Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 14 min czytania

Moja kochana żona

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Od pięciu lat była moją żoną. Każdego dnia, a było ich tysiąc siedemset dwadzieścia pięć słyszałem, jakim to jestem fajtłapą, niewdzięcznikiem, ofiarą życiową, leniem, ona mnie karmi, żywi, utrzymuje, ona dla mnie poświęciła życie a ja jej zmarnowałem życie. Każdej godziny a było ich czterysta czternaście tysięcy musiałem patrzeć na nią i podziwiać i mówić, jaka jest piękna, dobra, miła, zgrabna, zaradna. Każdej minuty a było ich dwadzieścia cztery miliony osiemset czterdzieści tysięcy byłem pod jej ciągłą kontrolą i dozorem. Z każdą sekundą a było ich bilion trzysta dziewięćdziesiąt milionów czterysta tysięcy coraz bardziej nienawidziłem ją. Codziennie prasa, radio i telewizja donosiły o wypadkach, kraksach, wybuchach, zamachach, zatonięciach, zaczadzeniach, uduszeniach, zabójstwach i samobójstwach. Ale ją te normalne zdarzenia omijały. Nie było jej ani w wykolejonym pociągu, ani w rozbitym autobusie, ani w roztrzaskanym samolocie, ani obok samochodu pułapki nafaszerowanego przez terrorystów materiałami wybuchowymi ani na tonącym statku. Była nieśmiertelna. Gdy czasami sama wychodziła z domu, wyobrażałem sobie, że spada na jej głowę cegła, że nagle wchodzi na jezdnię wprost pod koła samochodu, że ciężarówka wjeżdża na chodnik, którym ona idzie, że jakiś maniak wyciąga spluwę i strzela do bezbronnych ludzi, wśród których ona jest. Ale zawsze wracała. Gdy czasami ja wychodziłem z domu a ona w nim była marzyłem, że gaz wybucha, że nastąpiło trzęsienie ziemi i nasz dom się zawalił, że na nasz dom spadł średniej wielkości meteor, że pękła ziemia w miejscu gdzie stał nasz dom i pochłonęła go w siebie, że chociaż może pośliznęła się w łazience uderzyła o kran i chociaż zabiła. Ale nic się nie działo: żyła, kwitła, dowodziła, rozkazywała. Postanowiłem wysłać ją na tamten lepszy świat, ale wysłać ją tak by wyglądało to na wypadek. Właśnie rozpoczął się sezon grzybobrania. Gazety krzyczały o pierwszych ofiarach trujących grzybów … ofiarach śmiertelnych. Przygotowałem prowizoryczny plan. W tym celu zająłem się kucharzeniem. Najpierw przyrządzałem kolacje, później śniadania, aż doszedłem do gotowania obiadów. Nie chciałem, by nagłe zainteresowanie kuchnią zaczęło się od grzybów. Więc było zupełnie normalnym, gdy któregoś ranka wstałem, wziąłem koszyk i pojechałem do lasu. Grzybów było dużo. Nazbierałem tych jadalnych i jednego szatana. Atlas grzybów informował, że jest bardzo trujący, niewielka ilość wystarczała by zabić kilka osób. Przyrządziłem obiad. Szatana smażyłem oddzielnie, by trafił tylko do talerza żony. Bardzo uważałem. Nie mogłem się pomylić. Nie pomyliłem się. Zjadła. Bardzo jej smakowało. Ona by zrobiła lepiej, ale i tak była zadowolona. W ogóle odkąd zająłem się kuchnią była ucieszona.. Patrzyłem jak je i widziałem jak grzyb wypuszcza jad, który wędruje po organizmie i paraliżuje życie. Czekałem do wieczora. I nic się nie stało. Pomyślałem, że śmierć złapie ją we śnie. To byłoby nawet lepiej. W świadomości mogłaby wzywać pomocy, mogliby wypłukać żołądek i uratować. Całą noc nie zmrużyłem oka słuchając, kiedy przestanie oddychać. Nie przestała. Rano wstała rześka i zdrowa. Jeszcze się łudziłem, ale wieczorem straciłem nadzieję. Wpadłem na inny pomysł. Chodziła w szpilkach, więc zacząłem czyścić i pastować podłogi, schody. Mogła się pośliznąć i zabić albo runąć ze schodów i złamać