Psychologia · 1 godz. 6 min czytania
Młodość nie radość (III)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Ale,żes mnie zmęczył, znalazł sie twórca za dychę, to nie jest film akcji,życzę ci aby autor twojego życia też ci tak nieraz dał w kosc, wtedy będziemy inaczej rozmawiali. Dzisiaj smiejesz się ze mnie, ale zastanów się czy sam nie możesz byc bohaterem powiesci. Świat istnieje, o tyle o ile ty go odbierasz, ja wiem, że za rogiem dopóki tam nie wejdę jest nicośc i w twojej pewności, a mojej niewiedzy zasadza sie moja przewaga. Życie to nie jest matrix, to gówniana rzeczywistosc, w którą jestes wrzucony bez próby, aby grac swoją rolę, nie znając nawet tekstu. Wielka improwizacja, życie, jest cudem, że nie zginęło. Tak, marzenia to liryka, zamiary to proza, a codziennosc to dramat.Teleportowałem się do domu, a czemu nie. Mam już dosyc, nie chcę przygód chcę spokoju w pokoju. -Co ci się stało w głowę?- Mama przed domem czekała nieciepliwie, aż syn marnotrawny wróci z dalekich róbieży cmentarnych. No i ma. - Wywróciłem się. - Nie kłam, biłeś się! Piłeś? Powiedz coś. - Muszę do ubikacji. - Nie wpuszczę cię dopóki mi nie wyjaśnisz kilku spraw. - Mamo nie przesadzaj. Zamyśliłem się i zachaczylem o nierówną płytę, a że miałem ręce w kieszeni nie zdążylem ich wyjąc. Wystarczy? - A tyle razy ci mówie, nie noś rąk w kieszeniach. No i proszę, masz za swoję.- W końcu wpuściła mnie, przemknąłem niczym burza, dając upóst w ubikacji targającemu mnie cholerstwu. - Obiad będzie za chwile.- Mama krzyknęła przez drzwi, białe, z zadrapanie pod klamką i w lewym dolnym rogu. Drzwi dosyc ciężkie na dwóch zawiasach, złota klamka, pod spodem zamek, lekko zacinający się. Drzwi, o które kiedys siostra mocno uderzyła głową, rozcinając sobie skórę na skroni i zakrwawiając podłogę po czym plama została do dzis. Lekkie, ze sklejki, docinane na dole bo ocierały podłogę. Zamek często się zacina i wtedy trzeba z całej siły poruszac nim w obie strony, czasem trwa to trochę dłużej. Drzwi mają okienko z porowatą szybą, niepozwalająca dostrzec nic więcej poza konturami osoby i rzeczy. Własne w niej pojawiły się zarysy głowy, która ruszyła żuchwą wydając artykułowane dzwięki. - Idziesz! Zupa już nalana. - Dobrze już idę.- Wszedlem za chwilę do kuchni, usiadłem. Przede mną stał talerz pełen zupy ogórkowej. Oparlem głowę o pięśc. Spojrzalem na taboret, z ikei, sosnowy, nielakierowany, niewielkich rozmiarów, cztery nogi łączone w połowie wysokości dodatkową deseczką wzmacniającą. Wykonany pewnie w jakims kraju azjatyckim przez niskoopłacanego pracownika. Wszystko to można zaobserwowac w zwykłym taborecie, albo wywnioskowac z napisów. Niedrogie meble kuchenne koloru kremowego wypelnialy przestrzenie pod scianą kuchni o wymiarach trzy na pięc metrów. W jednej szafce brakowało szyby, wypadla.Moja mama krzątała się przy piecu, otoczona dokładnie mieszaniną azotu, tlenu, dwutlenku węglą, pary wodnej, zwaną powietrzem. Pary było więcej niz statystycznie, ponieważ powstawała przy spalaniu gazu z butli. Butlę kupowalismy od pana Zdzicha, który strasznie sapał jak ja podawał i starał się nie siadac ze względu na hemoroidy. Sapal ponieważ ngdy nic nie robił i wszelki wysiłek był ponad niego, wiekoszośc czynności wykonywał jego syn. Teraz jednak odsiadywał wyrok i degenerował w zakładzie karnym, a ponadto jego dziewczyna zaszła w ciąże, ale raczej nie z nim. Nie jest prostym połapac się w tym bajzlu, człowiek uporządkował całosc, łącząc w zależnosci. Nie ma samego stołka, jest on czymś w odniesieniu do czegoś, na przyklad do czlowieka. Służy mu za oparcie czterech liter, pupy. Wszystko istnieje po coś, jest z czymś związane, tylko homo sapiens jest kosmiczną sierotą i musi sam nadawac sens swemu istnieniu, aby nie popaśc w totalne otępienie, wymyslił całą kulturę, zorganizował wielce skomplikowane struktury spoleczne. Codziennosc wchłaneła go i mysli, że żyje na prawdę. Pyszałku czemuż to w obliczu klęski stajesz nagi niczym basniowy król, szukając pocieszenia, czepiając się wszystkiego nawet metod absurdalnych, aby podratowały twój system wartosci. Ogólnie wiadomo, że to tylko półsrodek, paliatyw, przytępiający ból. Zjadlem zupę i wyszedlem. W pokoju w małej skrytce pod deską boazerii miałem trawę, jedyne ukojenie. Usiadłem w oknie i ściągnąłem pierwszą chmurę, drugą trzecią, z głośników dobiegała muzyka "15 minut projekt". Pełen luz, obserwowałem ulicę, szło nią dziecko. Ha mały szkrab, ciekawe jakby je zjarac, hehe, hahaha. Śmiech targał moimi trzewiami. Hahaha. - Mały.