Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Psychologia · 26 min czytania

Mizantropia - fragment I

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

***

Gromkie brawa zakończyły moją dwu i pół godzinną artystyczno-autystyczną gehennę, definicję klęski, torturę i rodzaj barbarii wyrządzonej sztuce, czystą esencję niewysłowionego bólu oraz cierpienia, jakiego przyszło mi doświadczyć, będąc widzem najnowszego przedstawienia znanego reżysera N. Uradowany upragnionym finałem westchnąłem ciężko, spoglądając z balkonu na dół. Bezkształtna, zdehumanizowana masa podniosła się z miejsc, by uraczyć owacjami na stojąco aktorów narcystycznie chłonących otrzymywane brawa. Osobiście uważałem, że ich gra była znośna, niekiedy nawet ocierała się o dobrą, lecz wciąż niegodna tej najwyższej formy uznania. Skłaniałbym się bardziej ku twierdzeniu, iż drzemiący w nich potencjał został zmarnowany żałosną reżyserią. Spoczywałem więc sobie sztywno, podczas gdy ludzie obok mnie powstali z miejsc, zainspirowani tymi w dole. Najbardziej żarliwie w loży biła brawo elegantka po czterdziestce, znajdująca się w tym samym rzędzie co ja, zaledwie dwa miejsca ode mnie. Spoglądałem na nią z ukosa. Zadbana, ubrana w szykowną i co ważniejsze, wyglądającą na koszmarnie drogą kreację, chuda kobieta z demonstracyjnym zapałem oklaskiwała arcydzieło, przyłączając się do ogólnej aprobaty. Uzupełnieniem jej kreacji była liczna biżuteria oraz mąż, pulchny i stłamszony pantoflarz, tkwiący u jej boku. Z nieco cierpiętniczą miną uderzał dłonią o dłoń, raz po raz zerkając na żonę, żeby upewnić się, kiedy może przestać. Pani zorientowała się, że jest obserwowana. Popatrzyła w moim kierunku i obrzuciła mnie pogardliwym spojrzeniem, potrząsając jednocześnie głową. Uczyniła to zapewne dlatego, że nie ruszyłem się ani o centymetr, by ekscytować się wraz z nią. Zastanawiałem się jedynie, jak ona mogła właściwie zachwycać się tym, co obejrzała, skoro przez całe przedstawienie co dziesięć minut sięgała do torebki po komórkę. Mógłbym ocenić ją niesprawiedliwie i powiedzieć, że nudziła się, sprawdzając ile minut zostało do końca, ale może czekała na wiadomość od rodzącej córki albo od przystojnego kochanka o latynoskiej urodzie, który obiecał ubierając rano bieliznę, że zadzwoni i tego nie zrobił? Odpowiedziałem jej kwaśnym grymasem. Chwilę później pani straciła zainteresowanie moją osobą, powracając do absorbującego przecież klaskania. Najistotniejsze, żeby inni widzieli, jak bardzo jej także się podoba. Musi wyrazić to całą sobą, weselić się promiennie, a to, czego nie zrozumie, dowiwatuje z resztą kretynów. Typowa entuzjastka sztuki wysokiej. Zapał klakierów osłabł, by ostatecznie umrzeć śmiercią naturalną. Aktorzy schowali się za kurtynami a publiczność zaczęła się rozchodzić. Mimo że starali się iść swobodnie do wyjścia, próby drobnego przepychania się przed pozostałych były wyraźnie widoczne. Premiery zwykle bywają okraszone darmowym poczęstunkiem i alkoholem, którego widownia i tym razem nie miała zamiaru przegapić. Siedziałem jeszcze przez chwilę nieruchomo, czekając aż balkon opustoszeje. Gdy ostatni widz zniknął a światła przygasły, rozluźniłem się, usadawiając się wygodniej w fotelu. Sięgnąłem do spodni po papierosy, lecz zatrzymałem się w połowie