Filozofia · 49 min czytania
Moje Dzienniki Motocyklowe. (2)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Jakiś czas później, kilka tygodni, wybrałem się na zlot motocyklowy klubu Boanerges przy festiwalu „Przystanek Woodstock” w Kostrzyniu nad Odrą. Jazda przez całą Polskę zajęła mi kilka godzin, łącznie z przerwą na zakupy w Kaliszu, gdzie również kupiłem namiot w jakimś supermarkecie. Najpiękniejszy był odcinek autostrady za Poznaniem. Za wjazd na kilkadziesiąt kilometrów asfaltu bez skrzyżowań zapłaciłem sześć czterdzieści, tyle samo co samochód osobowy i van o ładowności do 3,5 tony – krzywdząca dysproporcja tej opłaty dla motocykla była oczywista. Mogłem za to rozpędzić się do maksymalnej prędkości na jaką mój motocykl mógł się zdobyć. Magiczna bariera dwustu na godzinę, pęd powietrza wokół kasku i wycie silnika zlewają się w jeden gwizd. Minąłem jedną stację benzynową, oczywiście Orlen, z benzyną droższą o osiemdziesiąt groszy niż w jakiejkolwiek z dziesiątek stacji w Polsce które minąłem po drodze. Szyba owiewki lekko pływała od naporu powietrza, lusterka zaczęły falować i drżeć od wibracji, ale mimo to dawały widoczność z tyłu, nic za mną nie jechało. Wyprzedzałem ciężarówki jadące prawym pasem, głównie z niemieckimi rejestracjami. Wskazówkę prędkościomierza dzieli grubość wskazówki od kreski dwustu na godzinę, powoli zbliżała się do kreski „200”, czułem coraz większą radość, nigdy nie jechałem motocyklem dwieście na godzinę. Producent jako prędkość maksymalną podaje 205 km na godzinę, obładowany kufrem i wypchanym wałkiem z bagażem motocykl znacznie przybrał na wadze i stawiał większy opór powietrza. Jeszcze bardziej przylgnąłem do baku i z twarzą tuż przed „budzikami” obserwowałem, jak czerwonej wskazówce brakowało dosłownie pół grubości żeby zlać się z białą kreską dwusetki na tarczy prędkościomierza, gdy patrząc przez plastikową szybę owiewki zobaczyłem jak jedna z ciężarówek daleko przede mną wysuwa się z jadącej spokojnie kolumny i powoli zajmuje mój pas. Zrobiło się ciszej, znalazłem się w tunelu powietrza rozciętego przez tego potwora. Musiałem zwolnić, niemal z żalem patrzyłem na opadającą czerwoną kreskę, zatrzymałem ją na „zaledwie” stu trzydziestu na godzinę. TIR przede mną poruszał się jak w zwolnionym tempie, wyprzedził dwa długie TIRy i równie wolno zaczął wracać na prawy pas. Pamiętałem ogromną tablicę informacyjną przy wjeździe na autostradę mówiącą między innymi że ciężarówkom nie wolno tu wyprzedzać, dlatego zdziwiłem się widząc że ten był na niemieckich numerach. Gdy zrobiło się dość miejsca wyprzedziłem go trąbiąc, nie zareagował. Teraz nie wiem, jechałem pełne dwieście czy nie. Optymistycznie zakładam, że zanim zacząłem zwalniać w tunelu powietrza ciągniętego przez Niemca mogłem przyśpieszyć i nawet o tym nie wiedzieć. Poza tym, przecież kreska tarczy i wskazówka się zetknęły, więc wynik się liczy, jeśli ciut brakło to w granicach błędu pomiaru. Dwieście jechałem na pewno, może nawet przekroczyłem barierę dwustu. Jeśli to stało się jadąc za TIRem, to wiem komu zawdzięczam ten mój życiowy rekord, jeśli nie przekroczyłem dwustu zanim zacząłem zwalniać, to też wiem komu - Niemcowi łamiącemu prawo na polskiej autostradzie. Niech to szlag!
