Historia · 7 min czytania
Mnisi od świętego Wojciecha
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Roku pańskiego 1364 syn Łokietka Władysława Kazimierz w Krakowie był się układać z Luksemburczykami i Ludwikiem Węgierskim, szwagrem swoim. Radzić się mieli co by krucjatę przeciw Turkom rozpoczynać. Nic ci jednak nie uradzili w tej sprawie. Ale tedy, co dla tej opowieści ważniejszym jest, król Kazimierz z margrabiami brandenburskim się w zamiarach wielkich pobratał. A mowa tu o mnichach po świętym Wojciechu co go prusacy w 997 roku jeszcze wymordowali. Zakon ci ich miano Wojciechanów nosił. A zwano ich różnie, acz jako Czarna Orda znani najczęściej. Zakonnicy, co nie każdy wie, siedziby swe mieli na Pomorzu zachodniem i w Mekleburgi, co w ten czas pod rządami Brandenburczyków była. Ludność ich wielce wielbiła. Co króla Kazimierza i Ludwika II Małym zwanego srodze złościło. Tako obaj wojska chcieli swe ku nim wysłać co by wybić ich jeden po drugim. A że Wojciechanie stolicy piotrowej też za skórę zaszli to i błogosławieństwo Urbana V król Kazimierz otrzymał. I tu ci się ma opowieść zaczyna.
Jam jest Cyryl z Krużnikowa. Od świętego Wojciecha mnich. Nad zakon nasz groźba wielka ze stron Kazimierza syna Łokietkowego spadła. Dwustu pancernych konnych i dwustu z jazdy lekkiej ku nam wysłał. Z zachodu Ludwik, elektor Brandenburski po wybiciu naszych braci także na nas idzie. A z sobą jazdę, kuszników, łuczników i trebusze ciągnie. W ten czas jako wasal Mistrza Zakonnego Gotfryda siedzał żem w komnacie głównej przy mym panu gdzie i się wszystkie braty główne ze swemi oddziałami zleciały. Co by obronę uradzić. Wpada ci zwiadowca wielce zdyszany. -Panie! Panie miłościwy! Wojsko Kazimierzowe już pod Gryfinem są! I szybko ku nam idą. -Możesz odejść. –skłonił się tylko i czem prędzej wybiegł. -Kazimierz od południa, Ludwik od zachodu. Podszedł do stołu i wzrok na mapę opuści, chwilę w zadumie pomyśli i rzecze tak: -Brandenburczyka w polu nie zatrzymasz... A jak go pod twierdze przepuścisz to pociskami cię obrzuci. Czcibor! Ty ze swoimi, a weźmiesz wszystkich co jeno walczyć mogą, do Wolina się udasz. I tam siedź puki Brandenburczyka nie uwidzisz. Trebusze na końcu powinny iść, jakie dziesięć kilometrów za zbrojnymi. Bo wolne. Tako za zadanie rozgromić ich masz. Wten prędko do nas wracaj. Jeno wybrzeżem jedź bo jak cie Ludwik dorwie to niech cie pańska ręka broni. Ruszaj! Skłonił się i wyszedł. -A co z panem Kazimierzem zrobić mam? Hę? -Daj mi ich przywitać panie –odezwałem się –w Gombrówku ich przyjmę, jeno żyw nikt dalej nie pójdzie. -Nie, nie. Ich czterystu na nas idzie, a ty jeno stu dwudziestu wojów masz. A i tuś mi jest potrzebny –tedy myśleć zaczął znowu. –Gerwazy ty zajmiesz Gombrówek, Witold ty zaś na wschód się w linii rozciągniesz, o tu w Zarzeczach. A Bartłomiej do Borowic pojedzie, pan Henryk pomoc mnie obiecał, a człek to prawy i słowa dotrzymuje. Tedy i nas wspomoże. Ruszajcie. –kiedy wyszli na mnie spojrzy i pyta: -Co ludzie gadają? -Boją się panie. Niektórzy powiadają, że polaki na nas tysiącami ciągną. Tom kazał głupców co to rozpowiadali w lochach zamknąć, co by zamętu więcej nie wszczynali. -Dobrześ uczynił. Godfryd siadł ciężko, głowę podparł dłonią swą. Pozostawiłem go samego, aby mógł odpocząć, bo wieku już był