- Krzyknąłem.- Nie mogę ci wiele dac, haha, bo sam niewiele mam. Hahaha.- Kurwa po co krzyczałem? Haha Spadłem z parapetu, do środka na szczęście, lufka się potlukła,na nieszczeście. Zwijałem się ze smiechu, włączyłem jakis film, nie wiem jaki ale polecam, zabawny jak sam skurwysyn. Bzdury plotę, nieważne, odreagowałem jakos stres i porażki. Efekt końcowy jest nieważny, liczy sie tu i teraz, trzeba by szczęsliwym i zadowolonym z życia. Keep smiling motherfucker. Dewiza moja, dewiza wielu, tych, no i tamtych też. Zasnąłem, denerwuje mnie gdy mam koszmary, ale gorsze od nich jest poczucie pustki. Budzę się i nie przenoszę ze swiata snu do rzeczywistosci, tylko swiadomosc materializuje się, znikąd. Po ockinięciu leżałem jak kłoda, spoglądając w nierównosci sufitu, nie wiem co na nim szukałem, może wskazówki która by się okazała spoiwem w mojej beznadziejnej sytuacji. Spostrzegłem cos, wyglądało jakby palec, pokazywał kierunek. Przewiercał mnie brak ochoty, nie chciało mi się sprawdzic gdzie kieruje. Palenie trawy ma ten minus, że na drugi dzień jestem niczym zdechła żaba, dopiero nagłe spięcie potrafi mną poruszyc, godzinami zawieszony w identycznym położeniu. Znajdowałem się w poziomej pozycji, niczym na obowiązkowej sjescie, potem nagle zerwałem się, bez jedzenia, przebrania, wybieglem na ulicę, gnałem przez wioskę, nic nie czulem, żadnych mysli, oddech, ruchy nóg. Dobiegłem na cmentarz, spocony i smierdzący stanąłem przed bramą. Zatrzymałem się pod drzewem, bardziej z przymusu, nie potrafilem złapac powietrza. Całą klatkę piersiową wypełniał kłójący ból. Rzęziłem sobie tak dłuższą chwile, nie przeszło mi, ale troche sie znudziło. Bez tchu podszedłem do miejsca gdzie zostawiłem rower. Hmm, rozejrzalem się, żadnych sladów. Podejrzane, zauważyłem zwłoki, nie był to obraz przyjemny, jej trzewia rozchełstane po całej płytce chodnika, powierzchnia ciała znacznie powiększona. Grozy obrazkowi dodawało czerwone tło, krew była wszędzię, obraz był straszny, powykręcane kończyny, parodia usmiechu na trzewioczaszce. Smierc wzięła ją z zaskoczenia, możliwe że zrobił to złodziej. Teraz wystarczyłoby, zrobic zdjęcie siatkówki jej oka, odtworzyc komputerowo ostatni obraz jaki spostrzegla i może czegos bym sie dowiedział. Wiem, wiem, wybujała wyobrażnia, ale przyznasz fajnie by było.Kolejna niepotrzebna, niezawiniona nikomu smierc Bufo bufo( ropuchy szarej) Z braku laku, posłużyłem sie dostępnym mi sprzętem. Prowadnicą rombową obróciłem zwłoki, następnie nieuzbrojonymi soczewkami zlustrowałem jej podbrzusze.Oczywiscie nic mi to nie dalo, wyrzuciłem kijek i skierowalem swoje spojrzenie na piękny grób. Podszedlem, grób był okablowany, z czujnikami w róznych miejscach. Nalepka na kancie informowała, że obiekt jest chroniony. Mój zmysł obserwacji podpowiadal mi, że przypadek ropuszki i grób są w jakis sposób powiązane, dążyłem do odkrycia tego zwiąku. Obszedlem mogiłę, piękny marmur, za pomnikiem figura, rycerz w charakterystycznej zbroi dzierżący lancę w prawej dloni, galopujący na wiatrak. Mój podziw, nie przybliżał rozwiązania sprawy obszedlem pobliskie groby. Były już mniej znaczących ludzi, dużo figur, kilka ruchomych, kilka ukradzionych. Suche liscie, resztki kwiatów grały pod stopami żałobna piesń, a małe zawirowania powietrza niczym ręce wielkiego Dj--a miksowały melancholijnie, w powietrzu kluczyły gęsi zbożowe. Cmentarz znajdowal się na wzgórzu, na szczycie kostnica, na zboczu klienci. Okrążyłem wzgórze. Eureka, ktos krzątał się w pobliżu, kobieta, starsza. Polerowała płyty, co wydało mi się podejrzane. Wszystko moglo byc wskazówką, czyli do wszystkiego trzeba podchodzic z należytą ostrożnoscią. Z kwadrans obserwowalem ją, pewien, że mnie nie spostrzegła, byłem w błędzie. - Tu nie ma nic do oglądania. Groby są strzeżone, więc nie próbuj sztuczek.