Nie mogłem znaleźć wjazdu na zlot. Wszystkie wskazówki prowadziły na teren festiwalu, nawet policjanci gdy zapytałem o zlot Boanerges skierowali mnie na festiwal. Przed wejściem zapytałem ochroniarzy ubranych w pomarańczowe odblaskowe kamizelki o zlot motocyklowy: -Aaa… wioska motocyklowa, to trzeba objechać cały teren z tamtej strony. Wymachując czerwoną pałką pokazał mi kierunek nad tłumem ludzi wchodzących szeroką bramą na teren festiwalu, który jak się okazało musiałem objechać. Zawróciłem i w tym momencie natknąłem się na małżeństwo na Gold Wingu. Oboje w wieku około trzydziestu lat. Również wybrali się na zlot Boanerges, ale chcą przed wszystkim zwiedzić festiwal. Poczekałem chwilę aż zawróci ważący prawie pół tony motocykl. Powoli objechaliśmy teren festiwalu. Po drugiej stronie też była szeroka brama strzeżona przez grupkę pomarańczowych ochroniarzy. Nie widząc nigdzie strzałki czy tabliczki informującej o zlocie podjechałem do jednego z nich zapytać o drogę. Widząc mój manewr Gold Wing zatrzymał się trochę dalej. Ochroniarz wskazał mi boczną drogę tuż za bramą i wytłumaczył, żeby tam skręcić i za jakieś sto metrów będzie wjazd do wioski motocyklowej. Wszystko się zgadzało, po chwili Goldas i moja kawcia stały obok siebie zaparkowane wśród może setki innych motocykli. Doceniliśmy zapewnione przez organizatorów kwadratowe deseczki służące za podkładki pod boczne podstawki motocykli, bez tego zaparkowanie motocykla na piaszczystym gruncie nie byłoby możliwe. Przywitaliśmy się po ustawieniu motocykli. Z ulgą zdjąłem kask i kurtkę, rozcierałem twarz i głowę, wszystko mi zdrętwiało od kilku godzinnej jazdy. Andrzej i Marta mieszkają niecałe sto kilometrów stąd. Gdy im powiedziałem patrząc na licznik że przejechałem 580 kilometrów spojrzeli na mnie zdumieni. -Nie za ciężki ten motocykl? Widziałem jak go zawracasz, straszna mordęga. – powiedziałem uśmiechają się i masowałem nadgarstki. Andrzej zauważył to i wskazując ręką wykrzyknął: - Widzisz! Bolą cię nadgarstki? U mnie o tym nie mam mowy, siedzi się jak w fotelu przed telewizorem, tylko że zamiast piwa trzymam kierownicę. Roześmialiśmy się. Odwrócił się do swojego motocykla, z kufra wielkiego jak szafa wyjął trzy butelki piwa. Jego żona miała niezadowoloną minę gdy wręczał mi butelkę Żywca. Zaskoczony patrząc na nią w pierwszej chwili odmówiłem, tak, zlot to miejsce gdzie ludzie są dla siebie lepsi niż zwykle i pomyślałem że nie powinienem żerować na jego uprzejmości, ale otwarta butelka z orzeźwiającym, doskonale gaszącym pragnienie piwem była wysunięta w moją stronę tak daleko, że mogłem ją tylko przyjąć. Gdybym odmówił, byłoby to z mojej strony niegrzeczne, i nie przeszkadzało mi, że Andrzej czuł się tutaj jakby był gospodarzem. Po całym dniu jazdy piwo smakowało mi doskonale, od razu poprawiły nam się humory. Marta spojrzała na mnie niechętnie i pociągnęła mały łyk ze swojej butelki. Mają myjnię samochodową, oferują też sprzątanie, woskowanie, pranie foteli i wykładzin, kompleksową usługę sprzątania samochodu, jak się wyraził o swojej ofercie. Na zlot Boanerges przyjechali żeby tylko tanio zaparkować motocykl i rozbić namiot. Cała ta duchowa strona zlotu tego chrześcijańskiego klubu motocyklowego ich nie interesuje. W jednym z potężnych kufrów swojego motocykla Andrzej przywiózł skrzynkę piwa i zamierza ją dzisiaj opróżnić. Zaproponował mi to samo, piwa wystarczy dla nas obu. Odmówiłem, nie po to tu przyjechałem ponad pół tysiąca kilometrów żeby nawalić się piwskiem, ale przez chwilę, uśmiechając się do siebie zastanowiłem się, czy nie będę tego kiedyś żałował. Nie nie, nie tym razem. Odmówiłem mu grzecznie, wydawało mi się że zrozumiał moje wyjaśnienia. Marta tym razem uśmiechnęła się z aprobatą. Poszliśmy zarejestrować się na zlocie i szukać