Fantasy · 26 min czytania
Mniejsze zło - część 7
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
XXXIV
- To jest… To… - Laureain przyglądała się tabliczce wyrytej nad bramą wjazdową do Antim. Przez jej serce przelewały się rozmaite uczucia: zdziwienie, ciekawość, strach i gniew. – Miasto czarodziejów… Tabliczka z napisem Antim miała trzy metry wysokości i pięć szerokości. Litery tworzące nazwę miasta były koślawe i przesadnie wielkie. Między nimi widniały malutkie gwiazdki. To jednak nie tabliczka zdziwiła Laureain, ale komentarz, który się pod nią znajdował: „Miasto cudów i przyjemności. Wjeżdżasz na własną odpowiedzialność”. - W rzeczy samej. - Dlaczego mnie nie uprzedziłaś? - Bo wiem jaki stosunek do magii mają Hanici. Nie przyjechałabyś tu, gdybyś wiedziała, że Antim to miasto czarodziejów. Amnebe skierowała się w stronę bramy. Laureain jeszcze raz spojrzała na tabliczkę. Jej ręce zacisnęły się mocniej na lejcach. Magiczne miasto. Hanici nienawidzili czarodziei. Laureain jednak zbyt krótko przebywała w Shaudzie, żeby zrozumieć, o co naprawdę chodziło. Rimvalen twierdził, że magowie niewłaściwie używają swoich zdolności. Zamiast służyć światu, służą sobie. Gonią za przyjemnościami z taką samą zawziętością jak zwykli ludzie za jedzeniem. Kodeks Hanicki natomiast nakazywał troskę o innych. Nie tylko o Shaud i innych członków cechu, ale wszystkich ludzi narażonych na niebezpieczeństwo. Moc psychiczną, którą Hanici zdobywali dzięki ćwiczeniom, medytacjom, ziołom i specjalnej diecie, czarodzieje mieli wrodzoną. Jedyne czego uczyli się młodzi adepci magii to wykorzystywania tej siły. Mogli zrobić wiele dobrego, ale zamiast tego woleli bawić się, straszyć i oszukiwać. Podobno większość czarodziejów była bardziej zamożna niż królowie. Mieli swoje zamki i tworzyli prywatne królestwa. - Jedziesz? Laureain spojrzała na Amnebe i po chwili wahania szturchnęła stopą Amroco. Trochę bała się magicznego miasta, ale była ciekawa jak wygląda. Na całym świecie istniało kilkanaście takich miejsc. Były zbudowane przez czarodziejów i im przede wszystkim miały służyć. Na początku mieszkali w nich tylko magowie, ale z biegiem lat to się zmieniło. Dzieci czarodziejów nie zawsze zostawały magami, a ich wnuki jeszcze rzadziej. Zakładały więc rodziny i zostawały w Antim, czasami ze względów bezpieczeństwa, czasami z przyzwyczajenia. Istniał jeszcze jeden powód, dla którego Hanici nie lubili takich miast jak Antim: nie mogli tu korzystać ze swojej mocy. Czarodzieje tworzyli naokoło miasta bariery, które blokowały zdolności psychiczne Hanitów. Chcieli mieć monopol na wszelką magię, nawet tak małą jak ta hanicka. - Nie masz się czego bać – stwierdziła Amnebe, rozglądając się dookoła. – To zwykłe miasto, tyle, że prawie nic nie jest tu prawdziwe. Jechały wybrukowaną kostką drużką, po bokach której rosły kwiaty. Nasturcje, tulipany, róże, stokrotki. Antim mieniło się wszystkimi kolorami tęczy. Uśmiechnięci ludzie spacerowali alejkami pojedynczo, parami lub w grupach. Sprawiali wrażenie, że czas biegnie dla nich wolniej niż dla innych. Laureain nie miała pojęcia, czy to wszystko czarodzieje. Wyglądali zwyczajnie, może odrobinę bardziej dystyngowanie niż mieszkańcy zwykłego, małego miasta, ale nie ekstrawagancko. Laureain spojrzała na Amnebe. - Jesteś córką magików? - Nie. Mój dziadek był czarodziejem, ale rodzice nie interesowali się magią. Ani dziećmi, jeśli