ruchu, czując że mam kaprys na mentolowego. Te zaś ukryte były w wewnętrznej kieszeni marynarki. Wziąłem jednego i odpaliłem go zapalniczką. Odświeżający, miętowy smak daje ukojenie nadwerężonym zmysłom. Dopiero teraz w samotności mogłem wyciszyć się i odpocząć, uporządkować myśli. To rodzaj psychicznej higieny, niezbędnej po każdym dłuższym kontakcie z ludźmi. Przebywanie z nimi nie daje mi przyjemności, wręcz przeciwnie, męczy mnie. Kontakty międzyludzkie to w znakomitej większości marnowanie czasu, najczęściej są one nic niewartymi gierkami uskutecznianymi jedynie dla zabicia nudy, próbą ucieczki od tak straszliwej dla człowieka izolacji. Ja nie chcę nikogo zabawiać, tracąc energię na nieistotną interakcję. Konwersując na siłę próbuje się utrzymać kontakt, chce się zadowolić rozmówcę, zadając pytania i dzieląc się własnymi emocjami. To jałowe działanie wycieńczające umysł, które utrudnia koncentrację na tym, co jest w środku. Będąc samemu, zaczyna się rozmawiać z nikim innym, jak ze sobą i w efekcie skupiać się na tym, co w nas, nie na tym, co na zewnątrz. Wtedy nareszcie jestem w stanie wydobyć na światło dzienne prawdziwe, głębokie przemyślenia, znajduję odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Niespiesznie wstałem z fotela, odrobinę zregenerowawszy siły. Przeciągnąłem się, po czym opuściłem leniwie zajmowany rząd i wyszedłem po schodach prowadzących na korytarz. Jak najdłużej chciałem cieszyć się tym stanem. W świecie, gdzie chęć przebywania w odosobnieniu często brana jest za dewiację, wyjście bez towarzystwa w miejsce publiczne może rodzić poczucie niestosowności. Odczuwa się niepokój, lęk przed tym, że zostanie się uznanym za kogoś gorszego, za osobę nietowarzyską i bez znajomych. Wirtualna i rzeczywista popularność oraz integracja z grupą w dobie portali społecznościowych piętnują zdrową alienację, wmawiając, że sami nie jesteśmy wystarczająco kompletni i potrzebujemy kogoś, by wypełnił pustkę. Lecz to wszakże pustka stanowi istotę rzeczy. Taoiści doszli do tego, że o realności pomieszczenia stanowi przestrzeń pomiędzy ścianami, a nie same ściany. Kłamstwem więc jest, że przez pustkę stajemy się zdekompletowani. Twierdzący inaczej to osoby, które nigdy nie nauczą się funkcjonować jako odrębne jednostki, nieustannie mieszające swoją jaźń z innymi. Będą przechodzić od relacji do relacji, nie pozwalając sobie na osamotnienie. Zawsze muszą pozostawać z kimś w związku, obojętnie, czy z rodzicem czy partnerem. Robią to, ponieważ tak naprawdę nie lubią przebywać sami ze sobą. Boją się lub nie akceptują tego, kim są. Trzymając na wpół wypalonego papierosa w dłoniach, popchnąłem lekko drzwi od loży. Chociaż przedsionek dzielący mnie od wejścia do głównej sali ma mniej więcej dwadzieścia metrów, słyszałem przytłumiony hałas generowany przez bydło w środku. Bydło, do którego i ja należę, przecież wszyscyśmy członkami zbiorowości megalomanów, którzy myślą, że stworzenie języka, pisma, kultury i cywilizacji czyni nas czymś więcej, niż zwierzętami, podczas gdy, w gruncie rzeczy, zmierzamy do bycia kompostem. Nigdy jednak nie przyznamy się do tego, iż w rzeczywistości nie jesteśmy tacy wyjątkowi. Odarłoby to z sensu szlachetne słowa i wyniosłe ideologie, w które ubraliśmy co brutalniejsze pierwotne