miejsca na rozbicie namiotów. Całe biuro zlotu mieściło się w namiocie mniej więcej na środku wioski motocyklowej. Przed namiotem był ustawiony stolik z dużym zeszytem gdzie wpisywano wszystkich uczestników i wydawano specjalne opaski na nadgarstek, na których wypisano numer rejestracyjny motocykla. Wstęp na parking, wejście na teren wioski był tylko za okazaniem takiej opaski. Przy okazji w biurze do nabycia były okolicznościowe zlotowe koszulki, kubki i odznaki z emblematem zlotu, wszystko w przystępnej cenie, jak wesoło zapewniał nas jeden z organizatorów. Koszt uczestnika wynosi dziesięć złotych, co było śmiesznie niską ceną, podobne zloty przeważnie kosztują czterdzieści pięć do pięćdziesiąt złotych. W tej opłacie był strzeżony parking na motocykl, miejsce na polu namiotowym i bezpłatna kawa i herbata oraz chińskie zupki błyskawiczne. Jedyny warunek organizatorów to zakaz spożywania alkoholu na terenie zlotu. Cała impreza zlotu, konkurencje, wielkie spotkanie uczestników odbyło się wczoraj. Widoczni byli zagraniczni goście organizatorów. Tuż przy namiocie „biura” był namiot klubu „Juda Tribe”, Plemię Judy z Niemiec. Przed ich namiotem stała grupka młodych ludzi, głośno rozmawiali po angielsku. Mówili głośno, żeby przekrzyczeć hałas koncertu który właśnie się rozpoczął na małej scenie.
W namiocie gdzie wydawano kawę i herbatę kilka osób stało w kolejce po wrzątek. Połowę namiotu zajmowały stoły i ławy z walającymi się po blacie plastikowymi naczyniami do zup. Za ustawionymi w rzędzie dwoma stolikami stały trzy dziewczyny obsługujące kilka czajników na stołach, podawały jednorazowe kubki, herbatę, kawę, cukier i wszystko co do tego potrzebne. Ich życzliwość promieniała w całym namiocie, panowała tu miła atmosfera. Do ludzi w kolejce zwracały się „bracie”. Z przyjemnością poddałem się nastrojowi tego miejsca. Ustawiłem się w kolejce, po chwili stojąc przy wejściu rozgrzewałem się gorącą kawą. Gdy jedna z nich podeszła do stołów sprzątnąć bałagan z blatów zagadnąłem do niej na temat ich klubu: - Przepraszam, jesteś w Boanerges? – zapytałem, ale właściwie chciałem potwierdzenia. - Tak, jestem. – odpowiedziała zaskoczona moim pytaniem. Zadałem jej pytanie, które sam sobie zadawałem od początku gdy tu przyjechałem: - Czym właściwie różnicie się od innych klubów motocyklowych?
Opowiedziała mi o dwóch zdarzeniach w jej życiu gdy Jezus miał na nie wpływ. Raz, gdy tonęła, miała wtedy 15 lat, gdy już traciła przytomność i w zimnej, brudnej wodzie opadała na dno gdzie było coraz ciemniej i ciemniej i była pewna że umrze i całe życie przewinęło się przed jej oczami. Jej głos zadrżał, gdy o tym mówiła. Uratował ją przechodzący obok przypadkowy mężczyzna, który jak później powiedział, w ogóle nie miał zamiaru iść tamtą drogą, właściwie wracał się do domu bo coś zapomniał i wybrał drogę na skróty. - To Jezus go natchnął żeby właśnie wtedy tamtędy szedł, powiedziała unosząc spojrzenie i rozpromieniała uśmiechem. Dwa, gdy przechodziła przez ulicę i była mniej więcej na środku coś kazało jej przyśpieszyć tak że niemal uniosła się nad jezdnią i w tym momencie tuż za nią przejechał rozpędzony samochód. Uważa, że to Jezus kazał jej przyśpieszyć kroku, że nie chciał, żeby jej coś się stało, bo ją kocha, bo Jezus kocha każdego. - Czy chodzisz do kościoła? – zapytała uśmiechając się i jakby wahając czy powiedzieć do mnie „pan”, wierząc w niepokonaną siłę życzliwości. - Chodzę, ale z przyzwyczajenia, z rodziną, bo tak się robi. - Modlisz się? – zapytała z większą śmiałością niż poprzednio patrząc mi w oczy. - Właściwie nie…, stoję między ludźmi i czekam aż msza się skończy. Myślę wtedy o różnych rzeczach – pomyślałem że nie zawsze zbożnych - Oczywiście klękam i wstaję jak wszyscy, no i śpiewam to co wszyscy. Patrzyła