Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

duchy · 22 min czytania

Mój przyjaciel Duch

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Od dziecka odstawałam od rówieśników. Nie był to mój świadomy wybór. Po prostu mój wygląd – grube okulary, piegi i grzeczne warkocze – powodowały, że byłam uważana za dziwoląga. Tak więc moje życie towarzyskie było bardzo ubogie. Wszystko zmieniło się rok temu, w Halloween.

Halloween w naszym kraju jest bardzo hucznie obchodzone. Nic dziwnego, tu w końcu powstało. Co roku organizowane są bale przebierańców, konkursy na najoryginalniejszą rzeźbę z dyni. Nie, to nie są szkolne zwyczaje. Tak świętuje całe miasto. Z wyjątkiem mnie. Zawsze zaszywam się w domu, obserwując najrozmaitsze postacie, biorące udział w miejskiej paradzie. Mój pokój przyozdabia malutka dynia, najmniejsza, jaką na bazarze udaje mi się znaleźć. Tamtego wieczoru byłam w domu sama. Żeby umilić sobie „świętowanie”, na wszystkie okna nałożyłam płachty i zapaliłam świeczkę we wnętrzu dyniowego lampionu. Nieśmiałe promyki, widoczne przez otwory wycięte w warzywie, delikatnie oświetlały pokój. Co jakiś czas rozlegał się dzwonek do drzwi. Dzieci w strojach trupów, duchów i tym podobnych istot, chodziły po domach i zbierały fanty. Miałam uszykowane słodycze, które wsypywałam im do kapeluszy, czy paczek. Rozmyślania przerwały mi złowrogie jęki, dobiegające ze strychu. Mieszkałam w ponad stuletnim domu, ale jego stan techniczny był bez zarzutu. Pewnie myszy harcują – machnęłam ręką i powtórnie skuliłam się w moją ulubioną pozycję. Po chwili dźwięk się powtórzył. Kici, kici – zawołałam, ale widocznie nasz kot wybrał się na balety do miasta. Stwierdziłam, że sama pójdę je przegonić. Weszłam po schodach, które nieprzyjemnie skrzypiały. Ich odgłos był podobny do tego na strychu. Gdy weszłam na poddasze, zapaliłam światło, by nie przewrócić się o graty zalegające na podłodze. Rozejrzałam się wokoło. Stara szafa, połamane krzesła, kartony z ubraniami dla potrzebujących... wszystko stało jak zwykle. Chodźcie wredne gryzonie – chwyciłam miotłę i szłam lekko skulona przed siebie. Żadnych myszy ani śladu. - Psst! Odwróć się – jakieś echo nakazało mi wykonać obrót. Normalnie pomyślałabym, że to wina szampana, który czasami uderza mi do głowy. Ale tego dnia nie miałam w ustach ani kropli alkoholu. Wykonałam rozkaz. Chciałam wydrzeć się na całe gardło, ale zjawa (tak, teraz dokładnie ją widziałam!) uprzedziła mnie. - Nie krzycz. Usiądź. Posłusznie opadłam na karton, który stał w pobliżu. Moje usta tkwiły w totalnym bezruchu. Dźwięki, które się ze mnie wydobywały były krótkimi stękaniami. Świecący jasno osobnik, unoszący się lekko w powietrzu, przysiadł się do mnie. - Marcus jestem. Dziś moje święto. Nie chciałem balować, jak zwykle – mówił, jak gdyby nigdy nic. – Postanowiłem zatrzymać się w tym spokojnym zakątku. Nic nie odpowiedziałam. Nic nie rozumiałam. Nadal byłam sztywna. Z przerażenia, zdumienia, czy radości, że widzę ducha? Sama nie wiedziałam, co czuję.

Słuchałam nowego znajomego. Mówił mi o sobie. Z jego wywodów dowiedziałam się, że umarł w 1860 r. na suchoty (rety, zadaję się z 140-letnią osobą! Wyglądał na jakieś dwadzieścia lat...). Pochodził z arystokratycznej rodziny, był utalentowanym młodym poetą. Odchodząc, zostawił wybrankę swojego serca, Antoninę. Słuchałam, jak oczarowana. Opowiadał ciekawie. Pomyślałam nawet, że miło byłoby mieć z nim lekcje historii. Uświadomiłam sobie jednak, że tylko mi było dane słyszeć i widzieć owego ducha. Ten fakt bardzo mi się podobał. Rozluźniłam mięśnie, zamknęłam usta. Sama zaczęłam wypytywać tajemniczego przybysza o to, jak się żyło w tamtych czasach, czy rzeczywiście było tak jak przekazują nauczyciele.

