Fantasy · 23 min czytania
Mniejsze zło - część 5
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
XXIV
Laureain włóczyła się po Silrom w nadziei, że przypomni sobie jakiś szczegół, który wyjaśni dziwne zachowanie Rimvalena albo podpowie jej, gdzie mistrz się w tej chwili znajduje. Nic jednak nie przychodziło jej do głowy. Żaden przebłysk nie nastąpił. Ani malowniczy zachód słońca ani ciemność, która zapadła po nim, nie poddały jej nowych pomysłów. Nie była nawet odrobinę bliższa wyjaśnienia tego, co się stało i nie wiedziała, jak wybrnąć z sytuacji, w której się znalazła. Powinna wracać do Shaudu. Zasada mówiła, że jeśli coś stanie się nauczycielowi, uczeń ma natychmiast udać się do hanickiego miasta. Wielka Rada wyjaśniała sytuację i przydzielała nowego mistrza, aby proces szkolenia mógł toczyć się dalej. Jednak Laureain nie paliło się do powrotu. Najpierw chciała dowiedzieć się, dlaczego Rimvalen zaczął dziwnie się zachowywać w momencie, gdy znaleźli ciało w lesie. Jeśli domyślił się, kim jest morderca, to czy chciał go wydać czy zatuszować sprawę? Hanici byli przyjaźnie nastawieni do obcych, ale tworzyli zamkniętą grupę. Mieli własne prawa, zasady i sądy, które dbały o ich przestrzeganie. Gdyby zjawiła się w Shaudzie bez Rimvalena i opowiedziała o tym, co stało się w Garvalen, Wielka Rada mogłaby jej nie uwierzyć. Sama przecież na okrągło analizowała ostatnie wydarzenia, próbując je zrozumieć i jakoś wyjaśnić. Członkowie Rady wniknęliby do jej umysłu i prześwietlili wszystkie myśli, aby upewnić się, czy mówi prawdę. Gdyby to ich nie przekonało, sąd mógłby skazać ją na powieszenia za morderstwo, do którego doszło w Garvalen albo nawet za zabicie Rimvalena. A może przesadzała? W czasie tygodnia, który spędziła w Shaudzie wszyscy byli dla niej mili. Nawet Roal, przewodniczący Wielkiej Rady, powiedział, że bardzo cieszy się, że zostanie Hanitką. Chwalił jej zdolności i przydzielił najlepszego nauczyciela, by przygotował ją do testu. Jeszcze żaden uczeń Rimvalena nie oblał egzaminu. Może oficjalnie nie była członkiem Hanitów, ale niewiele ją od tego dzieliło. Jeden sprawdzian, który miała zdać za dwa miesiące w Shaudzie. Roal wyznaczył jej najkrótszy z możliwych terminów egzaminu: sto dwadzieścia dni. Była już na półmetku. Nauczyła się koncentrować, potrafiła przenosić siłą woli przedmioty, choć nie zawsze jej to wychodziło za pierwszym razem. Wiedziała, jakie zioła leczą, a jakie zabijają. Potrafiła walczyć mieczem. Była o krok od dołączenia do cechu Hanitów. Jeśli pojedzie do Shaudu, zbliży się o kilka kolejnych centymetrów do celu, który sobie wyznaczyła. Gdyby żył ojciec, bez zastanowienia udałaby się do niego po radę. On był jedynym krewnym, którego znała. Nie miała pojęcia, gdzie mieszka reszta rodziny, o ile w ogóle jakąś miała. Marcius nigdy nie wspominał ani o jej matce ani o innych członkach rodziny. - Tak jest i już – mówił, gdy go o nich pytała po raz pierwszy i setny. – Tak jest i już. Odkąd została sama na świecie, jeszcze nigdy nie potrzebowała ojca tak bardzo jak w tej chwili. Ale nie było ani jego, ani nikogo innego, kto powiedziałby jej, co robić. Była sama… i już.