- Akcentowala mocno jednoczesne wodząc, niby przypadkiem, palcem po moherowym berecie. - Ja nie na groby. - To na co? - Szukam wskazówek. - Wielu już takich było, nic tu nie znajdziesz. - Mimo to spróbuje. - To nie jest odpowiednie miejsce, idz sobie.- Babcia zrobila nagle salto lądując tuż przede mną, zdążyłem tylko zarejestrowac szum jej długiej spódnicy. Chwyciła mnie za szyję swą żylastą dłonią, pokazując grożnie niepelne uzebienie, wycharaczała: - Odejdż, albo giń. - Nie odejde.- Odpowiedzialem pewien siebie, momentalnie zostałem odrzucony lekko do góry. A babuleńka wykonała obrót i spod startej spódnicy poczestowała mnie solidnym kopem. Upadłem pokracznie, tracąc rezon. Obudzila we mnie jednak wolę walki, wskoczyłem na nogi. Ustawiłem się w pozycji bojowej, stopy w ksztalt litery T, jedna ręka wyciągnieta, druga przy twarzy. Wyciagniętą dłonią zaprosiłem ją, żeby atakowała: - Starsi maja piewszeństwo.- Poprawiła nakrycie na głowie i wystartowała. Wszystko dokladnie rejestrowalem, ruch powietrza opływającego jej strudzone ciało, falowanie chust, swetra z dziurą pod lewą pachą. - Giń szaleństwo młodosci.- Zaskoczyla mnie sierpowym ciosem w skroń, ogluszony staralem sie trzymac pozycję. - Giń nieodpowiedzialnosc.- Drugi cios przedarł się przez moją śmieszną gardę godząc w podbródek. Chwiejnie, ale stalem. - Giń zepsucie. -Schwyciła mnie za barki, z biegu chciala moją glową wylądowac na pniu klonu. - Giń zrzędzenie.- Przyspieszylem nogami, wbieglem po drzewie robiąc salto. Po wylądowaniu ugodzilem ją łokciem w twarz. - Giń strach przed nowym.- Kopnąłem ją w tył kolana, uklekła raptownie niczym rzucona kukiełka. - Giń dewocjo zgrzybiała.- Kopniakem z biodra w skroń, wyekspediowałem ją w powietrzną podróż pełną obrotów. Wylądowała na granitowym monumencie. Chciała się jeszcze podniesc, niewiarygodne, zmarszczyła jeszcze bardziej przeorane bruzdami czoło. Po chwili wyleciał we mnie taboret. Zrobiłem unik, przemknął tuż obok, poczułem lekki wietrzyk. Gdy obrócony,w kierunku lotu pierwszego pocisku, zastanawiałem się skąd się wziął kolejnym dostałem prosto w skron. Twarde dębowe drewno starło sie moją czaszką. Także upadłem, a upadek był mój siermięzny, soczysty w swym bezładzie. Niczym Jezusa gwozdzie do krzyża, tak mnie grawitacja do nagrobka przykuła. Pomysłałem, że chciałbym w nią krzesłem cisnąc i to pomyslane krzesło już w jej strone zmierzało. Obroniła się dwoma taboretami, pomyslałem fotel ciężki skórzany, nie starczyło jej taboretów. Przygnieciona, zmiażdżona, zza czarnej skóry wyekspediowała sofę. Fotel tylko nieznacznie zmienił jej tor lotu, wiedziałem, że tracę przewagę pomyslałem szybko narożnik. Odpowiedziala zestawem jesionowych mebli. Zasmiałem się, na mysl, a ona pomyslana weszła w życie- ogromny stół do jadalni, wraz z topornymi krzesłami. Krzesla torowały drogę, przez komplet, aby stół mógł ugodzic w czułe miejsce. Zaskoczyła mnie sypialnią i łóżkiem wodnym. Ripostą była kuchnia, wraz z montażem. Wojna trwała w najlepsze, zarówno ja jak i ona wiedzielismy, że nie możemy przestac. Nasze płody muszą byc coraz lepsze, grozniejsze, skuteczniejsze. Wiedzielismy, że zwątpienie oznacza kapitulację. Wtem przez ogromny młyn mebli, przemknął niezauważony, skromny i mały taboret. Dostałem w głowę, znowu. Przegrałem, nie pomyslałem żeby wyrwac się ze schematu. Pogrążył mnie ołowiany taboret. Genialne w swej prostocie. Nie wiem jak długo leżałem. Obudziłem się, babcia stała nade mną, nie bylismy już wrogami. Nasz stosunek zmieniła walka, ja byłem przegrany i cokolwiek bym uczynił nic nie zmieniłoby tego faktu.Nastało niezręczne milczenie, staruszka dokustykała do grobu. Leżałem niewzruszenie, czas biegl nieubłaganie. Spoglądając przed się, powiedziała ze wzgardą: - Skoro tu jestes jeszcze, to pomóż mi z tymi doniczkami. Albo nie, wez zza kubłów rower, ktos wczoraj zostawił. Nie chciałam aby go ukradli i schowałam go, zaprowadz na komisariat, ktos się zgłosi.