instynkty. Przed drzwiami świadomie jeszcze bardziej zwolniłem tempo, zawstydzając niejednego leniwca. Miałem świadomość, że nie mogę odkładać wejścia do głównej sali w nieskończoność, chociażby z konieczności wydostania się z budynku. Otworzyłem zatem drzwi, przygotowując się na kontakt z najgorszym. Pierwsze chwile wśród rozgadanego tłumu, szczególnie po krótkim wyciszeniu, można porównać do bytności dziecka z zaburzeniami sensorycznymi na pięciotysięcznym koncercie jakiejś inwazyjnej muzyki dowolnego gatunku. Zwykle neutralne bodźce zaczynają bombardować spokojnego wcześniej odbiorcę, którego organizm pada ofiarą wzmożonej wrażliwości na dotyk, dźwięk i zapachy, powodując generalne uczucie dyskomfortu. Kiedy obronny stan wycofywania się mija, następuje faza niechęci czy nawet wrogości. Spoglądałem na wystrojoną elitę ze skłonnościami do pretensjonalnych gestów, raczącą się tanim winem musującym. Tanim, bo alkohol kupiony dla trzystu osób nie może być drogi. Obserwując ich, zaczynam rozumieć, co Carl Panzram, seryjny morderca, podpalacz hobbysta oraz gwałciciel z zamiłowaniem do sodomii chciał przekazać, pisząc do stowarzyszenia próbującego odroczyć jego wyrok śmierci: "Jedyne wyrazy podziękowania, jakie wy i wam podobni kiedykolwiek otrzymacie ode mnie za swoje wysiłki, będą takie, że chciałbym, żebyście wszyscy mieli jedną szyję, na której mógłbym zacisnąć swoje palce... Nie chcę się zmieniać na lepsze. Moim jedynym życzeniem jest zmienić ludzi, którzy chcą zmienić mnie, i wierzę, że jedynym sposobem, aby zmienić ludzi na lepsze, jest zabicie ich. Moje motto to: obrabuj, zgwałć i zabij ich wszystkich!" Nie mam wprawdzie za sobą zgwałcenia przez czterech włóczęgów w wagonie pociągu towarowego po ucieczce z poprawczaka ani wychowania w dysfunkcjonalnej, patologicznej rodzinie, jak on. Nie moim udziałem była także krwawa odyseja pełna brutalnych zabójstw i homoseksualnych gwałtów, nierzadko z udziałem małoletnich, dlatego nie mogę całkowicie wczuć się w jego sytuację. Chwytam tylko ogólną ideę eksterminacji. Niezaprzeczalna logika istnieje także w sodomizowaniu ofiar, zwłaszcza mężczyzn. Carl Panzram nie był, jak się zdaje, homoseksualistą, gwałty na osobach tej samej płci miały rozładować napięcie, dać upust frustracji za doznane w życiu krzywdy oraz upokorzyć wykorzystywanych seksualnie. Nazywał to swoim prawem zadośćuczynienia. Osobiście nie odczuwam potrzeby wyładowywania się na mężczyznach w ten sposób, istnieją również bardziej wyrafinowane sposoby na upokorzenie kogoś, niemniej jednak cel Panzrama jest dla mnie klarowny, pomimo całego towarzyszącemu mu wypaczenia. Każdy czasami ma ochotę się kogoś pozbyć. On chciał się pozbyć wszystkich. Mi zazwyczaj wystarczają zachowania pasywno-agresywne, bierny opór. Zazwyczaj. Ledwie wyszedłem z korytarza, gdy podszedł do mnie komicznie ubrany chłopak, chyba pracownik obsługi. Zarówno rękawy jego jaskrawo czerwonej marynarki jak i nogawki spodni były śmiesznie krótkie, niechybnie musiał to być najnowszy krzyk mody. Ukryty za kwadratowymi okularami z grubymi oprawkami nerwowo pocierał nieudolnie wyhodowany zarost, który sprawiał, że wyglądał jak smutne drzewo bez połowy liści. - Proszę Pana, tu nie można palić. - zwrócił mi uwagę wątłym głosikiem, wskazując na