No i się zdziwiłam. Różni władcy, żyjący w jego czasach wcale nie byli tacy piękni i wspaniałomyślni, jak podają archiwa. Byli surowi, czasem ordynarni. Choć byłam rozczarowana, że moje poglądy zostały obalone, fascynowała mnie prawda. Ta „prawdziwa” prawda. Marcus mówił nowoczesnym językiem, co mnie dziwiło. Nie używał archaizmów. - Dlaczego nie mówisz po swojemu? – w końcu musiałam zadać to pytanie. Spojrzał na mnie lekko zaskoczony. - Jak to – po mojemu? - No nie wiem, nie używasz słów typu... – trzeba było uważać na lekcjach. – „niźli”, „waćpan”? Zrobiłam głupią minę, nie wiedząc, czy przytoczone przeze mnie wyrazy faktycznie były tymi z jego czasów. - Sprawa jest prosta. Mamy XXI wiek. Muszę się dostosować. On nie widział w tym nic nadzwyczajnego, a ja kolejny raz byłam zaskoczona.

Halloweenowa noc była wesoła. Marcus był tak intrygujący, że w ogóle nie chciało mi się spać. Całą noc spędziłam na strychu. Z miasta dochodziły jeszcze śmiechy i krzyki, pewnie w niektórych lokalach zabawa trwała całą noc. Co za szczęście, że rodzice pojechali do znajomych i nie paliło im się do powrotu! Zapewne kazaliby mi iść spać o 22.00 i przygoda by się skończyła. Duch był inteligentny i żartobliwy. - Masz może przy sobie swoje wiersze? – długo zastanawiałam się, czy to jest realne, żeby je miał. Ale moja ciekawość była silniejsza. - Jeden, najlepszy – wyciągnął pomiętą kartkę z wykaligrafowanymi literami. – Resztę rodzice spalili. Taka była moja ostatnia wola. Podał mi rozwinięty już papierek. Ostrożnie wzięłam go do ręki. Bałam się, że taki relikt rozpadnie mi się w dłoniach. Przejechałam wzrokiem po piśmie. Niestety, nie mogłam nic z tego przeczytać. Nie uczyli nas czytania XIX-wiecznych dokumentów, lecz jedynie schematów elektrycznych...

Czułam, że robię się czerwona na twarzy. Nie patrząc Marcusowi w oczy, oddałam mu kartkę. - Nie mogę się doczytać. Czy byłbyś tak uprzejmy i zrobił to za mnie? – sądziłam, że mnie wyśmieje, ale on tylko wziął głęboki oddech i zaczął:

{i} O Antonino moja najdroższa! Tyś od króla samego jest sroższa! Kobieciną jesteś władną, Przy tym mądrą, bardzo ładną! Przyjmij, proszę do świadomości, Że nie zrezygnuję z mojej miłości! Obojeśmy arystokraci, Nasi ojcowie magnaci bogaci! Mamy lat niespełna dwadzieścia, Nic nie stoi na drodze do szczęścia! Bądź łaskawa przemyśleć amory moje, Liczę, że kiedyś będziemy we dwoje. {/i}

Wiersz był stary, ale język dość zrozumiały. Byłam bardzo poruszona. - Naprawdę musiałeś kochać Antoninę – aż współczułam duchowi. - Tak. Nawet matki, świeć Boże nad jej duszą, nie kochałem bardziej. Widziałam, jak kręciły mu się w oczach łzy. Pewnie przypomniały mu się te piękne czasy. Nie śmiałam jednak o nic więcej pytać. Znałam go zaledwie kilka godzin, więc taka dociekliwość byłaby niesmaczna. W końcu zasnęłam. Rozmowy mnie wyczerpały. Kilka godzin snu dobrze mi zrobiło. Około dziesiątej rano usłyszałam parkujący pod domem samochód. Rodzice wrócili. - Rose! Jesteśmy! – mama otworzyła drzwi do mojego pokoju (poznaję je po odgłosie). - Tu jestem – zwlekłam się zaspana ze strychu. - A ty gdzie byłaś? Urządzałyście z koleżankami zabawę?! – mama była zdziwiona, że nie spałam u siebie. Z drugiej strony doskonale wiedziała, że rzadko ktokolwiek do mnie przychodzi. - Można tak powiedzieć – odparłam. Zdradzić swój sekret, czy nie? Bardzo chciałam się z kimś podzielić moim doznaniem, a jednocześnie wiedziałam z góry, że rodzice pomyślą, że zrobiłam się jeszcze większym dziwolągiem. Tak więc moje zdolności widzenia zmarłych zostawiłam dla siebie. Tego dnia całą rodziną jechaliśmy na groby naszej rodziny. Nie lubię tego dnia. Słota, a my musimy chodzić po błocie, zmagając się z jesiennym wiatrem, który w niczym nie przypominał letniego wietrzyka. Zazwyczaj moja wyprawa na cmentarz kończyła się chorobą. W tym roku jednak, po ostatniej nocy, sama wyraziłam chęć wyjazdu. Rodzice byli zdziwieni, że nagle stałam się taka rodzinna. Nic z tych rzeczy. Łudziłam się, że na którymś cmentarzu znajdę właściwe miejsce spoczynku naszego gościa ze strychu.