kręgosłup. Widziałem już jak koziołkuje po schodach, leży bezwładnie a z ust sączy się strużka krwi. Martwa. Po tygodniu parkiety świeciły czystością, można się było w nich przeglądać. W domu unosił się zapach świeżości i past a podłogi przypominały tafle lodu. Sam kilka razy pośliznąłem się i nabiłem parę guzów. Małżonka była wniebowzięta: jej prośby bym zajął się domem odnosiły skutek. Chodziła w swoich szpilkach, stukała po schodach, parkietach i … nic. Nawet się nie potknęła. Po miesiącu miałem dość: past, parkietów, pastowania, froterowania. A moja żonka ciągle żyła. Któregoś razu wymieniałem spalone korki i pomyślałem, że prąd jest wspaniałym żywiołem, wręcz idealnym dla moich planów. Zastanawiałem się jak doprowadzić do spotkania mojej żony z wyżej wymienionym. W tym celu rozgryzłem cały system elektryczny mieszkania. Naprawiłem zepsute kontakty, wymieniłem uszkodzone gniazdka, wziąłem na warsztat wszystkie urządzenia elektryczne. Po kilku tygodniach mogłem zreperować każdą lodówkę, pralkę, telewizor, radio czy mikser. Żona wprost promieniała zadowoleniem. Gdy już wiedziałem wszystko o prądzie, co wiedzieć można było, przystąpiłem do spiknięcia ukochanej żonki z pieszczotliwym prądem. W tym celu podłączyłem odpowiednią fazę do masy lodówki. Dla wzmocnienia efektu teren przyległy nawilżyłem. Wiedziałem, że po przyjściu z zakupów małżonka zaraz idzie do kuchni i wszystkie wiktuały upycha do lodówki. Tak też się stało. Siedziałem w pokoju i czytałem gazetę nasłuchując. Wyobraźnia podsuwała potrząsaną przez prąd żonę, która włącza się w obwód i nie może uwolnić. I ten prąd płynie przez nią, płynie i płynie aż wszystko w środku wypala. Zostaje zwęglona powłoka. Czarna i martwa. Aż zadrżałem z radości. Usłyszałem właśnie, że otworzyła lodówkę i musiała się dotknąć obudowy, bo do uszu doleciały trzaski i jej krzyk. Odczekałem chwilę, złożyłem gazetę i powoli poszedłem do kuchni. Żona stała, zaś lodówka charczała, rzęziła i dymiła się. Nadszedłem na agonalne drgawki agregatu. Żonie nic się nie stało, a w lodówce tak były przepalone obwody, że trzy dni doprowadzałem ją do stanu używalności. Spróbowałem jeszcze z pralką. Z takim samym skutkiem. Wyglądało, że prąd po zetknięciu się z ciałem mojej żony cofał się i atakował biedne obwody urządzeń. Nie mogłem więcej eksperymentować z prądem, bo dwa takie zdarzenia na przestrzeni kilku dni, to i tak było za dużo. Zająłem się ogrodem. Właśnie rozpoczęliśmy budowę basenu i koparka wyryła głęboki wykop w ziemi. Zabezpieczono go, ale przecież wypadki wszędzie się zdarzają. Dziura była wręcz idealna dla mojej żony, bo rozpoczęto już betonować dolną powierzchnię. Gdyby runęła na świeży beton, przy dobrych układach mogłaby się zabić. Codziennie dwa razy zabierałem ją i pokazywałem postępy w pracy. Szła ze mną i cieszyła się jak dziecko. Balansowaliśmy na wąskich kładkach, sam wpadłbym z pięć razy, a ona niczym akrobatka trzymała się mocno. Zacząłem kopać też pułapki w ogrodzie. By wyglądało to naturalnie, zająłem się rabatą. Sadziłem kwiaty, warzywa, dbałem o drzewka. Ogród zmieniał oblicze. Żona wprost rozpływała się w zachwytach. Zapraszałem ją na spacery, pokazywałem, co gdzie wyrośnie, naprowadzałem na przygotowane pułapki, ale zawsze nieomylnie zatrzymywała się przed nimi lub zawracała. Byłem bezsilny. Popchnąć jej nie mogłem. Gdybym miał pewność, że zabije się bez wahania pomógłbym. Ale mogła się tylko zranić. Musiałem być ostrożny. Po jakimś czasie…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%