Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

fantastyka · 18 min czytania

Moja ostatnia wigilia

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Dzień dobiegał końca. Było już widać gwiazdy. Jak zwykle, siedziałem przy swoim złomie, próbując zniszczyć kolejnych obcych śmigających na ekranie monitora. Wszystko było by zupełnie zwyczajne, takie jak w inne dni, gdyby nie telefon. Gdy tylko zadzwonił odebrałem go jako pierwszy. - Słucham? - Rzuciłem zirytowanym tonem, przerwano mi właśnie całkiem dobrze idącą rzeźnię. - Krzysztof? - Głos w słuchawce wydawał mi się dziwnie znajomy. - Tak, kto mówi? - Byłem już coraz bardziej podejrzliwy. - Nie poznajesz mnie? - Chwila ciszy. - Nie. Kto mówi?! -Bałem się tego co rozmówca mógł powiedzieć, to przyszło jakoś tak samo. - To ja, Krzysiu. Wojciech Orlicz. - Eee. - Nie za bardzo wierzyłem w to, co mówił człowiek z drugiej strony, lecz miał dokładnie ten sam głos, co mój zmarły niedawno wujek. - Cześć wujku. - Nie za bardzo wiedziałem, co mam powiedzieć. - Mam dla ciebie ważną wiadomość, ale najpierw chciałem podziękować ci za to, iż wierzyłeś w Valhallę. To jest najpiękniejsze miejsce na świecie, we wszystkich światach. - Miło mi to słyszeć. - Czyżby to naprawdę mógł być mój wuj? Może, nawet jeśli nie to i tak muszę zapytać go o wiele spraw. - Dzwonię do ciebie, by cię ostrzec. Dziś w nocy będziesz miał gości. Duchy świąt przyjdą cię odwiedzić. Ja muszę już kończyć. Powiedziałem i tak za dużo. Żegnaj bratanku. - Zaczekaj! Mam tyle pytań! - Niestety mówiłem już do głuchej słuchawki. Nikogo po drugiej stronie nie było. Może to był tylko sen, jakaś halucynacja spowodowana długotrwałą ekspozycją na promieniowanie monitora. Gdzieś, kiedyś słyszałem, iż należ robić sobie piętnastominutowe przerwy po godzinie grania. Dziś już gram prawie dwanaście. Muszę sobie zrobić przerwę. Wstałem od złomu i poszedłem do kuchni. Tak w zasadzie to wartałoby coś zjeść. - Jest coś do jedzenia? - Zapytałem matki, która akurat weszła do kuchni. - Odgrzej sobie obiad. - Odpowiedziała. - Wołaliśmy cię, ale nie przyszedłeś. Ja ci tego nie będę odgrzewać, sam sobie to zrób. - Stwierdziła i wyszła z pomieszczenia. Poprawiłem sobie włosy. Będę je musiał umyć, ale zrobię to dopiero po tym jak coś zjem. Jestem cholernie głodny. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że od wczoraj nic nie jadłem. Muszę sobie zrobić ten obiad. Jakieś piętnaście minut robiłem sobie jedzenie. Następne piętnaście minut musiałem poświęcić na skonsumowanie go. Moja kochana rodzinka wykorzystała to, że wróciłem na chwilę do rzeczywistości i od razu zrzuciła na mnie obowiązek wyjścia z psem. Tak, tak. Wiem że to naturalnie jest moim obowiązkiem, ale jestem tylko człowiekiem. Nie można wymagać ode mnie aż tyle. Trudno. Kolejne piętnaście minut, na dworze, przy minus piętnastu stopniach minęły jak błyskawica. Uwielbiam takie zimno. Człowiek wtedy może użyć całego swojego mózgu do myślenia, inne funkcje biologiczne schodzą na dalszy plan. Może rzeczywiście ja mam coś z trolla. Po powrocie jak zwykle zostałem objechany za to, iż nie wziąłem ze sobą czapki. Po jakie licho mam nosić czapkę, gdy na głowie mam więcej włosów niż niejeden mężczyzna razem na całym ciele. Na moje szczęście już przywykłem do tej standardowej śpiewki. Słyszałem ją już tak często, iż przestałem zwracać na nią uwagę. Przebrałem się w domowe ciuchy i powiedziałem wszystkim. - Jeśli będzie ktoś mnie szukał to ja umarłem. Ożyję dopiero po świętach. Znów spotkałem się z typowym odzewem moich rodziców. Taki klasyczny tekst o tym jak oni to nie lubią kłamać, etc. Akurat. Oni nie lubią kłamać. Ha, ha. Zatrzasnąłem za sobą drzwi. Kilka kolejnych godzin upłynęło mi w spokoju. Nikt nie przeszkadzał mi w mordowaniu obcych. Znowu przerwali mi akurat wtedy, gdy dobrze mi szło. Oni wszyscy muszą mieć jakiś instynkt. - Krzysiek! - Doszło z sąsiedniego pokoju. - Tia? - Bardzo inteligentnie odpowiedziałem na krzyk. - Chodź tutaj. Kolacja na stole. - To był mój stary. Wolałem mu się nie stawiać i odpowiedziałem. - Już idę. Szukam papuci. - Minęło kilku martwych obcych nim wstałem od swojego złomu. - No chodź. Nie zaczniemy bez ciebie. - Wiedzą, że jestem innowiercą a każą mi dopełniać jakiś głupich rytuałów. Przegramoliłem się do drugiego pokoju. Siedzieli tam już wszyscy "goście". To jest: moja jakże kochana cioteczka i chory dziadek. To byli już wszyscy goście. Z mojej rodziny byli też wszyscy, matka, ojciec, młodszy braciszek i pies