-Rzeczywiscie, to byl rower, mój rower. - Dzięki. - Znaj łaskę pani. Schwyciłem kierownice, i całą masą wciskalem się w pedały. Koło szarpało zrywami po kostce, aby po chwili ustabilizowac swój okrężny ruch przypruszony szczyptą jednostajnego buczenia. Jazda na rowerze, wielka zagadka dwóch pedałów. Co jest w tym jakże prostym urządzeniu, że od dziesiątek lat fascynuje, absorbuje, zmienia się, ale ciągle jest ten sam? Ja nie wiem, tak tylko pytam. Mknąłem polnymi drogami, po kamieniach wystrzeliwujących spod bieżnika. W zakręty wchodziłem na pełnej prędkosci, miejscami wystawiając nogę, niczym motocyklista. Zabawne, tyle radosci z odzyskania tego oto górala. Z czołem zroszonym potem, rozgrzany, dyszący, z piekącymi udami wjechalem do bramy naszego podwórka. Postawilem stracony-odnaleziony rower na swoje miejsce i udałem się do łazienki, jakżeby inaczej, zajętej. Wrócilem na podwórze, moją atencję zwrócił krzyk na podwórku sąsiada z naprzeciwka. Oparłem się o bramę i podziwialem typowe pożycie małżeńskie. - Ty pijany skurczybyku.- Kochająca żona. - Uważaj do kogo mówisz, kilka piw, a ty robisz z tego wielkie halo.- Potulny mąż, abstynent. -Wiem do kogo mówię, alkoholika, czy ty tego nie widzisz? Zacznij się leczyc. Za kogo ja wyszłam. -Za urzędnika,ha ważnego. Kto ciebie utrzymuje, nawet nie wiesz jaki jestem ważny! Z kilku piw robisz wielką aferę. Co ty ode mnie chcesz? Czy uderzyłem cię kiedys? - Co to ma wspólnego... - Odpowiedz! - Nie, ale... - No widzisz jakim jestem dobrym mężem. Każda by chciala miec takiego, tylko tobie zawsze nic nie pasuje. Pracuje, pomagam ci przy dzieciach... - Nie wytrzymam, pomaga przy dzieciach. Ty wiesz wogóle, że masz dzieci? Do której klasy chodzi Ania? - Do czwartej. - Do szóstej imbecylowaty pijaku, nigdy nic nie robisz. Przychodzisz nawalony z pracy kładziesz sie przed telewizorem i koło północy idziesz do łóżka. Jestes pieprzonym zadufanym megalomanem. Potrafią tak godzinami, Pani Kowalska nie widzi prostego rozwiązania. Rozwód, niby taka prosta decyzja, a ile determinacji wymaga. Codziennie łudzi sie, że w końcu cos sie zmieni, chociaż w głębi serca zdaje sobie sprawe że wszystko jest stracone, a im szybciej sie rozejdą, tym lepiej dla niej i dla dzieci. Tylko trzeba potrafic powiedziec: koniec, niby proste, ale jakże skomplikowane. Ja też mialem swój problem, ojciec, moje przekleństwo. Gdy bylem mały, chciałem byc taki jak on. Szybko jednak fasada opadla, a w jej miejsce wtargnęła proza dnia codziennego, jego aktorstwo, kłamał sam niezdając sobie sprawy z tego jak czesto. Jako mały chłpoczyk potrafiłem sobie to wytłumaczyc, ale raz miarka się przebrała. Gdy dostałem pieniądze z ubezpieczenia ojciec doradził mi, żebym sobie kupił grę telewizyjną, to było bodajże w czwartej klasie. Gra jak to gra, popsuła się, ja tak bardzo jej nie chciałem, ale uległem, a tu taki zonk, zero z grania. Pojechalismy na targ do faceta i ojciec mu tłumaczył, że on uważa takie gry za jedno wielkie badziewie, od początku był przeciwny jej zakupienia, ale mały się uparł. W tym momencie przestałem słuchac i rozpłakałem się, tak oczywiste dla mnie kłamstwo przeszło przez niego niezauważone. Stałem się kolejnym dzieckiem, które za wszelką cenę chce postawic na swoim i upiera sie przy awaryjnej grze. Kupa gówna i tyle. Mialem dlugo problem, chciałem byc zupelnie inny, odciąc się od niego. Ale to doprowadzało do całkowitej negacji jego osoby, bez względu na to co robi, czyli z góry zakładalem cos, czego nigdy nie mozna byc pewnym. A on zawsze też szafowal sądami na lewo i prawo, bez żadnego potwierdzenia, czyli kontestując jego osobę stawal bym się jemu podobny. A przyjmując jego postawę stalbym się po prostu nim, jeszcze gorzej, straszne, czemu wszystko musi byc tak skomplikowane. Cale moje życie nie jest zamknięte w sobie, ale odnosi sie do niego, cokolwiek zrobiłem, robię i zrobię, nie będzie mialo znaczenia bez odniesienia do jego osoby. Cos o czym chce zapomniec stało sie cezura mojego postępowania. Chciałbym się pozbyc tego genetycznego balastu, tego znamienia na czole, przekleństwa. Patrzec w lustro i widziec mnie, a nie nos dziadka, oczy