Fantasy · 19 min czytania
Mniejsi
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
“MNIEJSI”
“A gdy nadchodzi czas, zmierzają nad Ivnes by związać swoje losy z wiecznością”
(Trzynasty rozdział Pieśni Ertosa. Cesarska biblioteka na Wyspach Przylądkowych.)
Niewiele jest piękniejszych rzeczy od jesiennych dni nad zatoką Ivnes. Nie wiadomo co daje im najwięcej wdzięku. Czy łagodnie opadające ku morzu łachy kremowego piasku? Czy porośnięte starymi klonami przedsionki Wiecznej Puszczy zaczynające się tuż za plażą? Czy może w końu Huczne Skały?... Kamienne słupy tych ostatnich wchodzą daleko w ocean, przesłaniajac cześciowo morski horyzont. Dźwięk rozbijanych tam fal miesza się z szumem drzew, który słabnie w miarę jak pierwsze chłody pozbawiają je liści. Spadając na plażę, pokrywają ją czerwonymi plamami o nieregularnych, miękkich brzegach. A może to ten zapach? Osobliwa mikstura morskiej bryzy i woni późnych kwiatów uwolnionej ostatnimi promieniami słońca. Zapach zarazem świeży, subtelny i głęboki.
Chyba tylko z kombinacji tych wrażeń mogło się zrodzić coś takiego. Miejsce, którego piękna nikomu dotychczas nie udało się w pełni odtworzyć ani w wierszu, ani w pieśni. Sława Ivnes sięgnęła aż dalekich stolic. Mimo to nigdy nie widywało się tu podróżnych. Nie było w pobliżu wiosek ani miast. Nawet nieliczne statki, których żagle czasami prześwitywały między skałami, ginęły za horyzontem tak szybko, jak się pojawiały. Całą zatokę, od namorzynowych lasów w Gregorii aż do klifów Przylądka Rocco, przed czterema wiekami oddano Mniejszym. W geście wdzięczności udostępnili cesarzowi niewielka groblę, prowadzącą przez puszczę aż do drewnianego podestu. Zbudowany był dawno. Pierwsze fundamenty postawiono wtedy gdy las nie dochodził tak blisko morza. Teraz ta dziwna struktura stała na północnym skraju plaży, często zacieniona przez pobliskie drzewa. Lekko zazielenione mchem i glonami szerokie słupy podtrzymywały bogato rzeźbioną platformę. Dwunastu cesarskich poetów strojnych w szaty z błękitnej wełny, z charakterystycznym złotym zygzakiem na piersiach, zasiadało na niej w szerokich sosnowych ławach. Cisi, zgarbieni, jakby dawało to lepszą ochronę przed pierwszymi podmuchami zimniejszego wiatru, spisywali coś na grubo ciosanych pulpitach. Od kiedy przybyli, starali się ujarzmić piękno pejzażu na swoich pergaminach. Nieruchomi, zanużeni w myślach, stali się jego faktyczną częścią .
Jest taki dzień kiedy wiadomo, że jesień przechodzi w zimę. Nie widać tego w gwiazdach, nie dostrzeże się tego na skomplikowanych wykresach mędrców. Widać to w drzewach, które przestają walczyć z upływem czasu i opuszczają liście już jakby w rezygnacji. Widać to w kolorze chmur, w dziwnym braku śpiewu ptaków. Widać to w poranku przykrywającym rośliny cieniutką warstewką lodowego futra. Ale najlepiej widać to właśnie w Ivnes. Surowe piękno zatoki wzmacnia każde z naturalnych przesileń. Gdyby komuś mimo to zdarzyło się nie rozpoznać zmiany, dostrzeże ją w tajemniczej postaci siadającej co roku o tej porze na plaży. Żaden z dwunastu cesarskich poetów nigdy nie dowiedział się skąd przychodzi ten starzec. Każdy widział go choć raz i każdy oczekiwał osobliwego spektaklu następującego zaraz potem.
Także dziś od rana panowało wśród nich pewne poruszenie. Przybyli już z ukrytego w głębi puszczy schroniska i sięgając powoli po zwoje rozcierali zdrętwiałe od chłodu palce. Wtedy pojawił się on. Zawsze nadchodził z południa. Kroczył na tyle daleko od ich przyczółka, że nie mogli dostrzec szczegółów jego wyglądu. Tylko zgarbiona sylwetka zdradzała wiek. Szedł powoli. Nie ogladał się na boki. Musiał wiedzieć o ciekawskiej publiczności stłoczonej na drewnianym postumencie. Poeci jednak nie śmieli ruszyć się ze swej placówki. Wiedzieli, że zaraz za barierką zaczyna się ziemia Mniejszych. Wystarczająco dużo podań opisywało cierpienia, które spotkały tych, którzy byli wystarczajaco głupi by ją sprofanować. Gdyby byli bliżej zobaczyliby postrzępiony brunatny płaszcz z grubej, lnianej tkaniny. Widzieliby jak żylastymi dłońmi ściąga sznurki od kaptura by lepiej osłonić się przed zimnem poranka. Może zdziwiliby się, że maszeruje boso po wilgotnym piasku. Ale najwięcej dojrzeliby w twarzy. Prosty nos, wąskie usta i zupełny brak owłosienia nadawały jej pozorów surowości. Lecz wrażenie to rozpraszały zmęczone, choć pełne optymizmu oczy.
