Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 21 min czytania

Mniejsze zło - część 6

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

XXIX

Przez całą noc nie mogła zasnąć. Przewracała się z boku na bok, szukając wygodniejszej pozycji i spokoju, ale nie znalazła ani jednego ani drugiego. Przez jej głowę przepływały setki myśli, których nawet nie próbowała chwytać. Obrazy z przeszłości przewijały się przez jej głowę jak filmy i znikały, pozostawiając niepokój. Kiedy słońce się budziło, ona ciągle tkwiła w półśnie. Nie było sensu dłużej leżeć. Odsunęła koc i usiadła na brzegu łóżka. Gdy spojrzała na Amnebe, koleżanka otworzyła oczy. Laureain to tak zaskoczyło, że znieruchomiała. Jej serce uderzyło kilka razy mocniej, po czym wróciło to zwyczajnego rytmu. Na podwórku zapiał kogut. - Punktualnie – rzuciła Amnebe. – A myślałam, że będę musiała siłą cię ściągać z łóżka. - Nie spałam zbyt dobrze. To chyba z nerwów. Cieszę się, że wyjeżdżamy z Silrom. Nie czuję się tu bezpiecznie. - Za blisko Garvalen – stwierdziła Amnebe, przeciągając się. - Myślisz, że Vinith nas szuka? Amnebe przez chwilę przyglądała się Laureain. - Nie nas. Szuka ciebie. Serce Laureain znów zaczęło mocniej walić. - Dlaczego tak uważasz? Przecież Mortill mówił, że nie szukają nikogo szczególnego. - W Garvalen egzekucje przeprowadza się szybko, ale nie widziałam jeszcze, aby kogoś chcieli stracić pierwszej nocy po aresztowaniu. Jak myślisz, czemu Noland chciał tak szybko cię powiesić? Laureain odetchnęła. O to chodziło. - Vinith powiedział Rimvalenowi, że jeśli spróbuje uciec, zabiją mnie. Pewnie uciekł. Amnebe potrząsnęła głową i usiadła na łóżku. - Posłuchaj: Rimvalen… - urwała i uciekła wzrokiem w bok. - Co „Rimvalen”? Amnebe na chwilę zawiesiła wzrok na Laureain, po czym wstała. - Mniejsza o to. Czas się zwijać. Laureain także wstała. Wiedziała, że Amnebe coś przed nią ukrywa, ale postanowiła na razie nie drążyć tematu. Miała za sobą paskudną noc i nie potrzebowała kolejnych złych wiadomości. - Powiedz mi, Amnebe, skoro myślisz, że Noland szuka mnie, a nie ciebie, czemu bierzesz mnie ze sobą? Po co ci taki kłopot? - Nie boję się rycerzy Nolanda. To dla mnie żaden kłopot. Jesteś spakowana? Laureain skinęła głową. Oprócz kilku ubrań i drobiazgów, które tutaj kupiła i sakiewki z pieniędzmi, niczego nie miała, więc pakowanie zajęło jej wczoraj pięć minut. - Wezmę jeszcze kąpiel – stwierdziła, wychodząc z pokoju. Miała nadzieję, że woda zmyje z niej niepokój.

