edukacja · 9 min czytania
Młynek
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Młynek (Świąteczne opowiadanie szachowe)
Pewnego zimowego wieczoru, gdy gwiazdy na niebie migotały jak diamenty, a śnieg opadał delikatnie na zamarzniętą ziemię, sędziwy staruszek, otulony ciepłym kocem, zasiadł w bujanym fotelu, skupiony na widoku migoczącej kolorami choinki. W jego oczach błyszczały wspomnienia, a dłonie delikatnie pieściły drewnianego konika szachowego.
Przez okno wpadały srebrzyste promienie księżyca, oświetlając iskrzące kwiaty mrozu na szybach. Drzewa w pobliskim lesie, otulone zimowym puchem, wydawały się promieniować własnym, enigmatycznym blaskiem. Światło choinki tańczyło na ścianach, komponując kalejdoskop migoczących refleksów. Z oddali dobiegało skrzypienie śniegu pod stopami przechodzących spacerowiczów, a dźwięki nocy, jak szelest gałęzi czy odgłosy nocnych ptaków, dodawały tej scenerii jeszcze większej urody. Świeżość wiejskiego powietrza sprawiała, że sędziwy staruszek czuł, jak ziemia oddycha spokojem zimy, a każdy jego oddech przypominał mu o magicznych chwilach, które miał okazję przeżyć w długim i barwnym życiu.
Skrzypienie i trzask palącego się drewna w kominku, ogniki migające na lustrach i suficie dodawały wnętrzu chaty ciepła. To wszystko sprawiało, że świąteczny nastrój nabierał szczególnego uroku, przywołując obrazy z dzieciństwa w tym mroźnym, wigilijnym wieczorze spędzanym w rodzinnym, kochanym gronie. Choć senior był już trochę zmęczony kolacją i kolędowaniem przy akompaniamencie pianina, wnuczek zapytał:
-Dziadziusiu, pamiętasz swój najpiękniejszy moment w życiu?
„Ach, jak wiele lat minęło od tamtej magii” - szepnął do siebie sędziwy staruszek, a światełka choinki tańczyły jak elfy wokół niego. Zanim zegar wybije północ, a rodzina uda się na pasterkę, postanowił opowiedzieć 6-letniemu wnuczkowi o swoim najpiękniejszym szachowym dniu. Zamknął powieki i oczami wyobraźni ujrzał siebie sprzed lat. I zaczął swoją opowieść.
x x x
Część 22 / 2
Dawno temu, w małej chatce na skraju lasu, żył chłopiec imieniem Olek. Jego dni były pełne prac w polu i uroków wiejskiego życia. Jednak to, co najbardziej fascynowało chłopca, było skarbem przechowywanym pod strzechą domu – starym szachowym zestawem, który jeden z domowników przywiózł z dalekiej podróży. Fascynowały go te figurki i męczył rodziców każdego dnia:
- Pokażcie, jak w to grać. Dam radę. Zobaczycie.
I rodzice codziennie wtajemniczali Olka w cudowny świat 64 pól. Pokazywali, jak walczą dwa wojska i jak król wroga zostaje pojmany. Chłopiec zapałał miłością do tej niezwykłej choć arcytrudnej gry, a szachowa plansza stała się jego własnym magicznym królestwem.
Lata mijały, a Olek stawał się coraz mądrzejszym graczem. Z każdym posunięciem odkrywał nowe zakamarki szachowej krainy. Rodzice wozili go na turnieje i z dumą obserwowali, jak ich mały chłopczyk ogrywa przeciwników większych od niego, a w domu kolekcja dyplomów, medali i pucharów zajmuje coraz większą przestrzeń.
Aż nadszedł ten pamiętny dzień, w którym 16-letni Olek miał możliwość zmierzenia się z najlepszymi na świecie nastolatkami. Awansował do turnieju o Mistrzostwo Świata! Turniej był systemem "każdy z każdym", a partie tak wyczerpujące, że nawet luksus hotelu - basen, bilard, przestronne, z wygodnymi łóżkami apartamenty i wspaniałe posiłki nie pozwalały na pełną regenerację sił. Olek jednak wygrał tyle pojedynków, że był w czołówce od pierwszej rundy i nie było na niego mocnych. Jednakże los chciał, żeby najsilniejszy jego przeciwnik, ten, który był na cały czas na prowadzeniu i wyprzedzał Olka o pół punktu, zmierzył się z nim dopiero w ostatniej rundzie. Olek musiał go pokonać, żeby być na najwyższym podium.
Partia przebiegała jak burza z piorunami, wypełniona intensywnymi ruchami, które migotały na planszy jak błyskawice rozświetlające nocne niebo. Gracze przemieszczali swoje figury z precyzją i szybkością, tworząc dynamiczną symfonię szachowej strategii i taktyki. Niestety Olek od razu poczuł wielką siłę rażenia wojsk przeciwnika. Czarna królowa tańczyła wśród pól, zdobywając żołnierzy wroga jak trąba powietrzna niszcząca wszystko na swojej drodze, żeby później jak kamikadze skończyć swój żywot zabierając ze sobą cały pluton białych żołnierzy. Skoczki poruszały się jak pioruny, skacząc z pola na pole,…