Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 21 min czytania

Modlitwa ojca

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Modlitwa... Dobra modlitwa jest błogosławieństwem. Adam Kator pochylony nad parą unoszącą się z kubka ze świeżo zalaną kawą, próbował daremnie ułożyć słowa modlitwy. Nie modlił się całe lata. Chodził niemal każdej niedzieli do kościoła, ale w momencie, gdy rzeczywiście zapragnął pomodlić się do Boga uświadomił sobie, że już nie pamięta jak to się robi.

Adaś – 6 lat. Zima. Srogi mróz trzyma świat w krzepkim uścisku już kolejny dzień z rzędu. Prószy drobny, delikatny śnieżek. Jest niedziela, popołudnie. Na niebie nie ma chmur. W pełni króluje na nim słońce. Adaś siedzi na sankach. Takich prostych, drewnianych, z metalowym oparciem. Ubrany jest, jak przystało na zimową porę, w ciepłe ubrania. Ma na sobie brązowe spodnie z ortalionu, zieloną kurtkę, buty marki „Relax”, parę rękawiczek, zrobionych podobnie jak i szalik przez babcię na drutach, oraz grubą, wełnianą czapkę, z wielkim, wielokolorowym bąblem na czubku. Na jego twarzy, rumianej od mrozu, maluje się radość pomieszana z ekscytacją, jaką wywołała zabawa, którą przed chwilą wymyślił ojciec. Ojciec ubrany był dość lekko, zważywszy, że mróz był taki, że aż zapierał dech. Rozpięta kurtka, szalik niedbale przerzucony przez szyję, rozwichrzona czupryna czarnych włosów i wąsy pokryte szronem. Śmiał się ciągnąc sanki za sobą w szalonym biegu. Bieg taki kończył nagłym hamowaniem, przy czym sanki zawracały ostrym ślizgiem, często kończonym wywrotką i lądowaniem Adasia w śniegu. W takim przypadku Adaś krzyczał głośno, a już potem, gdy leżał w śniegu zaczynał śmiać się głośno. Chwilę potem zrywał się na nogi, stawiał sanki na płozy i krzyczał: Jeszcze, jeszcze... Jeszcze raz! Zabawa powtarzała się od nowa. I jeszcze raz. I jeszcze.