Cezar. Wszyscy jakoś tak odświętnie ubrani. - To może ja przyjdę później. - Poczułem się dość niezręcznie w bokserkach i koszulce, w którą wprasowany był kształt czaszki, podpisany "Metallica", a to nijak odnosiło się do ich obecnej twórczości. - Nigdzie nie pójdziesz. Zjesz z nami kolację. - Znów ojciec. Może lepiej jednak nie będę się oponował. On jest jeszcze gotów wyłączyć mi prąd z pokoju albo, co gorsza, przestać płacić raty za mój złom. Przerażony usiadłem do kolacji. Nauczony doświadczeniem, nie mogłem tknąć jedzenia, póki wszyscy nie odwalą ściemy, że niby to się modlą. Cierpliwie czekałem aż wszyscy skończyli. Łapczywie wchłonąłem talerz makówki, która tego roku była zrobiona nad wyraz dobrze i wstałem od stołu. - A prezenty? - Moja kochana cioteczka, zapytała tym swoim cudownym głosiczkiem. Poczułem się zupełnie tak, jakby stado słoni przebiegło mi po plecach. - Ja swoje znam. - Odciąłem krótko i poszedłem do swojego pokoju dalej męczyć obcych. Musiałem chwilę przecierpieć. Moja ulubiona rodzinka śpiewała kolędy. Nawet Cezar tego nie wytrzymał i przyszedł do mojego pokoju, zaskomlał pod drzwiami i podrapał je łapą. Z litości wpuściłem go. Bez żadnego szemrania poszedł do rogu i zwinął się kulkę. Nie kulkę, dużą kulę mięsa i sierści. Gdy rodzina zakończyła kolędowanie, wypuściłem psa. Na całe szczęście nie chciało im się więcej śpiewać. Reszta wieczoru i część nocy minęła już bez przeszkód. Moja kochana cioteczka pożegnała się i wraz z dziadkiem wyszli przed północą. Reszta domowników błyskawicznie ułożyła się do snu. Nie minęło dziesięć minut jak w pokoju brata zgasł telewizor, a z sypialni rodziców doszedł mnie ciekawy odgłos piłowanego drewna. Matka pewnie pomimo hałasu też już śpi. Będzie kilka godzin spokoju. Gdzieś tak o siódmej starszy wychodzi z psem, więc mam jakieś sześć godzin gry. Mała przerwa na łyk wody i mogę grać dalej. Spojrzałem kątem oka na zegarek. Właśnie cyferki na blacie zmieniły się w cztery zera. W moim pokoju nastąpiła ciemność. Delikatną poświatą emanował jedynie ten zegarek, na którym cyfry zatrzymały się na zerach. Zgasł monitor, komputer też przestał szumieć. Na początku bardzo się zdenerwowałem, lecz po jakiś pięciu minutach rozważań postanowiłem, iż taki blackout to jest znak. Muszę położyć się spać. Poziom adrenaliny skoczył w górę gdy tylko nie powiodła się próba włączenia światła. Nie działała lampka przy łóżku ani główne oświetlenie. Ogarnęło mnie przerażenie. Wyrwał mi się krótki jęk. Instalację elektryczną szlag trafił. W momencie, gdy zdałem sobie sprawę, co to oznacza, spanikowałem. Położyłem się na ziemi i zwinąłem się tak jak mój pies wcześniej. Ostrożnie wczołgałem się na łóżko. Zakryłem się cały kołdrą i skulony niczym embrion, próbowałem zapomnieć o otaczającym świecie. Już dawno się tak nie bałem. A teraz... Modliłem się do swojego boga, do wszystkich znanych mi bogów. Wielkie "łup" przerwało mi mój paniczny lęk. Powoli wystawiłem głowę z nad pościeli. Okno się otwarło. Ktoś je kiedyś musi naprawić, albo raczej mój starszy powinien je naprawić. Zresztą to na jedno wychodzi. I tak nie ja będę to robił. Powiew lodowatego powietrza nieco skrystalizował mi zmysły. Przez chwilę wciągałem zimne powietrze wprost do płuc. Zamknąłem okno i wczołgałem się z powrotem do łóżka. Oczywiście nie zauważyłem, iż na zegarze wciąż są cztery zera. Chociaż ten zegar nie posiada takiej funkcji, to nie przejąłem się tym, nie mogłem, gdyż o tym nie wiedziałem. Skulony z twarzą skierowaną w ścianę, znów grzałem się pod kołdrą. - Fajne masz łóżko. - Głos dochodził zza moich pleców. Było to, co prawda niemożliwe. Nikt nie wszedł do mojego pokoju a wcześniej też byłem sam. - Jestem przemęczony. Muszę się porządnie wyspać. - Powiedziałem sam do siebie. - Przytul się przynajmniej do mnie. - Poczułem jak obejmuje mnie jakaś kobieca ręka. Przez chwilę czułem się tak, jakbym był w jakieś śmiesznej kreskówce. Najpierw sprawdziłem czy ta ręka jest prawdziwa. Pod palcami wyczułem delikatną, wręcz jedwabistą skórę, co ważniejsze nie była to moja skóra. Uznałem, iż faktycznie ktoś obok mnie leży. - AAAAA!!! - Z takim okrzykiem wyskoczyłem z łóżka. Tak się złożyło, iż akurat wylądowałem na podłodze. Leżałem tak chwilę. W koszulce, bokserkach i skarpetkach. Zastanawiałem się, co to za dziwny sen właśnie mi się przyśnił. Leżałem tak chyba z pięć minut. Uznałem jednak, iż muszę wstać. Gdy…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Moja ostatnia wigilia — czytnik · opowiadania