XXV
Gdy wróciła do pokoju, Amnebe leżała na łóżku i patrzyła w kandelabr wiszący na suficie. - O co chodzi z tym patrzeniem w słońce albo na inne światło? Rimvalen robił tak samo. Amnebe przeniosła wzrok na Laureain. - To pomaga w koncentracji. - Tylko tyle? - To dużo – Amnebe usiadła. – Każdy człowiek ma od czasu do czasu jakieś przeczucie. Zwykle na temat spraw, o których najwięcej myśli i którymi najbardziej się przejmuje. Osoby, które tak jak ja, czy ty, mają większe możliwości psychiczne, mogą te przeczucia wizualizować w swoich głowach. Słońce czy w ogóle blask, pomaga w tym. W Shaudzie wpaja się zasadę, że jeśli coś przeczuwasz, powinieneś od razu spojrzeć na światło. Wtedy masz szansę nie tylko poznać przyczynę lęku, ale dokładnie zobaczyć zagrożenie. Laureain przysiadła na brzegu swojego łóżka. - Chyba często macie przeczucia. Rimvalen potrafił godzinami patrzeć się w słońce, ty też, odkąd się znamy robiłaś to wielokrotnie. Amnebe spojrzała jej w oczy. - Przeczucia są jak bagaż, którego nie możesz zostawić. Sprawiają, że żyjesz nad aktywnie i nerwowo. Po pewnym czasie każde dziwne uczucie mylisz z przeczuciem i odruchowo patrzysz w słońce albo księżyc. Ale czasami, tak jak ja przed chwilą, patrzysz na kandelabr, bo masz ochotę patrzeć na kandelabr. Jak spacer? Laureain spojrzała na koleżankę szeroko otwartymi oczami. - Widziałaś w wyobraźni, jak idę na spacer? Amnebe uśmiechnęła się: - Nie, akurat wyjrzałam przez okno. Laureain roześmiała się i nagle coś sobie przypomniała. Gdy znaleźli w lesie ciało Rimvalen dość długo patrzył w słońce. Ale chyba nie… - Czekał na gwardię? – powiedziała na głos. - Co? - Zanim przyjechało wojsko Nolanda, Rimvalen patrzył w słońce. Wiedział, prawda? Moglibyśmy bez problemu uciec rycerzom! Amnebe patrzyła na Laureain. - Hanici potrafią wyczuwać zagrożenie. Zwłaszcza tak doświadczeni jak Rimvalen. Ale wizje są różne. Czasem wyraźnie widzimy, co się stanie. Tak jak wtedy w lochu, gdy zobaczyłam jak Vinith po ciebie idzie. Ale często obrazy są niewyraźne albo w ogóle ich nie ma. Czujemy, że coś się zdarzy, ale nie wiemy, co. Laureain spojrzała na kandelabr. Żałowała, że ona nie miewa takich przeczuć. Może wtedy wiedziałaby co robić i nie kręciła się po omacku jak ślepiec w nowym domu. - A co z hydrą? Masz jakieś przeczucia? - Nie są mi potrzebne. Rozum mówi mi, że to nie hydra. Laureain skinęła głową i wstała. Odpięła od pasa miecz, po czym położyła go obok łóżka – na wypadek gdyby odwiedził ją Arpe lub któregoś z jego kolegów. - Wójt powiedział, że zapłaci czterdzieści pięć pensów za wszystko, co wyciągniemy z bagien, jeśli będzie choć trochę podobne do jaszczurki, o której mówili ludzie. - I co? – Laureain odwróciła się w stronę Amnebe. – Pójdziesz polować na potwora? Spadła cena twojego życia? - Nie spadła. Ale trzeba coś jeść. Wyruszamy jutro o świcie. Laureain przez chwilę przyglądała się koleżance. W pierwszej chwili chciała spróbować odwieźć ją od walki z hydrą, ale pomyślała o tym, co się stanie z mieszkańcami Siarom, jeśli potwór dłużej będzie grasował w pobliżu. Ludzie będą bali się opuszczać miasto, a podróżnicy i kupcy zaczną omijać je szerokim łukiem. Nędza, strach i beznadzieja – oto, co czeka Siarom, jeśli nikt nie zabije hydry. - Mogę iść z wami? Amnebe popatrzyła na Laureain. - Jeśli chcesz… - Chcę – powiedziała i zanim koleżanka dodała coś jeszcze wybiegła z izby.