na mnie jakby bez najmniejszego zdziwienia, przyglądała mi się badawczo nie przekonana czy mówię prawdę. Ale ja nie kłamałem, zaskoczony własną szczerością uspokajała mnie myśl, że więcej w życiu się nie spotkamy stałem przed tą nie znaną dziewczyną w namiocie z gorącymi posiłkami, w czarnych, szeleszczących przy każdym kroku spodniach z kordury, przenosząc ciężar ciała na prawą nogę a lewej pozwalając swobodnie spocząć na ziemi. W mojej ulubionej, jak zauważyłem, postawie, z palcami dłoni zanurzonymi w tylnich i przednich kieszeniach spodni. Wtedy moje ręce ani nie były w kieszeniach, ani nie wisiały wzdłuż ciała, były jakoś między jednym a drugim, dodając otwartości całej postawie i ukojenie obolałym nadgarstkom. - Czy modlisz się poza kościołem? – zapytała, właściwie dopowiedziała poprzednie pytanie. - No wiesz… myślę czasami o różnych sprawach w podobny sposób, ale chyba nie nazwałbym tego modlitwą…. Nie, już nie modlę się tak wiesz, na kolanach przed krzyżem czy świętym obrazkiem w domu. – dokończyłem szybko, bo w zanadrzu miałem do niej pytanie. Zauważyła że chcę jej zadać pytanie i kulturalnie milczała czekając na to co powiem. Śmiało patrzyła mi w oczy, pewna swoich racji, jakby czując za sobą niepokonaną siłę Jezusa. Nagle z pobliskiej sceny zagrzmiała muzyka zagłuszając wszystko do koła. Przysunęliśmy się bliżej siebie: - Z tego co mówisz, te dwa zdarzenia, wygląda na to, że jesteś specjalnie chroniona przez Boga, czy raczej przez Jezusa. Czy uważasz, że jesteś jakoś specjalnie traktowana? Czy jesteś wybrana? Moje pytanie wprawiło ją w zakłopotanie. Na chwilę odwróciła się w stronę skąd dobiega głośna muzyka. Uśmiechnęła się szeroko i przekrzykując odgłosy koncertu powiedziała: - Jezus kocha wszystkich ludzi, pomaga każdemu, pomoże nawet tobie, i chociaż nie zawsze sobie z tego zdajemy sprawę to tak jest. Mój mąż spotkał chłopaka, który przepowiedział mu, że będzie szczęśliwym ojcem, że założy rodzinę i będzie miał córkę, którą będzie bardzo kochał. Ja nie chciałam mieć dzieci, bo są brudne – uśmiechnęła się zakłopotana – robią kupę pod siebie, śliną się i wrzeszczą z byle powodu. Mój mąż też nie chciał dzieci bo robią dużo zamieszania w życiu, trzeba wszystko zmienić, właściwie nic nie można zrobić tylko trzeba je wychowywać. Teraz jesteśmy małżeństwem od sześciu lat, a nasza córeczka ma dwa lata. Uśmiechnęła się czule jakby patrzyła na swoją córkę. Wysłuchałem jej cierpliwie, rozumiałem jej racje i to co mówiła trochę przypominało mi moje życie.
Część 22 / 2
- No tak, ale zobacz, tobie Jezus dwa razy uratował życie a tylu innym ludziom pozwolił po prostu umrzeć. Nie wiem ile ludzi ginie rocznie w wypadkach ale dużo, a ciebie postanowił ocalić, jak myślisz, dlaczego? Uśmiechała się. W słabym świetle w kącie namiotu gdzie staliśmy wydawała mi się zakłopotana. Przyszło mi do głowy że niepotrzebnie jej to powiedziałem, jakbym ją chciał odwieźć od tego w co wierzy. Przecież jest teraz szczęśliwa ze swoją wiarą w interwencje Jezusa w jej życie. Ma rodzinę, dobre życie, a teraz działa na rzecz innych ludzi. To tylko ja uważam że idzie na łatwiznę i w jakiejś części zrzuca odpowiedzialność za swoje życie na Boga. Mimo to stałem przed nią wyczekując odpowiedzi, otwartą dłonią dotknąłem ściany namiotu, poczułem jak lekko wibrowała. Patrzyła na moją dłoń: -Drży – powiedziałem, nieświadomie dałem jej do zrozumienia, że moje ostatnie pytanie nie jest już takie ważne. Uśmiechnęła się w odpowiedzi, spojrzała na koleżanki w kącie namiotu, jedna z dziewczyn przywoływała ją niecierpliwym gestem. - Muszę wracać – powiedziała. - Chyba cię wołają. Spojrzała na mnie z lekkim wyrzutem, jakbym niepotrzebnie powiedział coś bardzo oczywistego – dziękuję za kawę – ale już mnie nie słyszała, mówiła coś do koleżanki.
