fantastyka · 7 min czytania
Moja wyspa część 2
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Rozbiłem namiot „z widokiem” na lagunę, w miejscu, gdzie kończyła się plaża a zaczynał pas ziemi, porośnięty wszelkiego rodzaju zielskiem. Rozłożyłem się w odpowiedniej odległości od drzew, bo śmierć od orzecha kokosowego spadającego na głowę byłaby głupia… Zabezpieczyłem łódź i przeniesione na brzeg pakunki plandekami, po czym nasmarowałem się olejkiem. Słońce przygrzewało, nie chciałem zaczynać nowego życia od poparzeń… Jeśli chodzi o sprzęt – przyznam, że nieźle się wyposażyłem. Wprawdzie do przeżycia wystarczyłyby mi nóż, manierka i krzesiwo – jednak przybyłem tutaj nie po to, by bawić się w survival, lecz by osiąść na stałe. Oczywiście - chciałem żyć jak najbliżej natury, dlatego postanowiłem sobie, że będę korzystał o ile to możliwe z zasobów wyspy. Jednakże jako milioner i mimo wszystko – mieszczuch – nie zamierzałem ścinać drzew nożem czy siekierą, skoro istniało coś takiego jak piła mechaniczna… Aby nie zanudzić się na śmierć - miałem również w bagażach przedmiot absolutnie egzotyczny jak na „rozbitka”: laptop. Uśmiechnąłem się do tych swoich myśli, przytroczyłem do pasa nóż i siekierę, w dłoń ująłem maczetę – i ruszyłem na rekonesans po „swoim” małym tropikalnym lesie. Bardzo szybko znalazłem coś, co mnie ucieszyło: bambusowy „zagajnik”. Bambus to genialna roślina. Rośnie szybko, nadaje się praktycznie do wszystkiego: od oszczepu po tratwę. Puściłem więc maczetę w ruch i naciąłem spory stos. Kiedy zniosłem go w pobliże namiotu (wiele razy kolędowałem tam i z powrotem) – musiałem odpocząć. Wysiłek fizyczny przy tej temperaturze i wilgotności robił swoje… Wypiłem chyba z litr herbaty. To uświadomiło mi, że zamiast czekać, aż skończy mi się zapas płynów – lepiej zatroszczyć się o wodę ze źródełka. Miałem dwie zgrzewki pełnych, dwulitrowych plastikowych butelek z wodą, manierkę, dziesięciolitrowe metalowe wiadro, kociołek do gotowania i dwa kanistry: pięcio- i pięćdziesięcio-litrowy. Zostawiłem butelki z wodą i złapałem za mniejszy kanister. Podróż do źródełka i z powrotem zajęła mi prawie godzinę, więc postanowiłem, że dziś nie napełnię dużego zbiornika. Fakt, nigdzie mi się nie spieszyło – w razie deszczu miałem namiot, nie musiałem więc gnać z budową schronienia, a i żywności mi nie brakowało. Jednakże skoro naciąłem już bambusów – chciałem popracować dalej nad budową. Wody mi póki co nie braknie ani żywności, więc… Tym razem szukałem prawie dwie godziny, nim odnalazłem to, czego szukałem: hibiscus. Jeśli umiejętnie naciąć ten krzew – można ściągać z niego korę pasami, a później wykorzystać łyko jak „sznurek”. Wprawdzie można też użyć lian, te jednak są grubsze i mniej elastyczne – nadają się bardziej na liny. Dużo czasu spędziłem więc na ściąganiu pasami łyka z hibiscusów – i pożałowałem, że nie wziąłem z sobą manierki. Znów chciało mi się pić! Miałem już stos bambusów i stertę zwojów „sznurka”, pora, by użyć siekiery i przynieść grubych gałęzi na szkielet nośny. Musiałem jednak znów odsapnąć. Klimat był super, jednak nie zaaklimatyzowałem się jeszcze i szybko się męczyłem. Postanowiłem zatem zjeść „obiad” w cieniu zarośli. Mój prowiant to były głównie suchary i zupy w proszku, oraz ryż – gdyż inne produkty szybko się psują, jeśli nie ma się pod ręką lodówki. Rozpaliłem ogień (za pomocą zapałek; miałem krzesiwo, potrafiłem też zrobić łuk ogniowy – nie chciało mi się jednak tracić na to czasu.…