Przy grobach licznych cioć i wujków przystawałam dosłownie na chwilę, żegnając się pośpiesznie i zapalając znicz. Rodzice wstawiali w wazony kwiaty, grabili wokoło nagrobka. Ja odrywałam się od nich i dokładnie przyglądałam napisom na grobach, zwłaszcza tych starych i zapomnianych. Marcus Laverson, Marcus Hemton... – za każdym dostrzeżeniem imienia Marcus czułam przyjemne podniecenie. Niestety, albo nie zgadzało się nazwisko, albo data śmierci. W końcu wróciliśmy do domu. Jak zawsze w ten dzień, rodzice pojechali do siostry mamy. Zostałam w domu. Było mi na rękę, że znowu będę sama. Mogłam spokojnie iść na strych, porozmawiać z „nowym znajomym”, nie narażając się na ironiczne sugestie taty, czy dziwne spojrzenia mamy.

Usiadłam tam, gdzie poprzedniego dnia. Marcus jakby na mnie czekał. Zwierzyłam mu się, że szukałam jego grobu na pobliskich cmentarzach. - ... niestety, moje szukania okazały się daremne. Gdzie cię pochowali? - Nigdzie. - Jak to?! Przecież cię chyba nie zakopali w ogródku?! - Nie. Chciałem, by spalili moje zwłoki i rozsypali prochy po okolicy. Sam tak chciał?! Jezu, nie chciałabym być zmieszana z ziemią w postaci szarego pyłku! Aż zmroziło mi krew! - Przecież to nieludzkie! – aż podskoczyłam. - Zrozum, wtedy były takie zwyczaje. Mało osób, zwłaszcza z mojego szczebla społecznego, chciało być pochowanych w grobach, czy grobowcach. Kolejne zupełnie nowe dla mnie fakty. Na lekcjach historii w ogóle nie było o zwyczajach chowania zmarłych. A przydałoby się. Nie wyszłabym na taką idiotkę.

W każdy dzień, kiedy rodziców nie było w domu, wędrowałam na poddasze. Czułam, że w miarę upływu czasu, Marcus staje się dla mnie kimś więcej, niż tylko duchem poznanym w Halloween. Nasza znajomość przerodziła się w przyjaźń. Już nie bałam się go o nic pytać. Stałam się bezpośrednia, kto wie, może nawet bardziej pewna siebie. Mówił mi, jak ważne jest mieć przyjaciół, kolegów. Że wygląd nie jest podstawą oceny człowieka. Uwierzyłam mu. Dzięki temu lepiej czułam się w szkole. Zyskałam koleżanki, a nawet kilku kolegów. Nie ukrywam, jestem osobą inteligentną. Gdy nowi znajomi lepiej mnie poznali, zaczęli prosić o korepetycje, proponowali wspólne wyjścia, imprezy. W domu coraz częściej pojawiały się osoby w moim wieku. Jakże byłam wdzięczna Marcusowi, że tak mnie zmienił! Z drugiej strony uważałam, że trochę go wykorzystałam. On mi tak pomógł, a co ja mogłam zrobić dla niego? - Mnie już nic nie jest do szczęścia potrzebne – za każdym razem odpowiadał to samo.

Pewnego razu, jak zawsze, gdy byłam w domu sama, siedziałam na strychu i rozmawiałam z Marcusem. Nagle usłyszałam znajome zgrzytnięcie klucza w zamku. Nie miałam rodzeństwa, więc mogli to być tylko rodzice. - Schodzę. Przyjdę później – pospiesznie pożegnałam się z przyjacielem i zeszłam na dół. Moja mina była lekko speszona, czułam to. Miałam odczucie, jakbym coś przeskrobała. Tylko wcale tak nie było. Nie można mieć niewidzialnego dla innych przyjaciela? - Z kim rozmawiałaś kochanie? Jakaś koleżanka? – mama…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%