Wyszedłem z namiotu, oślepiony światłami z pobliskiej małej sceny nie widziałem nic pod nogami. Szedłem jak po omacku, w głośnym hałasie muzyki nie słyszałem własnych kroków. Pamiętam gdy tu szedłem małą, wysoką na jakieś dwadzieścia centymetrów skarpę, którą wtedy ominąłem. Zwolniłem, sądząc że jestem gdzieś blisko tego miejsca. Nie chciałem z niej spaść więc zwolniłem kroku, skręciłem i powoli doszedłem do ścieżki prowadzącej w dół do parkingu motocykli, była trochę oświetlona od pobliskich latarni ulicznych. Nie potknąłem się. Opatrzność czy ostrożność? Bóg nade mną czuwał i mnie ochronił czy może byłem wystarczająco rozważny? No nie, Bóg nie interweniuje w takich drobnych wypadkach, gdybym się potknął i upadł na wilgotną od rosy trawę obwiniałbym wyłącznie siebie, ale gdybym się potknął i wypadł na ulicę prosto pod nadjeżdżający samochód kto wie kogo bym wtedy obwiniał. W każdym razie, nie dowiedziałem się kim są „Boanerges”. Poszedłem na parking wyjąć ze schowka latarkę. Myślałem o tym, żeby położyć się spać, ale w takim hałasie wydało mi się to mało prawdopodobne mimo zmęczenia podróżą. Na małej scenie grały przeważnie punk-rockowe niszowe zespoły, nie znane poza kilkoma miejscami gdzie stale koncertują, jednym z takich miejsc jest „Przystanek Woodstock”. Z tego miejsca dochodziły mnie dźwięki z dużej, głównej sceny festiwalu. Słychać tam było głos Jurka Owsiaka jak zachęca publiczność do zabawy. Gdy dochodziłem do parkingu drogę zaszedł mi niewysoki chłopak w kamizelce klubowej i poprosił, żebym pokazał mu opaskę. Posłusznie podniosłem rękę a on świecąc sobie małą latarką odczytał na niej numer. - W porządku – powiedział i odsunął się żeby pozwolić mi iść dalej. - Nie jesteś bardzo zajęty – nie ruszając się z miejsca zapytałem, a właściwie powiedziałem tak żeby mógł tylko przytaknąć. Przytaknął. - Kim właściwie jesteście, co to znaczy że jesteście chrześcijańskim klubem motocyklowym? Chłopak był trochę niższy ode mnie, drobniejszej budowy, mimo nocnego chłodu był tylko w koszulce i kamizelce. Opowiedział mi o sobie jak pokłócił się z dziewczyną, odszedł od niej i zaczął brać. - Nie wiedziałem jak przeleciało mi jakieś pół roku życia. Jedna wielka balanga – rozłożył ręce pokazując wielkość - Wtedy Jezus po prostu przyszedł do mnie i powiedział żebym już nie brał. Ja go usłuchałem i spełniłem jego wolę. Przestałem ćpać. Pogodziłem się z dziewczyną, obiecałem jej że więcej tego nie wezmę i pobraliśmy się. Moja żona za trzy miesiące urodzi. Nie przyjechała ze mną bo sam wiesz dlaczego – Tak, wiem – skinąłem mu głową. Jestem mu za to wdzięczny, więc tu jestem i pomagam. Chwilę milczeliśmy, muzyka na małej estradzie przypominała teraz bardziej Afrykańskie rytmy. Patrzył na mnie nieprzychylnym wzrokiem jakby nie wiedząc co powiedzieć. - Myślę, że zrobiłeś wielką rzecz w życiu, odmieniłeś je, panujesz nad nim. Wierz mi, że nie każdy tak potrafi. No ale gdzie jest w tym wszystkim klub motocyklowy? W jaki sposób do nich trafiłeś? Patrzył na mnie jakby nie rozumiał o czym mówię, powtórzyłem, gdy usłyszał moje pytanie zamyślił się: - Jakoś wyszło w zeszłym roku, kumpel mnie wprowadził. Zza moich pleców zobaczył jakiś ruch przed namiotem biura zlotu. - Przepraszam, muszę iść. – powiedział krótko – później pogadamy, na razie – dodał już odchodząc.
