Komedia · 15 min czytania
Moja prywatna Baba Jaga
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Moja mama zawsze zaczynała od słów: „Chcecie bajki? Oto bajka…”, ale kiedy spojrzę na bandaże oplatające ciasno moje nadgarstki, wcale nie jest mi do śmiechu. A przecież bajka to coś wesołego, opowieść, która sprawia radość, jest prosta i nawet dziecko by ją zrozumiało ku uciesze Krasnoludków, Kota w Butach i Czerwonego Kapturka. A co ma do tego Czerwony Kapturek? Ma! I to dużo!
Moja ukochana postanowiła się zabawić w Czerwonego Kapturka i odwiedzić babcię z koszyczkiem pełnym wiktuałów. Spakowała „koszyczek” (czytaj: dwie, pękate torby) i zupełnie jak dziewczynka z opowieści pana de Perault, wybrała się w długą drogę. Ponieważ droga była przez las i ciągnęła się kilometrami, dziewczynka w czerwonym czepeczku pogalopowała raźno na stację kolei państwowych. A tyle razy pytałem: „Kiedy ty zrobisz to swoje prawo jazdy?” Mniejsza jednak o świstek – dziewczynka ruszyła w daleką drogę, nie mógł jej strzec jej ukochany, dzielny gajowy, bo nie dostał urlopu, a zamiast złego wilka, spotkała równie niesympatycznego konduktora. Z tą różnicą, że ten akurat chciał zjeść tylko jej bilet. Cóż było robić? Poszedłem z radością poklepać parowóz i sprawdzić, czy aby nie wysiadła z drugiej strony wagonu, a kiedy pociąg ruszył, by po chwili zniknąć na linii horyzontu, wiedziałem, że taraz przez trzy dni mogę się oddać mojej ulubionej rozrywce. Błogiemu lenistwu.
Czas na przyjemnościach szybko upływa, myślę, że nawet szybciej, niż kasa na wakacjach, ale już drugiego dnia zaczęło mi się robić tęskno i smutno, a jedyną sensowną osobą, z którą mogłem zamienić słówko, był agent J-23, Hans Kloss, który popołudniową porą straszył z ekranu miliony telewidzów. W sobotę, dnia trzeciego, również popołudniową porą, miało powrócić moje szczęście, więc zaraz po pobudce skoro świt, czyli gdzieś około dziesiątej rano, powlokłem się do osiedlowego sklepu po wszelkie niezbędne produkty. Dlaczego? Bo miałem PLAN! Plan był bardzo precyzyjny, rzekłbym optymalny i bardzo szczegółowo dopracowany w najmniejszych detalach. Polegał on na zaskoczeniu, oczywiście takim miłym, mojej ukochanej. Jak? Postanowiłem uczcić jej powrót z wojaży i upiec piernik, za którym przepadała. W każdym bądź razie plan zakładał, że będzie to piernik, a zaskoczenie polegać miało tylko na tym, że nigdy wcześniej nic w domu nie upiekłem. Czasami się tylko piekliłem, ale to chyba nie to samo.
Przystąpiłem do realizacji planu: spisałem wszelkie możliwie niezbędne i nieosiągalne w domowej spiżarni produkty, poczłapałem do marketu, wyładowałem nimi koszyk i raźno pogalopowałem na stoisko ze spirytualiami. W przepisie stało: „dodać aromat rumowy”, a ja stwierdziłem, że nie będę domowego wypieku faszerował jakąś chemią, bo od tego rosną w naszym społeczeństwie mutanty. Tak, tak: mutanty. Zakrawa to na science-fiction? Kurczaki faszerowane hormonami wzrostu, wszechobecny benzoesan sodu, wędlina faszerowana żelatyną i syntetycznym olejem (kilo mięsa równe dwa i pół kilo szynki), syntetyki genitalicznie modyfikowane… A tak! Genitalicznie! Rosną z tego mutanty nie mogące mieć dzieci, chudzielce o wzroście dwa metry, wadze 48 kilo i stopie jak u złodzieja podolskiego. Prowadzi to, niestety, do przykrych konsekwencji – mając pięćdziesiąt lat będę musiał zapomnieć o emeryturze, bo moje składki pójdą na renty dla rzeszy trzydziestoletnich rencistów… Ale co tam emerytura! Póki co, postanowiłem, że sam zadbam o zdrową żywność i zamiast tandetnego aromatu rumowego zakupiłem prawdziwy, przedniej marki RUM. Nawet nie wiem, kiedy minął mi ten cały czas poświęcony na powrót do domu i przygotowanie masy.Kiedy jednak odkręciłem korek z butelki z rumem…! Ach, ten aromat! Dwa