Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 26 min czytania

Mniejsze zło - część 4

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

XVII

Amnebe po cichu wyślizgnęła się z pokoju, tak żeby nie zbudzić Laureain, po czym zeszła do stołówki. Mimo wczesnej godziny pomieszczenie było otwarte. Espe stał za barem, polerując kufle. Po jego zamglonym spojrzeniu poznała, że myślami jest gdzie indziej. - Ciężka noc? – zagadnęła, żeby zwrócić na siebie uwagę karczmarza. Espe uśmiechnął się i przerzucił ścierkę przez ramię. - Ano, ciężka. Gdy interesy nie idą, nawet wyspać się nie można. Myśli tłuką się, męczą, nie dają zasnąć. A przecie to i tak na nic się zdaje. Hydra pewniakiem wyspana i żądna mordu. Amnebe usiadła przy barze, obrzucając karczmarza uważnym spojrzeniem. Espe naprawdę był przekonany, że niedaleko Silrom zadomowiła się hydra. Pewnie ktoś, kto nigdy w życiu nie widział ani hydry ani potwora atakującego w lesie, rzucił tym słowem w tłum, a przerażeni ludzie, chwycili się tej nazwy, niczym łodzi, mogącej dowieźć ich w bezpieczne miejsce. Plotki zawsze żerują na strachu i ciekawości. - Jeśli to taki problem, wynajmijcie kogoś, kto usiecze bestię. - Ano chyba będzie trzeba, chyba będzie trzeba – Espe pokiwał głową, po czym wreszcie spojrzał na Amnebe. – Podać coś? - Omlet i jakiś sok. - Już się robi – rzucił i zniknął za drzwiami znajdującymi się między półkami z alkoholem. Amnebe oparła głowę na ręce i przyjrzała się butelkom wina, które zdobiły ścianę naprzeciwko. W większości były to tanie, pospolite trunki, na które stać każdego, kto nie głoduje. Widocznie tylko na takie mogli pozwolić sobie miejscowi i wędrowcy, przechodzący przez Silrom. Fakt, że wieś znajdowała się między Garvalen i Antim tylko z pozoru zwiększał jej atrakcyjność. Na rynkach dużych miast można było kupić wszystko, więc ludzie woleli wydawać pieniądze tam. Obie metropolie cieszyły się znacznie większą sławą i były ciekawsze niż Silrom. Istniał chyba tylko jedna przyczyna, dla której ludzie zatrzymywali się tutaj: aby nie ściągać na siebie niczyjej uwagi. Amnebe właśnie z tego powodu kilka dni wcześniej zahaczyła o Silrom. Espe wrócił, niosąc w ręku dzban. Postawił przed nią szklankę i napełnił ją blado żółtym płynem. - Sok jabłkowy – wyjaśnił. – Omlet będzie za minutkę. - Dziękuję – powiedziała Amnebe, unosząc szklankę. Sok był trochę kwaśny, ale że ostatnio ograniczona była tylko do wody, wypiła go ze smakiem. - Jest tu ktoś, kto handluje mieczami? - Kowal Orod. Ma ich całe mnóstwo i ciągle robi nowe. Ostatnio ma dużo zleceń, ludziska boją się hydry. - Z czego robi? – spytała. Kiedy poprzednio we wsi odesłano ją w sprawie mieczy do kowala, kupiła tylko procę i to też bardziej do zabawy niż walki. Okazało się, że tamtejszy spec tworzy rękojeści z drewna, a klingi z miękkiego żelaza, takiego samego jak to, z którego robi się balie. - Ze stali i żelaza. Porządna robota. Tną drewno lepiej niż piła, a i na zwierzęta się nadają. Kiedyś pałętał się po mieście wielki kaczor i stary Miltek przeciął go takim mieczem na pół. Rosół był, jak się patrzy. Amnebe zamierzała skomentować różnicę między kaczorem a choćby hydrą, ale do sali weszła młoda dziewczyna z miską omletu. Od razu poczuła głód. Przez ostatni tydzień niewiele jadła. Skazańców czekających na szafot nie karmi się zbyt dobrze. Przynajmniej w Garvalen.

