Fantastyka · 16 min czytania
Mógłbym/mogę
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Nie pamiętam nawet dokładnie, kiedy zdałem sobie sprawę, że mogę zniszczyć świat. Zapewne było to w wieku dziecięcym, kiedy czas nie ma znaczenia a wszystko jest dla człowieka jeszcze takie nowe i fascynujące, że trudno to ogarnąć, a jeszcze trudniej uporządkować. W każdym bądź razie, któregoś razu ta dziwna i niepokojąca świadomość w jakiś sposób po prostu zaistniała w moim umyśle. Nie mnie dochodzić, skąd się tam wzięła - zresztą w głowie ludzkiej zachodzi tyle rzeczy dziwnych i niepojętych, dla których wytłumaczenia nie ma, a źródła nie sposób dociec, więc po prostu nie warto sobie tym głowy zaprzątać. Tak więc nie próbowałem. Nie pytałem rodziców. Jak każde dziecko, w swoim czasie zadręczałem to ojca, to matkę pytaniami o rzeczy banalne, jak choćby czemu truskawki są czerwone, i całkiem skomplikowane, jak istota dnia i nocy - lecz tej jednej kwestii nie poruszyłem nigdy. Wydała mi się - nawet wtedy, gdy mało wiedziałem o świecie - niepokojąca, więc przemilczałem ją. Jak dziecko, które wstydzi się przyznać do czegoś, co zrobiło. Choć przecież nie zrobiłem nic. Miałem przerażający potencjał, którego nie zamierzałem wykorzystać. Bałem się. Wiedziałem, że siedzi we mnie coś potężnego, co przekraczało moje pojęcie. Fascynowało, oczywiście - ale ciągnęło za sobą ogromne konsekwencje, których nie chciałem narzucać światu i na które sam zresztą nie byłem gotów. Żądło, którym atakuje pszczoła, zabija przecież także ją. Dysponuje orężem, którego słusznie lęka się każdy, kto je choć raz poczuł, lecz gdy je uwalnia, to nie po to, by się ratować, bo razem z jadem wywleka ono z jej odwłoka wszystkie wnętrzności, tym samym definitywnie ją uśmiercając. Tak samo koniec świata z mojej strony byłby przejawem złośliwości - bo przecież nie muszę tego wcale robić; masochizmu - bo koniec świata to koniec świata, a mnie razem z nim; i głupoty - wypadkowej dwóch poprzednich. W jakiś sposób byłem dumny, że - w jakiś pokrętny sposób - wiem więcej, mogę więcej. Tak, mogłem zniszczyć świat. Przy tym ostrożnie podchodziłem do nazewnictwa. Mogłem sprawić, że nastąpi koniec świata - ale nie znaczyło to, że go kończyłem. Nie. Nie kończyłem go, bo przecież nie ja dałem mu początek. Skończenie czegoś to dopięcie na ostatni guzik i stwierdzenie: tak, już gotowe. A jedyne, co ja mogłem, to rozbić go w drobny mak. Z jednej strony, dość niecodzienny talent, lecz z drugiej, nic, z czym warto by się było obnosić, jak choćby z wyjątkową muzykalnością. Talent sam w sobie to też umiejętność niższego sortu - no chyba, że rozchodzi się o prawdziwy geniusz - bo o wiele więcej warte jest prawdziwe rzemiosło, do którego prowadzi wiedza i ogromny nakład sił. Ciężka praca obu rąk. Katorżniczy wysiłek mięśni, kości i stawów, pot, a nieraz i krew. A ja mogłem rozpieprzyć świat w kawałki - ot, tak! Nie potrzebowałem do tego zakasać rękawa, splunąć w dłonie, wziąć parę głębszych oddechów, robić tajemnych znaków ręką ani wykrzyczeć: abrakadabra trele morele! Nie. Musiałem tylko chcieć - chcieć, by nastąpił koniec świata. Nie wiedziałem, z oczywistych względów, jak by taki koniec miał wyglądać, ale sądząc po odruchowym dreszczu, jaki mnie przeszywał na samą myśl, i nagłym napięciu wszystkich mięśni - jakby przez ułamek sekundy przepływał przeze mnie prąd - domyślałem się, że byłaby ta apokalipsa tyleż skomplikowana, co brutalna. I tu zasadniczo mój talent się kończył, bo jeślibym już sobie tego końca zażyczył, to nie mogłem zrobić absolutnie nic, by go zatrzymać albo spowolnić. Mogłem wyzwolić niewyobrażalny łańczuch zniszczeń - ale w żaden sposób nie byłbym w stanie go kontrolować. To było coś zupełnie wegetatywnego - jak biegunka. Mogłem to w sobie dusić, do woli - ale w momencie, gdy powiem sobie: dość, gdy nastąpi rozkurcz tłamszonego