XXX

Godzinę po tym, jak wyjechali z Silrom, spotkali na szlaku pięciu mężczyzn, ubranych w luźne stroje i uzbrojonych w miecze. Arpe, który jechał pierwszy, rzucił „Czołem” i zamierzał ich wyminąć, ale potężny wąsacz w szarej kamizelce, zajechał mu drogę. - Momencik, przyjaciele – powiedział. Czterech pozostałych ludzi zatrzymało swoje konie obok wąsacza, zagradzając im drogę. Nie mieli wyboru, musieli się zatrzymać. – Szukamy kogoś. Może będziecie umieli nam pomóc. Laureain wystarczył jeden rzut oka na nieznajomych, aby stwierdzić, że stanowią zagrożenie. Mieli zacięte twarze i wrogie spojrzenia, a ich ręce spoczywały na pochwach mieczy. - Nie sądzę – odpowiedział Arpe. - A mi się wydaje, że tak – oświadczył wąsacz, spoglądając na Laureain. – Szukamy młodej dziewczyny o jasnych, długich włosach. - A kto nie szuka? – spytał Ergen. Gonley wybuchnął śmiechem. Rechotał tak, jakby usłyszał najzabawniejszy dowcip na świecie. Wąsacz spojrzał na niego, marszcząc brwi, ale nic nie powiedział. Laureain nie podobał się sposób, w jaki na nią patrzył. Zupełnie jakby sądził, że to jej szuka. - No tak… Ale mi chodzi o konkretną osobą. Laureain, córkę Marciusa, rycerza z Alcali, przyszłą Hanitkę. Laureain zadrżała. Niewiele brakowało, by odruchowo sięgnęła po miecz. Próbowała zachować spokój, ale serce waliło jej jak oszalałe. Nieznajomi mogli tylko podejrzewać, iż to o nią chodzi, ale Arpe i jego ludzie wiedzieli. Na pewno zaraz któryś się wygada. Poczuła na sobie wzrok Ergena. Wiele ją to kosztowało, ale wytrzymała jego spojrzenie. - Czy my wyglądamy na Hanitów? – spytała Amnebe. - No, nie – odezwał się jasnowłosy młodzik z bujną grzywką. Wąsacz posłał mu surowe spojrzenie. Chciał coś powiedzieć, ale Amnebe go ubiegła. - Skoro to Hanitka, to czemu nie szukacie jej wśród Hanitów? - Nie jest jeszcze Hanitką – powiedział bez przekonania wąsacz. – Może ją widzieliście na szlaku? Podróżuje z długowłosym mężczyzną, ubranym w brązowe spodnie, zieloną koszulę oraz czarny płaszcz. - Nikogo takiego nie widzieliśmy – stwierdził Arpe. – A teraz wybaczcie, ale śpieszy nam się. Wąsacz jeszcze chwilę przyglądał się Laureain, po czym szarpnął uzdę i usunął się Arpe z drogi. - Rozumiem. Ale gdybyście kogoś takiego zobaczyli, udajcie się do Dilmy i pytajcie o Demiusa. Jest za nią nagroda. - Jak wysoka? – spytał Ergen. – Za godziwe pieniądze moglibyśmy jej poszukać. - Za informację trzydzieści pensów, za żywą dziewczynę sto. Ergen skinął głową. - Będziemy mieć oczy szeroko otwarte, bywajcie. Powoli ruszyli przed siebie. Laureain jeszcze długo czuła na sobie wzrok wąsacza.

XXXI

Laureain zwalniała tak długo aż Arpe, Goneley i Ergen znaleźli się pięćdziesiąt metrów od niej i Amnebe. - Szukają mnie – stwierdziła, choć wiedziała, że dla Amnebe było to tak samo oczywiste jak dla niej. - Na to wygląda. Laueain mocno ścisnęła lejce i jeszcze zwolniła. Chciała mieć pewność, że pozostali nie usłyszą ani jednego słowa z ich rozmowy. - Ergen i Arpe zorientowali się. Amnebe spojrzała na Laureain – To bez znaczenia, nie wydadzą cię. - Nawet za sto pensów? - Są lojalni. Podróżujesz z nami, więc mają cię za swoją. Gdyby tamci chcieli zrobić ci krzywdę, walczyliby w twojej obronie. Laureain jakoś nie mogła w to uwierzyć. - Są lojalni wobec ciebie. A Ergen mnie nienawidzi. - Nieprawda. Ergen to po prostu Ergen. Dla wszystkich jest chamski i niegrzeczny. Zwłaszcza, gdy nie jest w centrum uwagi. Taki ma styl bycia, nie przejmuj się nim. Łatwo mówić. Laureain nie ufała ani Ergenowi ani Arpe, nie wspominając już o Gonleyu, który mógłby ją zdradzić, nie wiedząc nawet, że to robi. Po raz pierwszy przyszło jej do głowy, że byłaby bezpieczniejsza podróżując sama. - Może powinnam was opuścić. - Daj spokój. Wiesz, co by było, gdybyś spotkała taką bandę sama na szlaku? Laureain wolała o tym nie myśleć. Kim u licha był Demius? Jak mogła narobić sobie wrogów i o tym nie wiedzieć? Próbowała przypomnieć sobie, czy naraziła się komuś ostatnimi czasy, ale nic nie przychodziło jej do głowy. W Alcali żyła ze wszystkimi w zgodzie i na szlaku, ani ona, ani Rimvalen także nikomu nie podpadli. Większość czasu spędzali samotnie, w lesie. O co mogło chodzić? - Słyszałaś o Demiusie? – spytała. Amnebe pokręciła głową. - Ja też nie. Nawet nie wiem, gdzie leży Dilma. - Na północny wschód od Antim. Jakieś dziesięć dni drogi. Laureain poczuła ukłucie w sercu. - Tak blisko… Czego on może ode mnie chcieć? - Gdybym miała zgadywać, powiedziałabym, że naszyjnika. Laureain nawet to nie przemknęło przez głowę. Właściwie zapomniała już o Gelbocie. - Myślisz, że ta legenda stała się tak popularna? - Nie wiem. Może się mylę, ale sama przyznasz, że skarbiec złota wielkości sali pałacowej pobudza wyobraźnię, nie wspominając już o żądzy. Ludzie zabijają dla znacznie mniejszych sum. Laureain pomyślała o legendzie Gelbota. Amnebe mówiła, że dwa medaliony ma Roem, syn jednego z rycerzy, którzy zabili potwora, a pozostałe skradziono. Jeśli trafiły do jednej osoby, na przykład Demiusa, było więcej niż prawdopodobne, że szuka teraz następnych. - Jak to możliwe, że nigdy nie słyszałam o tej legendzie? Jeśli Demius zbiera naszyjniki, mogę mieć kłopoty. Przez chwilę jechały w ciszy. Trochę przyśpieszyły, ale chłopcy ciągle wyprzedzali je o dobre czterdzieści metrów. - Wątpię, żeby w Garvalen dowiedzieli się czegoś o tobie. Ale Silrom to co innego. Narobiliśmy za dużo zamieszania z tą hydrą. - Powinnam wracać do Shaudu. Tam na pewno wiedzieliby co robić. - O tak. Już widzę, jak zaczynają im się świecić oczy na myśl o fortunie, jaką mogą zdobyć dzięki naszyjnikowi. Laureain spojrzała Amnebe w oczy. - Co chcesz przez to powiedzieć? - Nikt tak nie wykorzystuje innych jak Hanici. Oni zawsze wiedzą co zrobić, by odnieść jak największą korzyść. - To dlatego od nich odeszłaś? - Nie – odpowiedziała Amnebe, po czy rozpędziła konia i dogoniła kompanię.