XVIII

Orod był tęgim mężczyzną, z długim wąsem i czerwoną twarzą. Kiedy Amnebe powiedziała mu, czego potrzebuje, bez słowa zaprowadził ją do szopy za domem. Nie zadawał pytań, nie opowiadał dowcipów na temat roli kobiety, a w jego oczach nie było ani krzty zdziwienia. Szopa miała wielkość małej stajni, a mimo to wszystkie ściany obwieszone były bronią. Na największej, położonej równolegle do drzwi, znajdowały się miecze, a na dwóch bocznych wisiały kordy, sztylety, szable, topory, piki i kopie. Obok drzwi na gwoździach dyndały łuki i proce. Broń wyglądała na solidną i skuteczną. Orod zatrzymał się przed ścianą z mieczami. - Jaki ma być? Najwięcej mam jednoręcznych, ale znajdzie się i półtora i dwu, jeśli pani sobie życzy – stwierdził i na potwierdzenie swoich słów zdjął ze ściany espedon, najpopularniejszy z mieczy dwuręcznych. Miał prostą głowicę i jelc oraz długą, co najmniej stu trzydziesto centymetrową głownę. Amnebe wzięła miecz do ręki. Espedon był ciężki, ale dzięki długiemu jelcowi dobrze leżał w dłoni. Zamachnęła się nim na niewidzialnego przeciwnika i rozcięła powietrze dwoma, szybkimi ruchami. Orod przyglądał się jej ciekawym wzrokiem. - I jak? – zapytał, gdy oddała mu espedon. - Niezły, ale za ciężki. Wolałabym jakiś jednoręczny – powiedziała, przyglądając się ścianie pełnej mieczy. Jej wzrok przykuł długi miecz z lekko wygiętym jelcem. Pokazała go Orodowi – A ten? Wygląda jak szczerbiec. Orod zdjął miecz ze ściany i podał Amnebe. Jeśli zdziwiło go, że dziewczyna wie, jak wygląda szczerbiec, nie okazał tego. - Moja kopia szczerbca. Głowica inaczej zdobiona. - Rzeczywiście. Nie było na niej ani monogramu Boga, ani liter greckiego alfabetu, ani innych napisów, które znalazłyby się na szczerbcu. Była natomiast napis: „Walcz sercem”. - Ale jest jak w oryginale powleczona żółtym metalem. Klingę wydłużyłem o dwadzieścia centymetrów. Zasięg większy, a waga prawie niezmieniona. Amnebe znów cięła powietrze. - Ile? - Piętnaście pensów. Zmierzyła kowala zimnym wzrokiem. Mężczyzna nerwowo przystąpił z nogi na nogę. - To dobry miecz. Naostrzony tak, że przetnie gęś na pół. Albo stół. Proszę spróbować – wskazał grubą, drewnianą ławę. Amnebe spojrzała kowalowi w oczy, żeby upewnić się, iż mówi poważnie, po czym uderzyła. Mebel rozpadł się na dwie części. Ostrze przebiło się przez niego tak gładko, jakby cięło gałązkę. - Rzeczywiście – powiedziała. – Wart wiele, ale nie piętnaście pensów. - Jest warty więcej. Do jego wyrobu użyłem najlepszej stali. Amnebe nie znała się na wyrobie mieczy, ale pierwszy raz słyszała, żeby były różne rodzaje stali. Może Orod sądził, że ma przed sobą idiotkę. - Nie żartuj. – Amnebe spojrzała na ścianę ze sztyletami. - Wart jest najwyżej dziesięć. Dam piętnaście jak dodasz do niego dwa basilardy. Wzrok Oroda powędrował w kierunku sztyletów. Przez chwilę się im przyglądał, po czym podrapał się po głowie i rzucił: - Niech będzie.