kieliszki wystarczyły, aby ciasto, oprócz korzennego, wydzielało aromat znacznie przyjemniejszy. Nie ukrywam zresztą, że i sam poczęstowałem się tym wspaniałym trunkiem. Radyjko fajnie grało, to i czas minął szybko. Dochodziło południe, kiedy wpadłem na kolejny genialny pomysł, który postanowiłem wykonać w trybie natychmiastowym. Kilka sprawnych cięć nożem w gorącym cieście, odrobina kremu w strzykawce bez dzióbka, jeszcze tylko poprawka okiennicy i oto stał przede mną na paterze fantastyczny domek z piernika przyozdobiony białymi zakrętasami. Umazany kremem siadłem okrakiem na kuchennym krześle, wsparłem brodę na oparciu i podziwiałem moje arcydzieło. Pewnie podziwiałbym je jeszcze godzinę, gdyby mojej uwagi nie przykuły dwa, prawie nic nie znaczące szczegóły. Otóż w okienku mojej małej, piernikowej chatki pojawiło się światło, zaś z komina zaczęła się sączyć cieniutka stróżka dymu. Nie muszę dodawać, że moje zaskoczenie trwało tylko chwilę, natomiast niezdrowa ciekawość wzięła górę nad potężnym zdumieniem, które dopadło mnie w pierwszej chwili. Postanowiłem zajrzeć w okienko domku i zobaczyć, kto jest tym moim tajemniczym, dzikim lokatorem. Nachyliłem się nad domkiem, ale jak się zapewne domyślacie, przez okienko nie było widać absolutnie nic, więc z twarzą przy paterze uchwyciłem delikatnie malutkie drzwi, gdy nagle te otworzyły się z trzaskiem, przed domek wypadła malusieńka staruszka w chuście na głowie, uzbrojona w dość solidną miotłę. Niczym mistrzyni kendo z filmu „Kill-Thebill” babina zaczęła fechtować, okładając mnie po nosie miotłą. Miotła, co prawda, była malusieńka jak jej właścicielka, ale bolało, jak od ciosów normalnej wielkości narzędziem. - Auuuu! – wrzasnąłem i odskoczyłem od stołu, na którym stała patera z niesamowitym wypiekiem. - Ciekil Git! (tur.:spieprzaj! – przyp. red.) – wrzasnęła babina, pogroziła mi pięścią, po czym wykonała zgrabny piruet na pięcie i zniknęła w swoim piernikowym domku. Drzwi zamknęły się z trzaskiem. Zrozumiałem tylko, że coś jest „git”, ale jak mogło być git, skoro dostałem miotłą przez pysk? Trochę to było dla mnie niepojęte, więc aby się upewnić, co do swojej pomyłki w rozumowaniu, pozostałem na bezpiecznym stanowisku obserwatora. Po kilku minutach na niewielkim maszcie doczepionym do komina pojawiła się nieduża, czerwona flaga. Odruchowo odwróciłem głowę w kierunku kalendarza, ale pierwszy maja był odległy, a rocznica rewolucji była już dawno za nami. Nagle coś śmignęło mi koło ucha i z impetem wpadło do domku i przysiągłbym, że kątem oka widziałem moją ulubioną babinę przelatującą na miotle, ale było to tak nieprawdopodobne, że mózg nie przyjmował tego w ogóle do wiadomości. Coś mnie jednak podkusiło, że by dmuchnąć delikatnie w stronę domku… Czerwona flaga rozpostarła się na wietrze ukazując białą gwiazdę wpisaną w równie biały półksiężyc. Wszystko stało się jasne – w moim piernikowym domku zalęgła się turecka Baba Jaga. Tylko co ona robiła tak daleko na północy? Czy wiedźmy migrują tak, jak ptaki?
Skoro już miałem nową i dość egzotyczną lokatorkę, postanowiłem ją ugościć na naszej polskiej ziemi i powitać jak należy, puszczając w niepamięć bliskie spotkanie z miotłą. Zestaw chleb i sól wydał mi się dość pretensjonalny, tym bardziej, że w Turcji sól nigdy nie była żadnym bogactwem, choćby z uwagi na osiemdziesięciokilometrowe, okresowo wysychające, słone jezioro. Po prostu wziąłem to, co miałem pod ręką, czyli paluszki w sezamku oraz solone orzeszki „Popularne” i zbliżyłem się do domku. Chyba zadziałała magia upieczonego przeze mnie domku, bo oto niewielki budyneczek nagle urósł w oczach, a ja stałem się na tyle malutki, że niewielkie do tej pory drzwiczki stały się dla mnie odpowiednie. Z pewną nieśmiałością delikatnie…