XXXII

Słońce wisiało już wysoko na niebie, gdy zdecydowali się na pierwszy postój. Nie czuli zmęczenia, ale konie musiały odpocząć. Byli w drodze już osiem godzin i przejechali ponad dwadzieścia kilometrów. Jeśli nie zwolniliby tempa i do wieczora zrobili drugie tyle, najdalej jutro po południu powinni stanąć u bram Antim. Laureain bardzo się z tego cieszyła. Towarzystwo Ergena irytowało ją coraz bardziej. Cały czas próbował sprowokować ją do kłótni, jeśli nie słowami, to uśmiechem lub spojrzeniem. Miała dość widoku jego zarozumiałej, tępej, uśmiechniętej gęby. Im bardziej ignorowała chłopaka, tym durniejszych metod się chwytał, by zwrócić na siebie jej uwagę. Raz nawet udając, że polewa się wodą z bukłaka, chlusnął nią Laureain w twarz. Gdyby nie to, że był straszny upał i ten prysznic trochę ją ochłodził, przywaliłaby mu w łeb pięścią. Teraz Ergen klęczał w wodzie, tuż przy wodospadzie i na polecenie Arpe napełniał wodą bukłaki. Arpe kręcił się przy koniach z mapą w ręku, Gonley pożerał półmetrową kiełbasę, a Amnebe obserwowała rzekę i las. Laureain siedziała obok nich, pochłaniając ser – prezent od Espe. Karczmarz przygotował dla nich prowiant, chcąc jak sam się wyraził „podziękować za zabicie bestii”. - Ktoś powinien sporządzić porządną mapę tego regionu – mruczał Arpe. – Ta się nie trzyma kupy. W tej chwili powinniśmy stać u wrót Nardur. Ta rzeka ma niby przepływać przez jego środek. - Nie wygląda, aby tu kiedykolwiek stało miasto. Zostałyby mury albo chociaż ścieżki - stwierdziła Laureain, rozglądając się dookoła. Drzewa, które otaczały rzekę i przylegającą do niej polankę miały kilkadziesiąt, jeśli nie kilkaset lat. Jeśli rzeka biegła przez miasto, to bardzo, bardzo dawno temu. - Nardur chyba w ogóle nie istnieje. Tyle razy tędy przejeżdżałem, a jeszcze nigdy na nie wpadłem. Ktoś się pomylił albo…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%