XXVI
Według mieszkańców Silrom, hydra zamieszkiwała bagna położone pięć kilometrów na wschód od wsi. Trzy czwarte drogi przejechali konno, po czym zostawili zwierzęta na łące i w dalszą drogę ruszyli pieszo. Świadkowie widzieli potwora kręcącego się po lesie nawet milę od rzeki. - Po co ciągniemy ją ze sobą? Będzie tylko przeszkadzała – powiedział Ergen, ostentacyjnie odwracając się do Laureain. Szły z Amnebe półtora metra za nim i Arpe. Laureain nie po raz pierwszy tego dnia miała ochotę dać Ergenowi rękojeścią miecza po łbie, ale nawet się nie odezwała. Coraz bardziej się denerwowała. Z każdym krokiem zbliżali się do hydry i nieuniknionej konfrontacji. Arpe także nie zamierzał wdawać się w utarczki słowne. Zamiast odpowiedzieć na pytanie Ergena, zwrócił się do Amnebe: - Jesteśmy już niedaleko bagien. Wyczuwasz potwora? - Tak… - Amnebe zrobiła pauzę. – Całkiem wyraźnie. Arpe zwolnił i zaczął uważnie rozglądać się dookoła. Serce Laureain, które od momentu, gdy zsiedli z koni, pracowało na zwiększonych obrotach, teraz tłukło się tak mocno, jakby chciało wyskoczyć z piersi. - Jest w pobliżu? – oczy Arpe skakały do jednego drzewa do drugiego. - Jak bardzo? - Bardzo. Idzie obok ciebie. Nikt się nie roześmiał. Ergen zaklął pod nosem, a Gonley wyciągnął zza pazuchy miecz, wyprzedził całą grupę i zaczął łypać wzrokiem raz na lewą raz na prawą stronę lasu. Arpe zatrzymał się. - Co ty wyprawiasz? To nie pora na żarty. Tylko niepotrzebnie nas rozpraszasz. I ty też. – Arpe wbił palec w pierś Ergena. - Jeśli nie macie nic mądrego do powiedzenia, siedźcie cicho. Spokojnie, Gonley. Ona żartowała. Gonley spojrzał na niego zdezorientowanym wzrokiem, ale schował miecz. Dalszą część drogi przebyli w milczeniu. Po dwudziestu minutach doszli do sadzawki otoczonej wysokim tatarakiem i szuwarami. Bajoro miało dwa metry szerokości, ale musiało być długie, bo ciągnęło się poza granice wzroku. Arpe wyciągnął miecz i wszedł do wody. Od razu zapadł się w nią po kolona. - Nadal nie wyczuwasz obecności hydry? - Nie. Ale to nie znaczy, że jej tu nie ma. Po co brodzić w gnojówce, skoro możemy iść brzegiem po trawie? Ergen jakby chciał zrobić jej na złość, wyjął miecz i wskoczył do sadzawki. Wylądował trochę dalej niż Arpe. Woda sięgała mu do ud. - Szuwary są za wysokie. Dalej będą zasłaniać wodę – stwierdził Arpe. - Ale jeśli nie chcesz się moczyć, możemy zrobić tak: ja i Ergen idziemy rzeką, ty z Laureain prawym brzegiem a Gonley lewym. Laureain spojrzała na szuwary rozpościerające się po obu stronach sadzawki. Były na tyle wysokie i gęste, że mogło w nich kryć się stado hydr. Mimo woli zachowania spokoju, zadrżała. - A co zrobi sam Gonley, jeśli wyjdzie na niego hydra? Zanim ktoś przyjdzie mu z pomocą, będzie martwy. - Hydra? Czyżbym się przesłyszał? – zapytał Arpe, omiatając wzrokiem zarośla. Amnebe wskoczyła do strumienia jeszcze dalej niż Ergen. Zanurzyła się w wodę do pasa. - To był skrót myślowy. Jeśli głębokość dalej też tak się zwiększa, to będzie nieciekawie. Zamierzasz walczyć z potworem pod wodą? - Ja mogę walczyć wszędzie – Ergen ruszył przed siebie. Zatrzymał się trzy metry przed Amnebe. Woda nadal sięgała mu do pasa. – Ale chyba nie będzie tak źle. W końcu to tylko głupia sadzawka. Laureain także weszła do bajora. Zimna, brudna woda, wlała jej się do butów. Miała wątpliwości, czy bitwa w sadzawce była dobrym pomysłem. Poruszanie ciałem i mieczem w wodzie było o wiele trudniejsze, natomiast hydrze w naturalnym środowisku będzie walczyło się jeszcze lepiej niż na lądzie. Arpe zrobił krok do przodu. Po chwili odwrócił się w stronę Gonleya. - Co jest stary? Czemu nie wchodzisz do rzeki? Gonley nie odpowiedział. Patrzył przed siebie uśmiechając się głupkowato. - Gon? Laureain przystanęła obok Arpe. Amnebe i Ergen dyskutowali o czymś, co raz bardziej odchodząc od brzegu. Woda sięgała im do ramion. - Chyba umiesz pływać? – dalej dociekał Arpe, całkowicie skupiając się na koledze. Amnebe zatrzymała się i spojrzała w ich stronę, rozkładając ręce. Ergen zrobił jeszcze krok i także stanął. - Co wy tam, kurwa, wyprawiacie?! – wrzasnął. Dzieliło go od brzegu co najmniej trzydzieści metrów. Arpe odwrócił się w jego stronę. - Coś… - urwał i panicznym głosem zawołał – Za wami! Potwór! Zaczął biec, a Laureain za nim. Z szuwar jakieś trzy metry od Ergena wyłoniły się dwie zielone głowy. Jedna przypominała łeb jaszczurzy a druga krokodyli. Ergen obrócił się w złą stronę. Amnebe zobaczyła potwora pierwsza i ruszyła w jego stronę, krzycząc coś do Ergena. Chłopak odwrócił się w dobrym kierunku akurat w porę, by osłonić się lewym ramieniem od paszczy potwora. Amnebe cięła stwora ostrzem, ale nie trafiła zbyt czysto. Gad z wściekłością rzucił się na nią. Ergen zdążył wbić w…