papierosa. Patrzyłem na niego nie odpowiadając. Młodzieniec o aparycji eunucha nie wzbudził mojego szacunku, nijak nie czułem się zobligowany do posłuchania go. Z drugiej strony, ten biedak niczym nie zasłużył sobie na złe traktowanie. Nie jego wina, że zamiast dorabiać sobie na roznoszeniu ulotek na ulicy, gdzie bez wątpienia by przepadł, wybrał ambitniejszą pracę w teatrze, gdzie przyszło mu się użerać z takimi jak ja. Kiedy rozmyślałem, w jaki sposób dobrodusznie zgaszę papierosa, spostrzegłem tkwiącą ledwie trzy kroki ode mnie elegantkę z loży. Dziwne, że najpierw ją zobaczyłem miast usłyszeć, poprzednio bowiem sprawiała wrażenie osoby sytuacyjnie głośnej. Trzymając w jednej ręce na wpół wypitą lampkę wina musującego, drugą gestykulowała żywo, chichocząc coś do męża i znajomych. Bez wahania zmniejszyłem dzielący nas dystans i z premedytacją utopiłem niedopałek w jej kieliszku. Nim zdążyła zauważyć nieprzyjazny postępek, a pracownik obsługi zareagować, znikam w gęstym tłumie, chwytając po drodze porcyjkę alkoholu. Mój wybryk nie pozostał całkowicie niejawny. Za zuchwałe posunięcie zostałem nagrodzony uśmiechem dobrze wyglądającej, chociaż nieco demonicznie prezentującej się metalicznie rudowłosej kobiety, na oko w przedziale dwadzieścia pięć - dwadzieścia dziewięć lat, która stojąc z koleżankami przy ścianie najwyraźniej obserwowała całe zajście. Rzucił mi się w oczy jej tatuaż na przedramieniu oraz podkreślone mocnym makijażem oczy. Wydawała się zmysłowa i uwodzicielska, niemalże perwersyjna w swoim jestestwie. Zrewanżowałem się delikatnym drgnięciem ust w górę, unosząc kieliszek w geście wyimaginowanego toastu. Kobieta również podniosła swoją lampkę i wspólnie wypiliśmy odrobinę wina, nie zważając na dzielącą nas odległość. Później oboje wróciliśmy do przerwanych czynności, ona do rozmowy, ja zaś ostatecznie skierowałem swe kroki do wyjścia. Lawirując pośród śmietanki towarzyskiej i słuchając ich gadaniny jednoznacznie stwierdzam erozję tych środowisk. Można by przypuszczać, że skoro istnieją określone kryteria warunkujące dopuszczalność do grona elit, jak na przykład inteligencja według Pareto, to niemożliwym jest, aby do notabli dołączyły losowe osoby pozbawione predyspozycji psychicznych czy innych niezbędnych przymiotów. Randomizacja jednostek przenikających do tego grona skutkuje obniżeniem jakości samej elity. Dochodzi do tego kryzys dotychczas uznawanych wartości i cnót moralnych. Dzisiejszy system aksjonormatywny jest niespójny, przez co nie wskazuje ludziom, jak mają się zachowywać i co sobą reprezentować. Wcześniej to zadanie należało do wyższych warstw społecznych. One dawały wytyczne ogółowi. Obecnie elita nawet nie potrafi określić własnej roli w społeczeństwie - czy powinna kształtować resztę czy też egzystować tylko dla siebie, odcinając się od motłochu. Zmiana pojęcia prestiżu zabiła prawdziwe autorytety, niewiele jest osób godnych naśladowania. W ich miejsce wchodzą rozmaite fałszywe wyrocznie, omnibusy jednego sezonu pogłębiając tylko ogólną degrengoladę. To te i podobne indywidua tworzą obecnie establishment. Umacnia mnie w tym przekonaniu widok obleśnego dziada, który niezupełnie dyskretnie obmacywał młodszą o bez mała dwadzieścia lat kochankę…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%