Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Psychologia · 12 min czytania

Moje dzieciństwo pachniało choinką

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

04.03.2008 r.

„Moje dzieciństwo pachniało choinką”

„Zimujemy?”, zapytałam brata „Zimujemy!, Mamo!! Idziemy zimować!”, skwitował „He he, dobrze, dobrze, tylko nie prześpijcie Gwiazdki..”

Mama nigdy nie wierzyła, że nam się uda. A może po prostu wiedziała, że to jest niemożliwe, by przespać najtrudniejszy dla dzieci miesiąc, w którym to oczekują na Pierwszą Gwiazdkę. Wtedy mama wiedziała wszystko, była taka mądra, znała odpowiedz na każde postawione przeze mnie pytanie. Z wiekiem, nie jej, lecz moim, wiedza mamy malała w oczach. Dziś ja odpowiadam na pytania stawiane przez nią.

Nie udało nam się, nigdy się udawało. Ale jakoś, z wielkim trudem, po wielu niespokojnych nocach, przeróżnych pomysłach na przybliżenie sobie Świąt, po wielokrotnym przeszukaniu całego mieszkania w poszukiwaniu prezentów, nadchodziła wyczekiwana Gwizdka. Żadne „Boże Narodzenie”, czym w ogóle mogło być dla nas „Boże Narodzenie”? Dla nas to była po prostu „Gwiazdka”, zapach choinki, lepienie papierowych łańcuchów, śnieg i niepokój przeplatany z ekscytacją, co w tym roku znajdziemy pod choinką. Prezentów zawsze było mało i były tylko dla dzieci. Zastanawiałam się wtedy, jak smutno musi być mamusi i tatusiowi, ciociom, wujkom i dziadkom bez prezentów, wtedy jeszcze czasami się modliłam i pamiętam, że zawsze przed Gwiazdką prosiłam o małe prezenty dla całej rodziny. Ale nigdy ich nie było. Teraz są, ale teraz już nie ma rodziny. Przynajmniej nikt nie zachowuje się jakbyśmy ja stanowili. Jakby wraz z prezentami i możliwością ich zakupu, utraciliśmy to, co było cenniejsze. Moją chęć do modlitwy za nich.

Mimo, że prezentów było mało, radość była ogromna, niespodzianka i zawsze wymarzona zabawka. Kiedyś rodzicom było tak łatwo zgadnąć, czego potrzebuję i zawsze potrafili mi to dać, oczywiście w miarę swoich skromnych możliwości. Dzisiaj chyba też wiedzą, ale dać już muszę to sobie sama.

Czasami przychodziła do nas Maja, Maja była sąsiadką, mieszkała piętro niżej ze swoimi ładnymi rodzicami. Maja też była ładna, ale tylko wtedy, teraz, mimo, że się nie zmieniła za bardzo z wyglądu, ładna już nie jest. Maja nigdy nie dzieliła się ze mną czekoladą, zawsze zjadała ją sama i chociaż było mi z tego powodu smutno i bardzo chciałam chociażby kawałek tej czekolady, nigdy jej o tym nie powiedziałam. Ja za to częstowałam ją swoją, bo mama powiedziała, że to nie kulturalne nie dzielić się z przyjaciółmi tym, czym możemy się podzielić. Mama przecież nie mogła się mylić. Maja wolała spędzać Gwiazdkę u nas, bo nas było dwoje, a ona była tylko sama. Kiedyś ją zapytałam: „Co Ty robisz u nas na Gwiazdce, skoro u Ciebie jest więcej fajnych prezentów?”, a Maja wtedy odpowiedziała: „I tak nie mam się, z kim nimi bawić”, więc przychodziła do nas.

Po kolacji zawsze zostawała u nas ciocia, kochałam ją wtedy tak bardzo, nocowała z nami i cieszyliśmy się, że na śniadaniu też będziemy mieli gościa. Ciocia też kojarzyła mi się ze Świętami.

Do tej pory nie wiem jak moim rodzicom udawało się nie wychodząc z domu, podrzucać worek pełen prezentów pod drzwi od naszego mieszkania, Mikołaj zawsze dzwonił, ale nim otworzyliśmy drzwi, już go tam nie było. Może to była Miła Sąsiadka z naprzeciwka, która nie mogąc mieć własnych dzieci robiła wszystko, co tylko mogła dla dzieci innych. Zastanawiałam się wtedy, po co jej dzieci, skoro ma sześć kotów. Czasem chodziłam do niej, specjalnie by pobawić się z jej kotami, kochałam, kocham zwierzęta. Niestety pewnego dnia, zupełnie przez przypadek, dowiedziałam się, że kiedyś, kiedy jeszcze moja mama była ze mną w ciąży, ona chciała mnie od niej wykupić, obraziłam się i już nigdy do niej nie poszłam. Wtedy zrozumiałam, że i człowiek ma swoją cenę. Zrozumiałam tez ze moja musi być bardzo wysoka, skoro mama się na to nie zgodziła.

Po tym jak przestałam odwiedzać Miłą Sąsiadkę, wyprowadziła się. Zabrała męża „widmo” i wybudowała dom na wsi. Nigdy nie widziałam twarzy jej męża, zawsze tylko tył głowy, zawsze siedział przy biurku z tą samą gazeta i przy tym samym słabym świetle. Wtedy nie wiedziałam ze każdego dnia wydawana jest nowa gazeta. Wtedy myślałam ze po prostu wolno czyta. Rok temu zadzwonił telefon, a gdy moja mama podniosła słuchawkę pobladła. Miła Sąsiadka umarła. Szkoda tylko ze dwa lata przedtem zaadoptowała dziewczynkę, którą teraz ponownie ktoś opuścił. Nawet poznałam tą dziewczynkę. Nie polubiłam jej, bo bardzo brzydko pachniało w jej pokoju. Potem dowiedziałam się, ze to z powodu psującego się jedzenia pochowanego przez nią w szafkach. Chciała sobie zostawić na później. Kiedy ja „zimowałam” w oczekiwaniu na prezenty, ten szczególny zapach i pierwszą symboliczną gwiazdkę, ta dziewczynka zaniedbana przez rodziców, czekała na cokolwiek do jedzenia. A kiedy po tym wszystkim u Miłej Sąsiadki każdego dnia dostawała nowe porcje pysznego jedzenia, postanowiła zachować je na później, w razie gdyby jej nowa mama tez zdecydowała się ją opuścić. Jedzenie nie przetrwało.

A ja myślałam wtedy, że to ja jestem uboga. Ależ dziecięcy świat jest „perspektywiczny”, i nie, dlatego, że jest obiecujący tylko, dlatego, że zawsze widziany tylko i wyłącznie z ich punktu widzenia. Brak obiektywizmu bardzo ułatwiał życie. Nie zastanawiałam się, czy jestem uboga, czy też nie, ja po prostu to wiedziałam.

Na naszym stole nigdy nie było dwunastu potraw, ani sianka pod obrusem, nikt się nie modlił, ani nie śpiewał. Każdy był wierzący, ale nikt w nic nie wierzył. Mimo tego kochałam ten czas, był wolny od szkoły, był ciepły, rodzinny i pachniał choinką. Choinka była bardzo ważna, ubierana już na początku grudnia a wyrzucana dopiero pod koniec stycznia. Była domem dla moich lalek, garażem dla samochodów mojego brata, światłem wieczorami.

Wieczory też kiedyś spędzaliśmy razem, a choinka dodawała temu magii, której zwykle brakowało. W telewizji leciało to…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Moje dzieciństwo pachniało choinką — czytnik · opowiadania