chodzi o ścisłość. Zostawili mnie i brata pod opieką dziadka i wyjechali. Nie mam pojęcia dokąd. - Twój dziadek ich nie szukał? Nie próbował namierzyć za pomocą magii? - Nie wiem. Jeśli tak, nie powiedział mi o tym. Laureain szukała na twarzy Amnebe emocji, ale nie znalazła ich. Dziewczyna patrzyła przed siebie obojętnym wzrokiem. - Zatrzymamy się u niego? – spytała, próbując nadać swojemu głosowi normalną barwę. Myśl, że miałaby spędzić kilka dni w mieszkaniu czarodzieja, przerażała ją prawie tak samo jak strach przed potworami czyhającymi w lesie. - Nie. Mój dziadek miał obsesję na punkcie magii. Chciał okiełznać wszystkie żywioły i zostać arcymagiem, ale gdzieś najwyraźniej przesadził, bo poplątały mu się zmysły. Ostatnio widziano go trzy lata temu, jak odfruwał stąd na skrzydłach bociana. Laureain zamurowało. Gdyby poruszała się pieszo, pewnie by przystanęła. - Zatrzymamy się u mojego brata. On też jest czarodziejem, jego specjalnością jest magia powietrza. Potrafiłby wyrwać dom z fundamentów i postawić go w środku lasu. Gdyby chciał, oczywiście. Ale nigdy dotąd tego nie zrobił i nie zrobi. Jest na to zbyt… Amnebe stanęła. Dojechały właśnie do wielkiego, zielonego placu. Stało na nim mnóstwo namiotów i straganów, a dookoła krążyły setki ludzi. Na targowisku panował gwar, który towarzyszy wszelkim jarmarkom. Trzy metry przed nim stał młody, długowłosy chłopak. Z jego rąk wylatywały iskry, unosiły się dziesięć metrów w górę, po czym rozpryskiwały na wszystkie strony. Kilkanaście osób gapiło się w niego jak w obraz. Po chwili iskry zmieniły się w czerwone piłki, które wysoko ponad głowami zebranych rozpadały się na drobne ogniki. - Niesamowite – stwierdziła Laureain. - Bajki dla dzieci. – Amnebe uderzyła piętą konia i wjechała na ścieżkę biegnącą przez sam środek placu. Laureain ruszyła za nią. Gdy obróciła się przez ramię, młody czarodziej znów żonglował iskrami. - Twój brat tak potrafi? - Nie. Mówiłam ci, że jego specjalnością jest magia powietrza. Laureain zrównała się z Amnebe. Już wcześniej słyszała, że magowie czerpią moc z żywiołów, ale nie miała pojęcia, iż są w stanie korzystać tylko z jednego z nich. - A nie można tego jakoś połączyć? - Można. Arcymagowie umieją posługiwać się wszystkimi żywiołami, ale większość czarodziejów specjalizuje się tylko w jednym. Na dłuższą metę to wystarcza. Podstawowe czary takie jak „iluzja”, można wykrzesać z każdego żywiołu. - A od czego zależy specjalizacja? Wybiera się ją? - Tak. Są testy predyspozycji, ale wybór należy do czarodzieja. Ci co chcą leczyć, wybierają magię wody, ci co wolą niszczyć, ognia. Ziemia i powietrze są pośrodku równania. Laureain nie zdążyła zastanowić się nad tym, co usłyszała, bo jej uwagę przykuł starszy mężczyzna z dziwnym stadkiem zwierząt. Były w nim dwie kury, koza, cztery papugi, pies, dwa koty, kaczka i wąż. Siwy jegomość krzykiem informował, że jego zwierzaki mówią ludzkim głosem. Obok stała kobieta z talizmanami, dalej uzdrowiciel, a na końcu placu wąsacz sprzedający magiczną broń. Demonstrował właśnie rudowłosemu wyrostkowi działanie magicznego miecza. Uderzył klingą w gruby kawał drewna, zmieniając go w popiół. Laureain była pod wrażeniem. - Może coś kupimy? Podoba mi się ten ognisty miecz… - Nigdy nie rób zakupów na magicznym jarmarku bez czarodzieja. Połowa tych rzeczy to oszustwo lub iluzja. Wrócimy tu jutro z moim bratem. Wtedy zrozumiesz.
