Romans · 6 min czytania
MÓJ
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
MÓJ
Zawsze budzę się pierwsza. I zawsze tylko kilka minut przed Nim. Patrzę na niego każdego dnia. Na jego głowę na poduszce obok, na zamknięte powieki, na siwiejące lekko kręcone włosy, linię odrobinę garbatego nosa, wsłuchuję się w spokojny oddech. Za kilka minut zadzwoni jego budzik. Zapiszczy kilka razy, a on przeciągnie się i otworzy oczy. Wtedy zobaczy mnie obok i uśmiechnie się. Przytknie czoło do mojego czoła i coś do mnie czule wyszepcze. Zawsze tak robi. A ja będę udawała bardzo zaspaną i będę go obserwować spod przymkniętych powiek, aż zniknie w łazience. A wtedy ja się przeciągnę. Z rozkoszą. I nachylę się i wwącham się w jego poduszkę. Też z rozkoszą. Jest mój.
Od pierwszego momentu, kiedy go zobaczyłam, wiedziałam, że będzie mój. To było w pewien słoneczny dzień dwa lata temu. Wszedł do ogródka kawiarenki, w której się zatrzymałam na chwilę. Siadł przy stoliku na zewnątrz i zamówił kawę. Nawet na mnie nie spojrzał. Patrzyłam na niego wtedy dobre kilka minut, zanim mnie zauważył. Był szczupły i wyglądał na wysportowanego. Miał miękkie pewne ruchy, jakby każdy ruch był przemyślany i nie wymagał wysiłku, i jednocześnie było każdym ruchu dużo elegancji. Był taki… do gapienia się. Nie z tym metroseksualnych wypielęgnowanych mężczyzn. Był męski, bardzo pewny siebie. Wtedy wiatr zawiał w moją stronę i poczułam jego zapach. Był to delikatny zapach korzennych perfum, ale gdzieś w tle wyczułam jego naturalny zapach. Nie miałam wątpliwości, że to jego zapach. Pasował do niego. Wtedy właśnie mnie zauważył. Spojrzał mi w oczy z tą swoją bezczelną pewnością siebie, którą dziś tak dobrze znam. I którą, nie przyznam się nigdy do tego publicznie, uwielbiam. A potem się nieznacznie uśmiechnął. Spojrzał na krzesło obok swojego i znowu na mnie. Było to oczywiste zaproszenie, żebym się przysiadła, ale przecież swój honor mam i nie będzie mi jakiś facet pokazywał spojrzeniem, co mam zrobić. Odwróciłam wzrok i udałam brak zainteresowania. Po chwili, gdy spojrzałam znowu, patrzył dalej na mnie z uśmiechem, który mówił, że nie z nim te sztuczki. On w pewien sposób też już wtedy wiedział… Tak mi się w każdym razie wydaje. I tak lubię myśleć o tamtym dniu. Wypił kawę, a potem skinął mi spojrzeniem, uśmiechnął się, wstał i… odwrócił się i odszedł. Patrzyłam na niego jak się oddalał, aż zniknął za rogiem. Nie odwrócił się ani razu. Po prostu nie mogłam uwierzyć. Jak mógł tak po prostu sobie pójść? No jak?
Następnego dnia obudziłam się z natrętną myślą, że pójdę tam jeszcze raz. Pójdę o tej samej porze. I zobaczymy… W tle miałam jeszcze jedną natrętną myśl. Tę o godności, honorze i te wszystkie takie tam… Myśli stoczyły nierówną walkę choć właściwie od początku kibicowałam pierwszej, a drugą tolerowałam, żeby się trochę lepiej…