Adaś – 10 lat. -1- Wiosna. Jest piękny majowy dzień. Słońce grzeje tak mocno, że ludzie, którzy rano jeszcze powychodzili z domów w grubych ubraniach, teraz zdejmują je. Adaś wraca ze szkoły. Szkoła mieści się o dwa kilometry od jego domu. Z reguły dojeżdża autobusem, ale w piątki kończył lekcje zbyt wcześnie, by opłacało się czekać na autobus i wracał do domu pieszo. Droga upłynęła mu szybko. Szedł rozmyślając o zbliżających się wakacjach i planując wielką wyprawę, o której już od dawna rozmawiał ze swoim przyjacielem ze szkolnej ławki. Wyprawa miała mieć za cel dotarcie do rzeki odległej od domu Adasia o kilka kilometrów, zbudowania tratwy i przeprawę rzeką tak daleko, jak tylko się da. W domu była tylko babcia. Jak zwykle o tej porze krzątała się w kuchni, przygotowując obiad. Ojca nie było... Nic dziwnego. Pewnie jest w pracy. Możliwości w zasadzie były dwie. Albo rzeczywiście był już w pracy i dopiero po pracy pójdzie z kumplami gdzieś się napić, względnie w ogóle nie poszedł do pracy i już pił. Adaś poprosił babcię, by zrobiła mu kanapkę. Sam poszedł do swojego pokoju. Rzucił teczkę na łóżko, szybko się przebrał, wziął z biurka książkę i pobiegł z nią do dużego pokoju. Przy tak ładnej pogodzie najchętniej poszedłby na dwór pobawić się, ale wiedział, że ojciec w każdej chwili może wrócić. A skoro tak, to powinien zostać w domu i pilnować babci. Pilnować, żeby nic złego się nie stało. Wierzył, że dopóki on czuwa nad wszystkim, to nawet najdziksze awantury ojcowskie nie skończą się niczym naprawdę złym. Położył się w swoim ulubionym miejscu do czytania, to jest na podłodze z głową oparta o pufę. Po chwili był już tak pochłonięty lekturą, że ledwie zauważył przyjście babci niosącej mu dwie kanapki z dżemem. Czytał z taką uwagą, że w zasadzie przenosił się z tego świata do świata literackiej fikcji. Jednak ani na chwilę nie przestawało go męczyć głęboko skryte, tłumione, ale ciągle obecne uczucie, które długo później określił jako „czkawka oczekiwania”. -2- Noc. Ciemności w ich domu były takie, że gdy przysuwał swoją dłoń na odległość zaledwie kilkunastu centymetrów przed oczy, z trudem dostrzegał jej zarys. A cisza była taka, że miał wrażenie, że słyszy kroki pająka skradającego się ścieżką swej pajęczyny, w stronę kolejnej ofiary. Adaś czekał na powrót taty. A ten miał w zwyczaju wracać o różnych porach. Czasem nie wracał w ogóle na noc. Czekał, walcząc na przemian z ogarniającą go sennością i nagłymi atakami strachu, że już wraca ojciec, na każdy podejrzany dźwięk dobiegający go z dworu. Nie lubił zasypiać w takie noce, gdyż najgorsze ze wszystkiego było przebudzenie w samym środku nocnej awantury, którą z żelazną konsekwencją urządzał ojciec każdorazowo po swoim powrocie. Nie wiedział wtedy, co się dzieje. Słyszał krzyki matki, czasem jej płacz, trzaskanie drzwi, tłuczenie naczyń... Jego serce waliło jak oszalałe, a on przez jedną, okropną chwilę miał wrażenie, że budzi się w piekle i po wieki już tu zostanie. Gdy udawało mu się doczekać powrotu ojca, wszystko przebiegało łagodniej. Awantura nie stanowiła zaskoczenia, była wręcz oczekiwana. Znał jej wszystkie fazy i elementy. Wiedział już po samym sposobie wchodzenia ojca do domu, czy czeka ich co najwyżej półgodzinna „litania” ojca, czy też scena ze wszystkimi środkami jakie ojciec potrafił zastosować. Czasem podczas takich awantur wydawało mu się, że przy odpowiednim skupieniu myśli jest w stanie telepatycznie pokierować myślami ojca. Zamykał wtedy mocno oczy, starając się nie słuchać ciągu przekleństw, które ojciec niestrudzenie z siebie wyrzucał i próbował „wejść” w jego myśli. Powtarzał w myśli „Idę spać, jestem zmęczony. Jestem zmęczony, idę spać”, mając nadzieję, że ojciec to usłyszy i podchwyci myśl jako własną. Rzadko jednak ta metoda okazywała się skuteczną. Zazwyczaj ojciec przesiadywał w kuchni do późna wykrzykując swą pijacką modlitwę, tak długo i tak intensywnie, że prowokował matkę do wstania i podjęcia skazanej z góry na porażkę, próby uspokojenia go. Kończyło się z reguły przepychaniem, bijatyką, tłuczeniem naczyń lub nawet wezwaniem policji. Leżał więc czekając. W wyobraźni komponował elementy swego największego marzenia i cieszył się ciągłym jego odtwarzaniem. Marzył o tym, że ojciec nigdy nie wróci.