mamy, włosy ojca, czoło wujka, cerę babci, parodystyczny kolaż, w którym niewspółgrają elemnety tworzące, jedne wpychają się nad drugie, przedrzezniając się. Chciałbym byc człowiekiem bez przyimków, samym w sobie, byc kowalem swojego losu i wizerunku, samemu otwierac formę. Sąsiedzi schowali sie do swojej nory. A ja rozejrzałem się dokoła,gdzie rozkwitała paletą kolorów złota polska jesień, szum drzew szumiał nadejscie zimy, trzepot ptasich skrzydeł otrzepotywał nadejscie zimy, zima oznajmiała swe nadejscie w każdym możliwym detalu. Znowu nadchodzi depresyjna pora, długie wieczory, nuda, paliatyw kontaktów międzyludzkich, telewizja. Mineło popołudnie, nastał mrok, minęła noc, poranek, dzien swięty. Hosanna, Kosciół, zgrzybiala instytucja,kosciół- targowisko próżnosci, rewia mody, salon samochodowy...Jak zwykle spózniłem się, trochę niedobrze, tym bardziej, że mialem czytac modlitwę wiernych. Usiadlem niczym dojrzały kołtun w garniaku, w pierwszej lawce. Kolega się mnie pyta: - Kurcze nie bylem u spowiedzi, a wypadałoby isc do komuni. Idziesz? - Nie spowiadalem się.- Nawet komunia ostatni bastion duchowosci, prawdziwa swiętosc profanowana jest z tak banalnego powodu, bo nie wypada nie isc. - Chodz co ci szkodzi. - Dobra.- Walcze z pozerstwem, ale sam gram. Nie cierpie tego najbardziej gdy sam oszukuje, lamię własne zasady. Truchtałem w sznurku ludzi głodnych ciała Chrystusa, pchanych czystą wiarą, z czystym sumieniem proszących Boga o umiłowanie i łaskę. Przyszla moja kolej, nie mogę. Tuż przed wyciągnietą ręką księdza obróciłem się na piecie i ku zdumieniu wiernch wyszedłem z koscioła. Wracając do Koscioła, jeden z warunków spowiedzi mówi, że niezbędne jest mocne postanowienie poprawy. Posłużę się przypowiescią: Znajomy spoglądając w lustro, postanowił sie odchudzac. Wkrótce póżniej zapał go opuscił, ale by sytuacja się nie powtórzyła obrócił lustro. Jaki z tego morał? Wydaje mi się, że wiele takich luster odbija ciemnosc sciany, stwierdzam tak po obserwacji wnikliwej tylko kilku przypadków. Również zadoscuczynienie budzi pewne moje wątpliwosci, natury praktycznej, ja wywiązalem się z tego...Hmm, niech policzę na palcach jednej ręki, kurcze caly czas mi zostaje pięc. Tak, tak nie jestem przykladem, ale jakos z tym żyję. Gdy dochodziłem do auta, dobiegl do mnie zdyszany kolega. - Kretynie cos ty zrobił? - Wyszedłem.- Spokojnie odpowiedziałem. - Wiesz jak to wyglądało? - Wiem, wiem, nie ogoliłem się. Zaraz, zaraz po co ty wyszedłes? - Nie wiedziałem o co biega, więc poszłem za tobą. - No to rzeczywiscie głupio wyszedłes, a i jeszcze jedno.- Dodalem wciskając się w przerdzewiale objecia malucha. - Co? - Poszedlem. - He? - Mówi sie poszedlem, nie poszlem. - A wez spieprzaj. - No, do zobaczenia. Nie dołuj się, inflacja jest niska a bezrobocie spada. - Zatrzasnąlem drzwi, otworzyly się, zapomnialem, trzaśniecie musi byc z przytrzymaniem, inaczej drzwi odbijają się. Powtórne wykonanie tej czynności dało pożądany efekt. Przekręcilem kluczyk w stacyjce, stukot panewek za moimi plecami wyrażał względną chec jazdy tych wysłużonych dwudziestu kilku koni. Ja jednak bezlitośnie wbiłem jedynkę i pognałem na złamanie karku ile fabryka w Tychach dała. Muszę przyznac, że niewiele tego dała, bo 83 km/h to nie jest zawrotna prędkośc. Ja jednak zatapiam się w ryku silnika zagluszającym radio i gnam przed siebie z myślą, że przy takiej prędkości szerszeń z osiem litrów wezmie na stówę. Dojechalem do domu, mama zdziwiona spytala się czemu tak szybko. Coś odburknąłem i poszedlem do siebie. Zawołała mnie na obiad, posłusznie przyszedłem wsadzac łyżki pysznego rosołu do ust, przyprawiając go wczesniej solą, pieprzem, maggi. Nie byłem głodny, to było przyzwyczajenie, godzina na obiad, trzeba go zjesc. - Co było w kosciele?