Nie musiał obawiać się Mniejszych. Od wieków już pojawiał się tego dnia. Nie wiadomo było czy to ten sam człowiek, czy może już jego następca. Zawsze podobny chód nie zdradzał zmiany, a dystans uniemożliwiał dokładniejszą ocenę. Starzec doszedł już do swojego celu. Usiadł na piasku, spuścił kaptur i opierając głowę na dłoniach zamarł w bezruchu. Czekał. Milcząca publiczność też czekała w napięciu, mimo że doskonale zdawała sobie sprawę z tego co ma teraz nastapić. Minęła godzina, potem dwie. Porozrywane obłoki pędziły szybko po niebie na zachód, w stronę Hucznych Skał. Na ziemi wtórowały im klonowe liście wzlatując ku morzu lub tworząc krótkotrwałe wiry, które wygasając przykrywały piasek kolejnymi warstwami krwistej czerwieni. Poeci wkrótce przyzwyczaili się do obecności tajemniczego gościa i pogrążyli się w pracy. Co chwila tylko któryś pokaszliwał lub poprawiał wełniane okrycie, nie zapewniające już wystarczającego ciepła. Było już dobrze po południu, gdy do stałego szumu drzew po prawej stronie platformy, dołaczył nowy dźwięk. Nieregularny szelest wyrwał skrybów z twórczego transu. Część z nich wyprostowała się i spogladęła na prawo. Szelest narastał, słychać już było łamane krokami gałązki i chrzęst listowia. Zaraz też z lasu po prawej, około dwudziestu metrów od podestu, wyłonili się oni. Nieduża odległość pozwalała tym razem na doskonalszy opis wędrowców. Idąca na przedzie postać przypominała na pierwszy rzut oka około dwunastoletniego chłopca. Niewielka, ubrana w białą tunikę spod której raz po raz wyglądały nagie stopy. Szare, wpadające w biel włosy otaczały pociągłą twarz opadając prostymi pasmami na zielone oczy i krótki, zadarty nos,. Zdawałoby się, że to ledwie młodzieniaszek. Ale on nie był dzieckiem. Wszystkich dwunastu poetów, którzy jak zauroczeni wpatrywali się w nowo przybyłych, aż wzdrygnęło się w swoich ławach, gdy na chwilę stanął i spojrzał w ich stronę. Kamienny spokój bijący z jego ruchów i pedantyczne, analityczne spojrzenie, którym zlustrował zasiadających na platformie, nie dawały wątpliwości. Mieli do czynienia z kimś, kto widział o wiele więcej niż zwykły śmiertelnik doświadcza w czasie pojedynczego życia. On tylko uśmiechnął się powoli, chyba ironicznie. Potem ruszył dalej. Drugi z nieznajomych, choć prawdziwie olbrzymi, kroczył jakby w cieniu białej istoty. Musiał mieć ponad dwa metry wzrostu. Był przy tym potężnie zbudowany. Zwoje rozmaitych futer zszytych niedbale formowały coś na kształt płaszcza. Nie wiadomo było gdzie poskręcana skóra, zdarta bodaj z barana, przechodzi w bujną brodę i dalej we włosy. Twarzy nie było widać. Tylko wielki zakrzywiony nos migający gdzieś pomiędzy kołtunami świadczył o jej położeniu. Spod zwałów odzienia wystawały też dwie muskularne ręce gęsto pokryte włosem i głębokimi bliznami. Gdzieniegdzie widać było na nich świeże strupy. Musiały to być ślady jakiejś niedawnej walki. Wygranej, o czym świadczył brudny od krwi grot przeszło trzymetrowej lancy pewnie trzymanej przez wielkoluda w prawej dłoni. Olbrzym wyraźnie utykał, nie zostawał jednak w tyle, krocząc ociężale za lekko stąpającym maluchem.
Część 22 / 2
Tak właśnie wyglądał prawdziwy Mniejszy z Chowańcem. Rzadki to był widok. Ileż kontrastu było w tych parach wędrujących przez drogi Starego Świata. Dostojność i delikatność pierwszej z postaci znajdowała idealną antytezę w całej wulgarności i barbarzyńskiej sile towarzysza. Wzbudzali zawsze ogromny strach i takiż podziw. Nie zbliżali się jednak zbyt do ludzkich siedzib. Walczyli tylko w obronie lub ostateczności. Nikt też nie wiedział skąd przybyli. Legendy opowiadały o tym że zawitali na kontynent jeszcze za czasów Mrocznych Niepokojow, nie mówiły jednakże w jaki sposób. Dla cesarskich pisarzy byli zaś cenną inspiracją. Poeci zabrali się więc wkrótce do pracy, wiedząc że dalsza część przedstawienia zarezerwowana jest już tylko dla nielicznych mew, siedzących w oddali przy niesamowitych gościach.
***
Starzec wpatrywał się w dwa kamienne słupy będące przedłużeniem skalnego języka Hucznych Skał, który od południa wcinał się w zatokę. Tarcza słoneczna, zaciemniona przez chmury, powoli wędrowała w ich stronę, aż zawisła dokładnie między nimi. Wtedy odchrząknął i powiedział głośno:
- Witaj Tar-Walitz – zabrzmiał jego głos, głęboki i ciepły.
- Witaj Pierwszy – odpowiedział mu zza pleców głos cieńszy i wyższy, ale przy tym jakby śpiewny. Z charakterystycznym akcentem padającym na ostatnie sylaby słów. Mniejszy podszedł bliżej i usadowił się obok starego. Po chwili do dwójki, sapiąc, dołączył Chowaniec. Wbił lancę w mokry piasek i z pewnym wysiłkiem usiadł kilka metrów za nimi.
-Czy wy się nigdy nie spóźniacie? - spytał starzec, wyraźnie tym razem rozbawiony.
-Wiesz dobrze Pierwszy. Ale tak szczerze, to zdarza się. Nie w taki dzień jak dzisiaj w każdym razie, nie w taki dzień...
- A czymże różni się ten dzień, od…