XIX

Laureain siedziała na łóżku ze skrzyżowanymi nogami i zamkniętymi oczami, tak jak nauczył ją Rimvalen. Próbowała wyrzucić z głowy wszystkie myśli i emocje, ale jedne i drugie natrętnie wracały. Przekłuwała je jak bańki mydlane, rozdmuchiwała jak liście, a nawet paliła w postaci kartek papieru. Nic nie działało. W końcu dała sobie spokój z wizualizacjami i skupiła się na oddechu. Powoli zaczęła się uspokajać. Kiedy doszła do wniosku, że oddzieliła się od świata wystarczająco grubą kurtyną, otworzyła oczy, spojrzała na miecz, który leżał przed nią i spróbowała unieść go za pomocą sił psychicznych. Mijały sekundy, minuty a miecz nawet nie drgnął, po czym nagle wystrzelił do góry. Zawisł pod sufitem, jakby ugrzązł w niewidzialnej pajęczynie. Nie trwało to jednak długo. Ktoś załomotał do drzwi i miecz spadł z powrotem na łóżko, dokładnie w to samo miejsce, które zajmował wcześniej. - Otwieraj Amnebe, wiem, że tam jesteś! – zawołał męski głos. Amnebe nie było, a Laureain nie miała pojęcia, gdzie koleżanka się podziewała. Kiedy się obudziła, nie było jej. - Do cholery, Amnebe! Nie żartuj sobie ze mnie. Laureain patrzyła niepewnie na drzwi. Nie miała pojęcia czy chłopak, który krzyczy jest przyjacielem, czy wrogiem Amnebe. Sądząc po emocjach, jakie wkładał w walenie i krzyk, łączyło ich coś więcej niż powierzchowna znajomość. - Jeśli zaraz nas nie wpuścisz, wywarzymy drzwi. Otwieraj do cholery! Laureain nie ruszyła się z miejsca. Wzięła do ręki miecz, ale po chwili wahania położyła go obok siebie na łóżku. Tym ich nie przestraszy. Jeszcze raz spróbowała oczyścić umysł z myśli. Tym razem nie zamknęła oczu, nie zmieniła pozycji. - Miarka się przebrała. Wywarzamy. Na to właśnie czekała. Całkowicie skupiła się na drzwiach i jakimś cudem zdołała otworzyć je siłą woli. Dwóch chłopaków wleciało do pokoju, niczym kule armatnie. Jeden potknął się o kufer i wylądował na ziemi, a drugi uderzył w ścianę. Po chwili do pomieszczenia wszedł trzeci mężczyzna. Spojrzał na Laureain szeroko otwartymi oczami. - Amnebe nie ma – stwierdziła. - Cholera, Arpe! Pomyliliśmy pokoje – powiedział chłopak, który uderzył w ścianę, przeczesując kręcone, brązowe włosy. - Taak? – spytał drugi, przycięty na jeża. Wstał wspierając się na kufrze i zaczął rozglądać dookoła. – Pomyliliśmy się, Arpe? - Nie – odpowiedział blondyn. Długie włosy związane w kucyk, opadały mu na plecy. – Espe mówił, że zatrzymała się tutaj. - A widzisz ją gdzieś? – spytał ten z kręconymi włosami. – Bo ja jej, kurwa, nie widzę! Normalnie zamorduję sukę! Bawi się nami, jak chce. - Nie pozwalaj sobie, Ergen! – powiedział Arpe, zbliżając się do Laureain. – Kim jesteś? - Nie twoja sprawa – odpowiedziała patrząc na miecz, ale nie biorąc go do ręki. Nie chciała, żeby wiedzieli, że się boi. - Następna mądra! – krzyknął Ergen. – Co się dzieje z tymi dziewczynami! Jest tylko jeden sposób, żeby nauczyć takie jak ona posłuszeństwa. Ergen ruszył w jej stronę z zaciśniętymi pięściami. Poczekała aż zrobi zamach, po czym błyskawicznie poderwała miecz i przytknęła klingę do szyi chłopaka. - Mówiłeś coś? – spytała, wstając. Zmusiła tym Ergena, by cofnął się pod ścianę. Arpe nie poruszył się, ale jego kolega wyszarpnął zza pazuchy szablę i skoczył na Laureain. Wytrąciła mu ją jednym, szybkim ruchem. Uśmiechnęła się do obciętego na jeża chłopaka, a on w odpowiedzi rzucił się w jej stronę z pięściami. Ledwo zdążyła odskoczyć. Arpe złapał kolegę za pas, ale tamten zaczął się szarpać, jakby otaczały go macki ośmiornicy. Był strasznie silny, miotał Arpe w prawo i w lewo. Wyrwałby się, gdyby Ergen nie pospieszył Arpe z pomocą. - Daj spokój stary! – krzyknął Arpe. – Gonley! - Pozwól, Arpe, proszę! Laureain wskoczyła na łóżko i przeszła na jego drugą stronę. Gonley szarpał się z coraz większą zapalczywością. - Co się tu dzieje? – Amnebe stanęła w drzwiach. W rękach miała miecz i dwa długie sztylety. Gonley znieruchomiał, a Arpe pchnął go na ziemię. - Jak mówię spokój, to spokój! - Arpe – powiedział Gonely płaczliwym głosem. – Ja nie chciałem. Przepraszam. Amnebe przeszła na środek izby. - Za co on do cholery przeprasza? Laureain? - Wszystko w porządku. - Wzięła ze stołu pazuchę i schowała do niej miecz. - Powiedz Gonley, dlaczego miałabym nie poderżnąć ci gardła? - Ja, przepraszam. Arpe… – powiedział chłopak i wybuchnął płaczem. Zachowywał się jak dziecko. Ciało Gonelya zbliżało się do trzydziestki, ale jego umysł pracował jak u dziesięciolatka. - Przestań Amnebe, wiesz, że on nie chciał – powiedział Arpe. - Nie rozliczam z woli, tylko z czynów. Arpe i Amnebe patrzyli na siebie, jakby nie byli pewni czy sięgnąć po miecze, czy się pocałować. Laureain bez słowa wyszła z pokoju.