- Mama spytała. - To co zawsze. - Co dzisiaj będziesz robic? - To co zawsze, planowac jak opanowac swiat. - Spowazniej kiedys. Ja jadę do mamy, jak chcesz to choc. - Nie dzięki, swiat tam się kończy. - Nie przesadzaj. Zwykła przyobiednia rozmowa, wymienialismy sie jeszcze zdawkowymi uwagami na rózne tematy. Zle to nazwałem rozmowa, raczej wypelniacz czasu, któremu trzeba uczynic zadośc przebywając wśród ludzi. Po obiedzie poszedlem do koleżanki, tylko koleżanki. Lubie z nią rozmawiac, ona ze mną też. Moge słuchac godzniami o rzeczach które z reguły mnie nie obchodzą, o kosmetykach, jej koleżankach, co jadła. Wiem o niej wlaściwie wszystko, ale dalej mi malo. gdy od niej wychodze wkurwiam się na swój wygląd, ona jest jak marzenie, a charakter niczym aniol, ale nie chce, kurwa trudno. Raz wracając od niej doszedłem do ogólnego wniosku, że cała cywilizacja opiera się na oszustwie. Wszystko jest czynione, aby nie poznac prawdy, zatuszowac ją. Ludzie starają się czarowac rzeczywistosc, aby zmienic stan obecny, albo jego wyobrażenie. Powstała osobna gałąz nauki zajmująca się tym - marketing, cały przemysł kosmetyczny, gałąz medycyny, oszustwa utrzymują ogromną rzeszę ludzi. Ogromna machina zaczarowująca swoich klientów, produkty, pacjentów, w tym tylko celu aby kogos innego oszukac, "przekonac". Nikt nie chcę pokazac swej prawdziwej twarzy, przekłamywana jest waga, wiek, wykształcenie, wiara. Po to tylko aby się sprzedac, byc na górze, trendy. "Król jest nagi", tylko nieprzesiąknięte społecznym zakłamaniem, dziecko zdołało pokazac ludziom jacy są głupi. Szata była własnie w tym wypadku niewidoczna dla ludzi mądrych, a głupcy hurmem utwierdzając swoją ograniczonosc potwierdzali walory wizualne wydumanego przyodziewku dumnego króla. Tak oto basn najlepiej tłumaczy kim jest człowiek, blagierem, kanciarzem, przekonanym o swej wiedzy, butnym intelektualistą. "Naiwne" dziecko osmieszyło całą ludzkosc. Historia jest pełna przypadków w których etykietka, przylepiona do zdarzenia, lub osoby może czynic cuda.Krucjaty niosące krzyż i wiarę, hasła miłosci blizniego były strasznym barbarzynstwem. Hitler, miał zrobic w Niemczech porządek, dlatego został wybrany, a podmuchy jego miotły zawirowały powietrzem aż za granicę Europy. Komunisci, władza miała należec do ludzi, hasła równosci dla wszystkich, chyba nigdy więcej nie były tak dalekie do spełnienia. Kłamstwo niczym chleb powszedni, stało się nieodzownym atrybutem życia, nie karcę go jednak tylko pokazuje palcem, aby byc tego swiadomym. Wygląd, rezultat połaczenia w róznej kolejnosci czterech zasad azotowych, stanowiący pół ojca i pół matki. Efekt końcowy bardzo przypadkowy, a jak gromną wagę przywiązuje się do tej cechy. Kobiety oszukują mężczyzn, a same lecą na przystojnych idiotów, po tylko aby pózniej zadawac sobie pytanie dlaczego z takim zerem. Czemu nie zadają sobie tego wczesniej, gdyby bardziej zwracano uwagę na piękno wewnetrzne, cała ludzkosc byłaby o krok przed stanem obecnym. Nie neguje oczywiscie urody, neguję urodę samą dla siebie, bez żadnego zaplecza intelektualnego. Wygląd stał się przepustką, do show-biznesu, polityki...życia. Raz byłem swiadkiem w miescie, przed wyborami szła sobie rodznia wzdłóż sciany obklejonej plakatami kandydatów na posłów. Prowadzili przy tym rozmowę: - Może ten? - Nie, taki zgred. - A ten? - No spoko, ale widac trochę cwaniak. Wybierali na kogo głosowac z plakatów. Co za kretynizm, czyli każdy obdarzony urodą może byc politykiem w Polsce. Nieważne poglądy może byc faszysta, rasista, ale na zdjęciach, żeby sprawiał sympatyczne wrażenie. Widocznie dlatego jest tak jest choc byc mogło lepiej. Kamilę poznałem na dyskotece, w swietle stroboskopów wyłoniła się z mglistych oparów, nawiewanych na salę falami z małych pudełek o nieznanej mi nazwie. Od razu zwrócila uwage, utkana ze mgly, powoli materializowla sie przede mną, a fale omywaly jej ciało. Stanęła obok i poruszając niespokojnie głową rozglądała się. Przysunąlem się, z przylepionym usmiechem, wstawiony zawsze sie usmiecham. - Tutaj jestem. - Co?- Cholerny hałas nie pozwalał na normalną rozmowę. - Jestem Józek. - A ja nie. - Kurcze, to lipa. A jak masz na imię? - Kamila. - Ładnie, kogo szukasz? Może ci pomóc? - Tak, nie przeszkadzaj. - Jak będę przeszkadzac to powiedz, nie lubie byc nachalny. - Powoli od darcia się brakowało mi głosu. - Przeszkadzasz. - Już? Kurcze, wiedziałem, że nie powinienem przestawac trenowac w koszykówkę. To się bardzo w życiu przydaje. - Do czego. - Nie dostaje sie tyle koszy.