiecznie zapatrzony w coś nieistniejącego i z tendencją do wpadania na słupy, nieuchronnie stałby się obiektem kpin w klasie pełnej opalonych sportsmenów, gdyby nie to, że w spółce pracowały z nim dwie ładne dziewczyny, a większość jego potencjalnych prześmiewców była rozpaczliwie samotna. Dorian miał też zdolność zachowania zimnej krwi w dosłownie każdej sytuacji, której źródłem była niezachwiana, acz zupełnie nieuzasadniona wiara we własny immunitet na zdarzenia bardziej niezwykłe niż skręcona kostka. Pseudonimu nie posiadał, bo Gosia uznała, że jego imię jest wystarczająco niezwykłe, żeby podpisywać nim komiksy. - Czy on zamierza stamtąd wyjść? – spytała Aneta ze swojego miejsca pod umywalką. Twierdziła, że to jedyne bezpieczne miejsce na przeczekiwanie wyrzutów natchnienia Doriana. - Czy ty zamierzasz stamtąd wyjść? – Powtórzyła jak echo Epika. – Hej! – Załomotała pięścią w drzwi kabiny. - A czy wyglądam, jakbym się to tego zbierał? – Dobiegł ją stłumiony, lekko zachrypnięty głos rysownika. - A czy wyglądam, jakbym mogła zobaczyć, jak wyglądasz? – odparła poirytowana dziewczyna. – Wyłaź! Jest już dziesięć minut po dzwonku, anglistka urwie nam głowy. - Podaj pięć powodów, dla których miałoby mnie to obchodzić – burknął Dorian zza drzwi. - Dlaczego pięć? – Zainteresowała się Trawa. - Bo wtedy istnieje mniejsza szansa, że rzeczywiście uda jej się mnie stąd wyciągnąć. Gosia warknęła coś wulgarnego i szarpnęła za klamkę. - Nie uda ci się. – Poinformował ją chłopak. – Wczoraj naprawiliśmy zamek, pamiętasz? - O żeby cię… - Pokręciła zrezygnowana głową. – Co ty tam właściwie płodzisz? Kolejny plan podboju świata? - Mam pomysł wszechczasów! – W głosie Doriana zabrzmiało wyraźne podniecenie. – To będzie alternatywna wersja mitu o Parysie, wręczy jabłko swojej żonie i wszystkie trzy boginie sprzysięgną się przeciw niemu, co doprowadzi do wojny między dwoma światami, a w tle będą rozterki Afrodyty, która zapała nieoczekiwaną miłością do śmiertelnika, który jednak zostanie zabity jako pierwszy podczas szturmu tytanów. - To się nie sprzeda. – Podsumowała Aneta. - A nawet gdyby miało się sprzedać, to nie damy rady tego narysować. Nie umiem kolorować teł, pamiętasz? – westchnęła Epika. – To musi być monumentalne, klimatyczne, w dodatku trzeba uważać na te wszystkie szczegóły realiów, jak kształt kolumn, znać mitologię… Strasznie dużo roboty. - Oj tam, oj tam, deprymujecie – żachnął się artysta. – Damy radę, będzie fajnie, zobaczycie… - Gromado, otworzył ktoś okno? – przerwała Aneta, wachlując się otwartą