Zniosłem resztę bagaży do namiotu i rozpakowałem kufer. Właściwie mogłem iść spać, widok rozwiniętego śpiwora na karimacie spowodował, że od razu nabrałem ochoty żeby się położyć. Pomyślałem, że w takim hałasie na pewno nie będę w stanie zasnąć. Wyjąłem puszkę piwa z kufra i zamknąłem za sobą namiot. Właściwie byłem rozczarowany, rozmawiałem z dwoma członkami „Boanerges” i nie dowiedziałem się co to jest chrześcijański klub motocyklowy. Może trzeba poszukać kogoś z zarządu, jeśli to klub to na pewno mają jakiś zarząd, albo prezesa czy sekretarza. Jadąc tu miałem nadzieję że poznam jakąś cudowną receptę jak można połączyć jazdę motocyklem z religią tak, żeby nadać temu jakiś wzniosły sens. Tymczasem nie ma prostej odpowiedzi na to pytanie. Każda z tych osób, z którymi rozmawiałem jest po trudnych doświadczeniach życiowych. Dobrze się stało, że w odpowiednim momencie na ich drodze stanął Jezus z tą swoją nadzwyczajną zdolnością do wybaczania ludziom błędów. Jakież to wspaniałomyślne w porównaniu z surowością stwórcy zawartą w dekalogu, którym gani tylko i poucza. Gdyby nie Jezus co stałoby się z tymi ludźmi? Kto mógłby im pomóc? Z tego co mówili, nie zwrócili się do rodziny, znajomych, czy jakichś innych powołanych do tego celu instytucji. Gdyby nie ich wiara mogłoby to skończyć się gorzej, na przykład przedawkowaniem. A może moje pytanie jest źle sformułowane? Zbyt egzystencjalne, jak jakieś zagadnienie ontologiczne. Może „Boaneges” to po prostu grupa ludzi w podobnej sytuacji życiowej, którzy nawzajem sobie pomagają, wspierają się w nowym życiu, rozpoczętym wraz z nowym postanowieniem żeby zacząć od nowa, żeby dać sobie jeszcze jedną szansę, żeby już nie brać. To coś jak grupa terapeutyczna dająca poczucie bezpieczeństwa. Teraz mnie zastanowiło, jacy są otwarci, jak szczerze ze mną rozmawiają, przecież w ogóle mnie nie znają, jestem dla nich obcy. Mieć przyjaciół jest zawsze lepiej niż ich nie mieć, to taka naturalna ludzka potrzeba, a mieć takich przyjaciół którzy cię rozumieją bo są w podobnej sytuacji jest jeszcze lepiej. To już nie grupa przyjaciół, to prawie wspólnota. Wewnątrz niej więzy międzyludzkie są o wiele silniejsze niż w innych grupach, a potrzeba takich więzów silniejsza. Ktoś miał wspaniały pomysł żeby założyć ten klub. Niektórzy moi znajomi chcieliby zacząć coś od nowa, ale nie mają odwagi zerwać ze starym życiem, no i boją się nieznanego. Tu, ludziom z „Boanerges” jest łatwiej, mogą być z siebie dumni, dla nich to jakby wybór - albo życie albo śmierć. Dla kogoś, kto w dotychczasowym życiu coś tam osiągnął, z czego może być dumnym, jeśli nie jest pod podobnym przymusem, zdecydować się na tak radykalną zmianę jest trudno, wręcz niemożliwe. Dlatego kończą szkoły zawodowe albo studia na kierunkach o których już wiedzą, że będą w nich pracować. Potem wykonują pracę, której nie lubią albo która ich nie interesuje tylko dlatego, że jest w miarę dobrze płatna lub blisko domu, albo tkwią w toksycznych związkach, akceptują opresyjność swojego położenia, pozwalają innym, żeby decydowali o ich życiu, rezygnują z marzeń, i tylko szukają kompromisu. Szukają i szukają, i tak trwają i trwają, przerażeni zbytnim radykalizmem możliwości spełnienia się, zrealizowania tego, do czego każdy człowiek, który się rodzi ma prawo między życiem a śmiercią; przeżyć to krótkie życie tak jak chce i spełnić marzenia.