- Udało się, rozbawilem ją. To był nasz początek i na tym etapie utknelismy niczym statek na mieliznie. Jakoś z tym żyje, jednego tylko nie znosze, gdy mówi, kto jej się podoba. Nie rozumiem tego, super dziewczyna, a nie potrafi znależc sobie normalnego faceta. Uważam, że robi ten błąd iż kieruje się w znacznej mierze wyglądem, i zachowaniem na początku. Każdy koleś ma swój styl, parę grypsów, którymi czaruje dziewczyny na poczatku znajomości, a potem w wielu przypadkach dopiero wychodzi kim jest na prawdę. Kamila wlaśnie się na to nabiera. Może to sie wyda śmieszne, ale raz taki kutas ją olał tuż przed tym jak ja przyszedlem. Niechciala ze mna rozmawiac, ale się przemogla, wyrzucila wszystko z siebie i razem poplakaliśmy sobie, ona z jego powodu, ja ze swojego nieszczescia, którego przyczyna siedziala przede mną. Czulem sie strasznie, obiekt moich marzeń znajdowal się na wyciągniecie dloni, a ja nic nie potrafilem zrobic, aby sprawic, żeby poczula się lepiej. Nie potrafię pocieszac, zawsze wydaje mi się, że i tak wszyscy mają lepiej, to ja mam dużego guza przysadki. Nie potrafię komuś powiedziec, żeby się nie martwił, błahośc problemów w większości mnie paraliżuje. Z nia bylo podobnie, jestem w niej zabujany, zakochany, zauroczony nią, ale nie potrafię jej pocieszyc. Moge ewentualnie licytowac się na nieszczęscia, o na tym polu mam solidny dorobek. Raz chcialem porozmawiac o swoich problemach z księdzem przy spowiedzi, o mojej niepewnosci w wierze, wątpliwosciach. Gdy skonczyłem spowiednik zdumial się bardzo, rozumiem go, siedzi w swoim kiosku i wysłuchuje ludzi, cos im tam powie z reguły wszystkim to samo, ewentualnie modyfikując framenty pod cięższe lub lżejsze przypadki i robota z glowy. A tu masz przyszedl jakiś watpiący, a idz gdzieś do jakieś bractwa modlitw i szukaj wiary. Tak to w prosty sposób zostałem pozbawiony złudzeń, nie można sobie pozwolic na zwątpienie, bo za tobą stoi kolejka klientów, oczekujących w niemym otepieniu na puknięcie w konfesjonał. Czułem się niczym petent u urzędnika: - Rozumiem pana K.,ale brak podania i sprecyzowanego problemu.- Odszedłem, w przyciemniałą aurę wielkiego tygodnia, aby wskoczyc na wysłużone siedzisko, przymocowane do podłogi starego Autosana. Ale zbaczam z tematu, własnie dotarłem do domu Kamili. Nacisnąłem dzwonek, cisza, nacisnąłem ponownie, cisza, znowu. Wiedziałem, że jest w domu. Podszedłem pod okno jej pokoju. Wrrrrrrrrr, wwrrrrrrr, tatataaattaatata wrrrr. - Kurwa.- Mój telefon zawsze odzywał się w niewłasciwym momencie. Spojrzalem na wyświetlacz, super kolega biznesmen. Oddaliłem się od Kamili do domu aby nie byc zlapanym w tej nienormalnej sytuacji. Odebrałem . - Slucham cię. - W końcu, to jak zgadzasz się? - Hm, daj mi chwilę do namysłu...nie. Nie zrezygnuje z moich pieniędzy bo tobie się tak ubzdurało. - Nie ubzdurało, prawo rynku, jeżeli nie ty to kto inny bedzie robic za te pieniądze. - Tak oczywiście, powiem ci tylko tyle pierdol się i wypchaj sie tymi zasranymi pieniędzmi.- Rozłączylem się, tak to jest nie pracuj nigdy u kolegi, przynajmniej nie tak ograniczonego. Poszedł na studia liznął trochę wiedzy ekonomicznej i wydaje mu się, że jest oryginalny. Postanowił mi zredukowac stawkę o około 25% i czeka na moją odpowiedż. Wrrrr tata wrrrrr, znowu on. Odebralem - Zachowujesz się nieprofesjonalnie. Nie mam na to czasu. - Wiem zachowuje się emocjanalnie bo mam chyba jeszcze jakieś prawa i z niego korzystam rozłączając się z tobą. - Jaka jest twoja decyzja? -Tak, oczywiście zgadzam sie, jestem kurwa wniebowzięty, tnij mi jeszcze, bo mam dreszcze. - Podoba mi sie twój sarkazm, pomyśl jednak że dzieci w indiach zarabiają kilka dolarów za cały dzień charówki. - To sobie przywież kilka, może znajdziesz jedno które będzie myślec za ciebie bo ci to nie wychodzi. - Przesadzasz. - Wiem, wkurwiasz. - Siła wyższa. - Człowieku siła wyższa, wiele słyszalem w życiu bzdur, ale w tym momencie ty bijesz wszystko. Siła wyższa? Chcesz żebym robił na ciebie, oprócz tego że normalnie tak jest to z moich ochlapów jeszcze chcesz mnie odrzec i po co? Żebyś mial na paliwo, na jedzenie w macu, jaranie i inne twoje zachcianki. A po co dokładnie, po to, zebyś mógł póżniej powiedziec gdy wydasz moje pieniądze, że to nie zasługa rodziców. Oczywiście, kurwa że ich w życiu nie zrobisz interesu sam bez rodzicielskiego parasola, bo do tego trzeba korzystac z mózgu. Zgadzam się, zadowolony?