XXXV
Za jarmarkiem ścieżka znów zmieniała się w brukowaną drogę. Po bokach ciągnęły się łąki pełne różnokolorowych kwiatów. Większość gatunków Laureain widziała po raz pierwszy. Unosił się nad nimi cudowny zapach lawendy, róż, bzów, pomarańczy, truskawek oraz wielu innych roślin i owoców. Po pół godzinie ścieżka stała się odrobinę szersza oraz bardziej kręta, a miejsce łąki zajęły domy w dziwacznych kolorach i rozmiarach. Niektóre były wielkości stajni, inne pałacu. Jedne wydawały się przesadnie szerokie, inne za wysokie. Barwy ścian łączyły w sobie żółć, czerwień i czerń. Nie istniał kolor, który nie pojawił się w Antim. Amnebe zatrzymała konia przy niebieskim domu, otoczonym dwu metrowym, drewnianym płotem, zasłaniającym ogród. - Jesteśmy – oznajmiła, zsiadając z konia. Laureain zeskoczyła z Amrocco i w ślad za koleżanką podążyła do furtki. Amnebe nie zawracając sobie głowy pukaniem, pchnęła drzwiczki. Laureain zaparło dech w piersiach. W ogrodzie rosło kilkaset różnorodnych kwiatów i krzewów, a dookoła nich płynął strumyk w kształcie serca. Rośliny były rozsiane chaotyczne. Osoba, która to zrobiła, nie zwracała uwagi na gatunki. Tulipany, róże i stokrotki sprawiały wrażenie, jakby wyrastały z jednej bulwy. - Niesamowite – szepnęła Laureain. Do oddalonego o jakieś sto metrów domu prowadziła wyłożona wielkimi kamieniami ścieżka. Człapała po niej w ich kierunku kaczka. - Taak. Niesamowite. Laureain przyglądała się kaczce. Ptak dziwnie przebierał nogami, jakby były nierówne. - To czarodziejska kaczka? Amnebe wyciągnęła miecz. - Zaraz się przekonamy. Masz ochotę na rosół? Zanim zdezorientowana Laureain zdążyła odpowiedzieć, Amnebe zrobiła zamach mieczem. Kaczka zagdakała, a potem zaczęła się zmieniać. Jej nogi urosły i stały się ludzkimi, skrzydła przeobraziły się w ręce, a na miejscu dzioba pojawił się w nos. Laureain nie rozumiała, co ani dlaczego się stało, ale miała przed sobą dziewczynę w zielonej sukni. Jej długie, kręcone jasne włosy przeplatały kruczoczarne i fioletowe pasma a błękitne oczy uważnie wpatrywały się Laureain. Amnebe schowała miecz. - Cześć, Ryaia. Miło cię widzieć. - Zapewne. Kogo chciałaś wypatroszyć tym mieczem: mnie czy moją kaczkę? - Jeszcze nie widziałam ptaka, który szedłby tak krzywo. - Ha! Ciekawa jestem, jak ty byś się poruszała, mając małe płetwy zamiast stóp. Może chcesz spróbować? Amnebe cały czas patrzyła czarodziejce w oczy. - Dziękuję. Może innym razem. Ryaia, to moja koleżanka Laureain, Laureain, to moja bratowa Ryaia. Laureain zmusiła się do uśmiechu. Uścisnęła rękę, którą wyciągnęła do niej czarodziejka, ze zdziwieniem zauważając, że wszystkie palce jej dłoni zdobią pierścionki. Ryaia najwyraźniej uwielbiała biżuterię. W uszach miała brylantowe kolczyki, a jej szyję zdobił łańcuszek z błękitnym kamieniem. - Słyszałam, że podobał ci się mój ogród – odezwała się Ryaia, udając, że nie widzi drwiącego uśmiechu Amnebe. - Jest śliczny. Kwiaty wyglądają, jakby pochodziły z tego samego gatunku, a jednocześnie bardzo różnią się od siebie. Ryaia roześmiała się. - Tą kompozycję tworzyłam kilkanaście godzin, ale efekt okazał się wart zachodu. Chodźmy do domu. Jego wnętrze dekorowałam znacznie dłużej.