przez lata potencjału, wściekła, rozjuszona, rozgoryczona wiekami bezczynnego oczekiwania siła będzie szaleć i niszczyć tak długo, póki nie zniszczy wszystkiego, co się da, lub nie rozproszy się w oparach entropii. Czułem tę moc zawsze i wszędzie. Czułem ją. Czasem w rękach, czasem w głowie, czasem pod sercem, w podbrzuszu - jakbym był tą mocą ciężarny - a niekiedy całym swoim jestestwem. Była dreszczem na każdym centymetrze mojej skóry, ładunkiem elektrostatycznym na końcówkach moich włosów. Zakwasem w moich mięśniach. Narkotykiem, alkoholem płynącym w moich żyłach, przyprawiającym mnie o rausz, któremu nie mogłem ulec - bo to byłby koniec wszystkiego. Dosłownie. Dlatego ani na chwilę nie mogłem sobie pozwolić na lekkomyślność. Musiałem cały czas kontrolować, trzymać w ryzach coś, nad czym nie mógłbym zapanować, jeśli już bym puścił. Miałem władzę nad niewyobrażalnym chaosem. Taki dziwny dar - a czasem obowiązek, a wręcz przekleństwo. Bo nie mogłem, jak każdy inny, zaszaleć, pójść się upić albo zapalić skręta. Sam dym mógłby mi skołować myśli, a mogę tylko gdybać, co by się wtedy stało. Pół biedy, jeśli po prostu dostałbym napadu dzikiego rechotu. Bo równie dobrze mogłem na haju zniszczyć świat - ot, tak, dla hecy! Tak więc, musiałem uważać. Bardzo uważać. A jest w życiu taki okres w życiu człowieka, kiedy przychodzi to z wielkim trudem. U każdego, gdzieś między dziesiątym a trzynastym rokiem życia, pojawia się przemożna potrzeba poznania, brnąca uparcie w jednym kierunku - tam, gdzie się nie powinno. Właśnie wtedy - gdzieś między dorastaniem a dorosłością, która przychodzi na czas, a niekiedy spóźnia się o kilka lat - dzieciaki szaleją, eksperymentują z czym popadnie i sprawdzają swoje granice, przebijając się przez nie z uśmiechem na ustach. Dzieciaki robią głupoty. Dzieciaki robią dzieciaki. Czasem dzieciaki giną - i dla nich nie stanowi to już żadnej nauczki na przyszłość, a dla innych jedynie czasem. Nikt nikogo nie łapie za ręce - jeśli już, to raczej tą ręką poklepie po ramieniu i popchnie do zrobienia największej głupoty. A reszta będzie klaskać, tudzież w porywach emocji po prostu się przyłączy. Gdy ma się naście lat, konsekwencje to tylko mgliste pojęcie, tylko czterosylabowe słowo, i nic nie jest niemożliwe. A ja nosiłem w sobie potencjał popełnienia niewyobrażalnej głupoty. Dlatego musiałem trzymać się z boku i moje nastoletnie życie przepędzać jak dorosły. Jak asceta i pustelnik. Oczywiście, śmiali się ze mnie, że nawet piwa nie chciałem spróbować, przezywali od mięczaków. A ja pozwalałem im na to i tylko uśmiechałem się niemrawo - bo wiedziałem coś, czego oni nie wiedzieli. Oczywiście, nie mogłem się zdradzić ani słowem. Miałem kolegów, którym chciałem imponować, miałem koleżanki, na których zainteresowaniu mi zależało. Sądzę, że gdybym od niechcenia palnął: hej, wiesz, że mógłbym zniszczyć świat, ot tak? - byłbym najbardziej lubianym dzieciakiem na osiedlu. Wszyscy patrzyliby na mnie z podziwem. I chodziliby za mną, nagabująć: pokaż, pokaż! I któregoś dnia, zmęczony tą popularnością, pewnie bym im pokazał. Zapewne spodziewaliby się, że zrobię efektowe łubudu - niby mega-petardę, taką za kilkaset złotych - oczywiście wyważoną na tyle, żeby nic im nie zrobić, poza efektownym błyskiem i hukiem, z którymi się liczyli. Problem jednak polegał na tym, że ja tego nie mogłem wyważyć. Koniec świata, do którego mogłem doprowadzić, był rzeczą w swojej istocie bardzo... definitywną. To coś, co w sobie nosiłem - mniejsza o to, czy to dar, czy przekleństwo - mogło, a w zasadzie miało doprowadzić do końca świata. Cokolwiek miało spowodować katastrofę - ogień, fala, wiatr czy trzęsienie ziemi - było poza moją kontrolą. Nie mogłem zatem popróbować, żeby zobaczyć. Nie mogłem przeprowadzić przedpremierowego pokazu - apokalipsy w wersji mini, ograniczonej do, powiedzmy, obszaru kilku,…