- Rozłączyłem się. No i mam zrytą psychę, nie chcę z nikim rozmawiac, bo moge powiedziec coś czego bym żałował, to chyba normalne. Wrócilem do domu, wziąlem rower i ruszyłem w las. Wracając do normalności, jak ją zdefiniowac? Norma to bycie podobnym do innego, naśladowanie go? Jeżeli tak to nie ma ludzi normalnych. Rozumiem to, że normą jest bycie sobą, indywidualnością niepowtarzalną. Jeżeli to jest prawda to doszedlem do paradoksu, że innośc jest normalnością. Jeżeli innośc, czyli i dla obłąkanych znajdzie sie miejsce w tej misternej układance. Kolejny wniosek, nie, nie. Starczy. Trzeba korzystac z chwili, bo skoro zadzwonil to jutro trzeba isc do pracy. Z trudem szła mi jazda stojąc na pedałach całym ciałem na nie napierałem, nic to jednak nie pomaga gdy jedzie się pod wiatr. Tak, długo jade już pod wiatr, na razie nie widac, żeby mial on zmienic kierunek. Można poczekac, albo próbowac robic swoje, w tej chwili wybralem drugą opcję. Ściana lasu wchłonęła mnie, otaczając zgniłą zielenią starych swierków. Podmuchy nie dawały sie już tak ostro we znaki, rozpędziłem się korzystając z chwili, góral podskakiwał na nierównosciach trasy, skręciłem gwałtownie w prawo. Podłoże zmieniło się z twardego, w piasek. Przednie koło ugrzęzło. Wyleciałem przez kierownice, niczym skoczek z progu. Upadłem na ręce, fortunnie amortyzując siłe poprzez przewrót do przodu. Wylądowalem na plecach, w miękkim moglo się wydawac piasku. Nie był taki miękki do końca. Raczej nic sobie nie zlamałem. - W końcu cos mi sie udało.- Powiedzialem do siebie. Dopiero wylądowałem, a z boku usłyszałem odliczanie: - ...trzy, cztery, pięc, szesc, siedem. W normie.- Piotrek, były chłopak siostry. Właśnie mierzył sobie puls.- -Cześc, ale mnie przestraszyłeś tym wpadnięciem swoim. Co ci się udalo? Jeżeli udało ci sie wywrócic to wolę nie wiedziec co ci nie poszło. - Co porabiasz? - Zbieram pozytywną energię z brzóz. A tylko w szczerym lesie można znalezc niesplugawione cywilizacją osobniki.- Ma bzika na punkcie zdrowia, dosyc oryginalny typ. Większośc doprowadza do śmiechu, ale ja go lubie. Mimo presji zawsze jest sobą, nie ugina się i ciągle walczy narażając się na kpiny i alienację. Typ Don Kichota walczącego z ogromną machiną przemysłowej produkcji pożywienia, ubrań wykonanych z sztucznych tkanin i innymi demonami. - Nic ci się nie stało? - Nie takie przewrotki to dla mnie bulka z maslem. - Przejdziesz się ze mną? Już idę do domu, z kimś zawsze rażniej. - Jasne, jak proces słyszalem, że przegrałeś. - Tak, sędzina stwierdziła, że to jest kpina. Pozwac kogoś za jeden środek konserwujący, ale jeżeli kupuje jedzenie z napisem bez konserwantów, to oczekuje, że napis odpowiada rzeczywistości. Nie uważasz? - Raczej tak. - Pamiętasz jak ci tłumaczylem, żebyś ograniczal ilośc spożywanego mięsa? Niedługo to nie będzie wybór, ale koniecznośc. BSE wzięło się ze złamania odwiecznych praw natury, roślinożercy jedzą rośliny. Oczywiście przez miliony lat tak było, ale pózniej naukowcy przez małe "n", wymyślili mączkę mięsno-kostną . Teraz ptasia grypa, niby do opanowania. Jednak ja wiem, że jeżeli jest coś do spieprzenia, to ludzie to spieprzą, bo inaczej nie byliby ludżmi. Ciekawe co będzie następne. - Perspektywy różowo nie wyglądają. - Różowo? Człowieku, w obiegu jest 7 milionów związków chemicznych, gros z nich kancerogenne, mutagenne, tylko nie ma możliwości tego sprawdzenia. Anomalie pogodowe, przeludnienie, pustynnienie, topnienie lodowców. Świat nie czeka armagedon, koniec świata przybliża się z każdym uderzeniem serca. Co czwarta osoba zachoruje na raka, resztę czeka śmierc glodowa, a to są tylko niektóre z zagrożen. - Ale czy myślisz, że twoje postępowanie coś zmieni? - Zdaje…