Adam – 17 lat. Lato. Troszkę dziwne. Ciepłe, ale jednocześnie jakieś takie szare, deszczowe, całe przesiąknięte wilgocią. Mało było naprawdę słonecznych dni. Padało kolejny dzień. Może nawet nie tyle padało, co mżyło bezustannie. Przy tym było ciepło i duszno. Nie było czym oddychać. Każdy, nawet najmniejszy wysiłek męczył i powodował intensywne pocenie. W domu kolejna awantura. Nic nowego, nic niezwykłego. Ojciec od dwóch lat już nigdzie nie pracował. Co pił i za co? Ciężko powiedzieć. Tak czy inaczej regularnie przychodził do domu w stanie kompletnego upojenia. Wciąż tak samo agresywny, ale jednocześnie coraz bardziej tracący kontakt z rzeczywistością. Często już nawet nie wiedział, z kim się kłóci, nie wiedział co robi i gdzie jest. Ale wciąż trwał w swym pijackim sposobie na życie. I wciąż sprawiał, że Adam bał się wyjść z domu, zostawić matkę i babcię sam na sam z nim. Nigdy do tego dnia nie mieszał się do awantur rodziców. Nawet w najbardziej dramatycznych sytuacjach nie robił nic, poza przyglądaniem się i modleniem do Boga, by pomógł mamie... Musiał też nauczyć się nie płakać. Zauważył, że jego łzy sprawiają matce jeszcze więcej bólu. Gdy płakał, ona płakała też... Teraz stał naprzeciw ojca w korytarzu. Matka wypchnęła ojca do korytarza z kuchni. Adam sam nie wiedząc czemu wyszedł za nim. Nie dziwiła go nienawiść, która w tym momencie przelewała się w nim. Nauczył się żyć z nienawiścią, która towarzyszyła mu już od wielu lat. Nauczył się tłumić ją i swoją agresję. Wiedział, że jeśli kiedyś pozwoli jej nad nim zapanować, to może się to skończyć bardzo niedobrze. Stał więc naprzeciw ojca, patrząc na niego z nienawiścią, pogardą i wstrętem. Siny na twarzy, włosy lekko przyprószone siwizną, zapuszczone, krzywo poprzycinane wąsy, pustka w spojrzeniu, jakaś poplamiona koszula, spodnie, na których widać było ślady moczu i dwie skarpetki nie od pary – każda dziurawa. - I co? – Wybełkotał ojciec. Kiedyś pośród rozlicznych książek, które przeczytał, znalazł opis pewnego uderzenia, które miało być tzw. ciosem śmierci. Polegał ten cios na tym, aby odpowiednio mocno uderzyć w klatkę piersiową na wysokości serca. Cios taki mógł spowodować arytmię serca i w konsekwencji zgon... Słowa ojca niczym katalizator wyzwoliły w nim całe pokłady nienawiści. Nim zorientował się, co robi, jego pięść wystrzeliła w stronę serca ojca. Uderzył nie tak mocno, jak zamierzał jeszcze w chwili, gdy wyprowadzał cios, ale i tak był on bardzo mocny. Ojciec posiniał na twarzy, zacharczał i osunął się na podłogę do pozycji siedzącej. Adam wystraszył się, że książkowy cios, okazał się nie być jedynie fikcją. Zmroziła go na chwilę myśl, że mógł go zabić. Na szczęście po chwili ojciec złapał oddech, sapnął „Kurwa” i zaczął gramolić się z podłogi. Adam patrzył na niego z obrzydzeniem. Z trudem powstrzymywał się przed chęcią ponownego uderzenia go. Powstrzymał się... Przynajmniej tym razem.

Adam – 18 lat. Jesień. Pogodne, ale dość chłodne popołudnie. Lekki wiatr przyspiesza jedyną wędrówkę liści; z drzew na ziemię. Adam wraca do domu ze szkoły. Po drodze odwiedził jeszcze bibliotekę. W torbie przewieszonej przez ramię więcej ma książek z biblioteki właśnie niż zeszytów czy książek szkolnych. Przed domem, na dywanie utkanym z liści opadających z gruszy, pląsający w pijackim amoku ojciec. Krzyczy, wyzywa, ślina cieknie mu po brodzie, odgraża się, że zabija siebie, że zabije matkę, że spali dom, że cały świat spali i wszystkich, wszystkich zaaaaamoooorduuuujechrrr... Adam minął go szybko. Wszedł do domu. Kuchnia, duży pokój. Drzwi odgradzające kuchnię, od dużego pokoju noszą ślady rozlicznych ataków ojca. Zamykane są one teraz na zamek. To efekt rozwodu, do którego Adam niemal przymusił matkę. Sąd bez zbędnego przedłużania sprawy orzekł i rozwód, i podział majątku. W jego wyniku matka otrzymała parter, ojciec pokój na piętrze, a kuchnia miała być wspólna. Nie wiele jednak to zmieniło. Matka wstawiła zamek w kuchennych drzwiach i teraz drzwi te odgradzały ich od pijackich popisów ojca. Cóż jednak skoro wciąż było go słychać, skoro wciąż musieli tolerować jego obecność pod jednym dachem. W zasadzie nic się nie zmieniło. W pokoju była matka, babcia i Andrzej. Andrzej był ciotecznym bratem Adama, starszym od niego o cztery lata. Nawet nie zdążył się z nimi przywitać, gdy rozległ się dźwięk tłuczonej szyby. To ojciec wybił w oknie szybę znalezionym gdzieś kijem. Wszyscy obecni w pokoju skulili się w sobie ze strachu.…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%