W miejscu gdzie kończyła się siatka ogrodzenia wioski motocyklowej siedział chłopak z „Boanerges” i wpuszczał tylko osoby z opaską zlotu. Minąłem go bez słowa, już nie chciałem słuchać kolejnej historii ocalonego życia. Kilkanaście metrów za siatką na skraju lasu stał krzyż. Wysoki, może na 5 czy sześć metrów zwrócony w stronę sceny przypominał o istnieniu innych wartości. „Przystanek Jezus” przeczytałem na dużym szyldzie ustawionym nieopodal, w słabym świetle, które docierało tu ze sceny. Dopiero gdy zbliżyłem się kilka kroków w ciemności zauważyłem mały tłum ludzi wokół tego miejsca. Jeszcze kilka kroków i moim oczom ukazał się niezwykły widok; może kilkunastu księży w sutannach kręciło się wśród młodych ludzi. Niektórzy księża siedzieli na krzesłach albo skrzynkach, a przy nich klęczeli młodzi ludzie z rękami złożonymi w nabożnym skupieniu. Większość z nich stanowiły dziewczyny, ale wśród klęczących jak i ustawionych w krótkich kolejkach do prowizorycznego konfesjonału byli młodzi mężczyźni wyróżniający się wyglądem. Niektórzy z nich mieli wymyślne fryzury w stylu irokez lub spike – pozlepiane żelem włosy sterczące niczym kolce we wszystkie strony. Mimo głośnej muzyki spowiedź trwała, tak, że chodząc między nimi można było słyszeć jak głośno wyliczają swoje grzechy. Skórzane kurtki, obwieszone łańcuchami i innym drobnym żelastwem, niekiedy z agresywnymi rysunkami na plecach kontrastowały ze skruszonymi, skupionymi twarzami spowiadanych. Pomyślałem, że moja obecność tutaj, w tak osobistym momencie jest niestosowna i czym prędzej się oddaliłem. Poszedłem w stronę sceny. Po obu stronach półkolistej, przypominającej otwartą muszlę budowli stały rusztowania gdzie na znacznej wysokości umieszczono ogromne czarne skrzynie głośników i silne reflektory, które niespokojnie omiatały ludzi przed sceną kręgami oślepiającego światła. Stanąłem w miejscu dokąd nie sięgały reflektory, wśród ludzi stojących w małych grupkach lub w przytulonych do siebie parach. Niektórzy rozmawiali komentując na żywo koncert, inni powoli sączyli piwo z puszek lub palili papierosy, przestrzegając zarządzenie organizatorów, że wszelkie butelki na festiwalu są zabronione. Stanąłem w miejscu skąd teren łagodnie opadał i widać było tłum gęstniejący przed samą sceną. Mimo ogłuszającej muzyki dało się słyszeć okrzyki: „pogo! pogo!”. Zauważyłem unoszącą się mgłę lub dym z boku sceny, ale gdy jasne światło reflektora przeniknęło przez tę białą poświatę zauważyłem że to kurz a w nim sylwetki ludzi, obnażonych do pasa, w większości chłopaków tańczących w dużym kręgu. Okrzyki w końcu ucichły, gdy nie oświetlał ich reflektor byli tylko chmurą pyłu przy scenie. - Przepraszam bracie – usłyszałem nagle słaby, niemal dziecięcy głos za plecami. Odwróciłem się, to przechodzący chłopak wpadł na stojącą za mną parę. W słabym świetle widziałem jak oboje podtrzymywali chwiejącego się drobnego młodzieńca i radzili mu żeby na chwilę usiadł. Ten posłusznie skrzyżował nogi i usiadł na trawie po turecku, spuścił głowę i znieruchomiał. Chyba zasnął, bo na poszturchiwanie ramieniem i pytanie dziewczyny „dobrze się czujesz?” odpowiedział tylko nieprzytomnym mruknięciem. Dziewczyna i chłopak wyglądali na starszych od niego, uśmiechali się lekko kiwając z politowaniem głowami. Dość schludnie ubrani, wyglądali jakby nie