XX

Zanim skończyła omlet, w karczmie pojawili się Ergen i Gonley. Rzucili jej przelotne spojrzenia, po czym usiedli przy najdalej oddalonym stoliku. Bardzo dobrze. Gdyby usiedli ciut bliżej, wyszłaby z gospody. Poranna szarpanina całkiem ją rozstroiła. Nie znosiła takich band jak ta Arpe. Szwędali się po świecie patrząc tylko, kogo by ograbić. Zabijali dla przyjemności i dla pieniędzy. Ich życiem kierowała nadarzająca się okazja. Jeśli Amnebe z nimi podróżowała, pewnie robiła to samo. Z jej mocą i ich mieczami, mogli w szybkim tempie zbić niezłą fortunę. Ale przynajmniej jedna zagadka rozwiązała się sama. Amnebe znalazła się w lochu zasłużenie. Pewnie całą bandą napadli na kogoś, a kiedy odnaleźli ich rycerze Nolanda, ona nie zdążyła uciec. Laureain podparła głowę na rękach i spojrzała w pusty talerz. Szkoda, że prawda jest tak jednoznaczna. Polubiła Amnebe. Drzwi karczmy otworzyły się i na progu stanął Mortill. Od razu ją zauważył. Obserwując jak podchodzi, kątem oka spojrzała na Ergena i Gonleya. Rozmawiali, śmiali się i pili piwo. - Dzień dobry – powiedział chłopiec, kłaniając się. - Siadaj, Motril. Skinął głową i opadł na krzesło obok niej. - Dowiedziałeś się czegoś? - W Garvalen jest straszne zamieszanie. Z lochów uciekło kilkanaście osób. Rycerze przeszukują lasy i powoli wszystkich wyłapują. - Wybierają się tu? - Na razie szukają w Garvalen i okolicznych lasach. Laureain skinęła głową. Zabębniła palcami o blat stołu i spojrzała na chłopca. - Jesteś głodny? Mortil wzruszył ramionami, więc skinęła głową na Espe. Zamówiła dla chłopca podwójną porcję omletu, a dla siebie sałatkę. - Szukają kogoś szczególnie? - Chcą wyłapać wszystkich, którzy uciekli nocą z lochu. Ludzie nie wiedzą, ile dokładnie osób. Jedni mówią tuzin, inni dwa. - Czy wśród osób, które uciekły, był ktoś szczególnie groźny? - Ludzie gadają, że każdy groźny. Sami mordercy i złodzieje. - Dużo z uciekinierów zabili? - Słyszałem, że sporo. Wojsko Nolanda przeszukiwało lasy wokół Garvalen w poszukiwaniu ludzi,

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Mniejsze zło - część 4 — czytnik · opowiadania