XXXVI
Laureain nie mogła oderwać oczu od ścian pokoju. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że mają kolor łososiowy, na drugi, że różowy, a na trzeci fioletowy. Barwy zmieniały się, ale nie sposób było dostrzec momentów metamorfozy. - Niesamowite – powiedziała, podchodząc do jednej ze ścian. Miała ochotę jej dotknąć, ale nie chciała wyjść na prostaczkę, która nie wie nic o magii. - Powtarzasz się – stwierdziła Amnebe. Rzuciła plecak w kąt izby i nie czekając na zaproszenie Ryaii, usiadła na jednym z pięciu foteli, które stały naokoło stołu tuż przy oknie. Ryaia uśmiechnęła się i podeszła do Laureain. - Proste zaklęcie. Chodź, pokażę ci coś lepszego. Ryaia poprowadziła Laureain do wielkiej szafy, stojącej w rogu pokoju, niedaleko drzwi wejściowych. Oprócz stołu, foteli, kilku krzeseł i dużych doniczek z kwiatami, był to jedyny mebel w pokoju. Ryaia spojrzała na Laureain, żeby upewnić się, czy dziewczyna patrzy, po czym otworzyła pierwsze z czterech drzwiczki szafy. Ściany pokoju zmieniły kolor na zielony i zapełniły się półkami pełnymi książek. - A teraz… - Ryaia zamknęła drzwiczki i otworzyła drugie. Ściany stały się żółte, a na półkach zamiast książek znalazły się ozdobne kamienie, bursztyny oraz obrazy. Pojawiło się też biurko i duże lustro. Laureain podeszła do biurka i dotknęła jego blatu. Był rzeczywisty. - Pierwszy raz widzę coś podobnego. W ten sposób z jednopokojowej chaty można zrobić willę. - Niezupełnie. Półki nie materializują się, tylko przemieszczają z pokoi znajdujących się po drugich stronach ścian. - To znaczy, że tam jest biblioteka? – spytała Laureain, wskazując ręką ścianę, na której chwilę wcześniej były półki z książkami. - Dokładnie tak. Ryaia uśmiechnęła się, zamknęła szafę i skierowała się w stronę stołu. - Gdzie jest Caod? – spytała Amnebe. Ryaia zajęła fotel naprzeciwko niej. Laureain jeszcze raz rzuciła okiem na magiczną szafę, po czym dołączyła do dziewczyn. - U Galhala. Budują teleport prowadzący do waszego dziadka. Yavethin odebrał od niego jakiś sygnał. - Jaki sygnał? Ryaia odchyliła się na oparcie fotela i spojrzała w okno. - Śniło mu się, że… - Jeśli to był sygnał senny, to nie obchodzą mnie szczegóły. Kolejne urojenie, kolejnego szaleńca. - Yavethin nie jest szaleńcem, a Galhal mu wierzy. - A, to wszystko zmienia. – Amnebe spojrzała na Ryaię. – Proszę cię, daruj mi te bajki. Yavethin z nudów wymyślił jakąś głupią historyjkę o proroczym śnie, a Galhal dał się nabrać. Czasami nie wiem, który z nich jest bardziej szalony. Na stół spadła taca z jedzeniem i talerze. Laureain spojrzała na sufit, ale zobaczyła tylko zbite deski. Ryaia cały czas lekko się uśmiechała. Ani zaczepny ton głosu ani słowa Amnebe nie robiły na niej wrażenia. - Bajki… To samo można by powiedzieć o waszych hanickich wizjach. A przecież wiemy, że są tak samo realne, jak słońce i gwiazdy. Ale nie ma się o co kłócić. Caod wyjaśni ci, o co chodzi Galhalowi. Teraz zjedzmy. Pewnie jesteście głodne. - Kaczka - Amnebe wzięła talerz i…