Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 27 min czytania

Moje dziwne bazgroły...

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

{b}Rozdział I Układy{/b}

Matadias van Rhon, trzydziestoletni kupiec z miasteczka Yorom, dawno nie był tak niespokojny jak teraz. Krople potu spływały po jego ogorzałej twarzy. Miał blado-brązową cerę, długie, czarne, gęste włosy i wodniste, oliwkowe oczy, co wskazywało, ze pochodzi z Noirów. Był potężnym mężczyzną, miał pieniądze, sklep i piękną żonę. Miał wszystko, czego mógł chcieć, więc zwykle na jego kwadratowej twarzy gościł pogodny uśmiech. Obecnie wcale nie było mu do śmiechu. Niedługo miało się zacząć... czemu się właściwie zgodził? Czemu zgodził się pomóc tym dzieciakom, tym... heretykom? Wszyscy wiedzieli, że tych trzech chłopców szuka sama Inkwizycja. Inkwizycja. Sama cholerna Inkwizycja. Tej to nikt nie podpadał. Wszyscy się bali. Wszyscy, włącznie z okolicznymi władcami. Bał się ich sam król. Tak... A ten durny van Rhon miał ich właśnie przemycić do Seviry. Na drugą stronę Kręgosłupa konkretniej. Jakie szaleństwo go dopadło, że chciał przemycać heretyków do królestwa, zwanego popularnie ciemnogrodem? Jakie spaczenie Cyrona go dopadło? Czy może to tylko współczucie? - Mości Matadiasie? Kupiec aż podskoczył i szybko wstał. Był bardzo wysoki, czubek jego głowy prawie ocierał się o sufit. Choć, to akurat sztuka nie była. Jego kwadratowy sklep był prawie jedną trzecią wysokości zanurzony w mulistej ziemi. Mały skrawek nieba, widoczny z położonego na poziomie gruntu okna, był czarny jak humor Matadiasa. Nie, nie było ciemno. Po prostu zbierało się na deszcz. Cholerny deszcz... - Mości Matadiasie? Jesteś tu? Noir tym razem nie podskoczył. Podszedł szybko do popękanych drzwi ze starego drewna cedrowego. Mijał zarzucone różnym śmieciem półki. Sprzedawał wszystko. Gdy ktoś szedł do niego ze starą cytrą – brał i sprzedawał, zawsze znalazł się kupiec. Gdy ktoś przychodził z tą... rurą ziejącą ogniem. Mszkietem? Szkiemutem? Muszkietem? Tak, chyba muszkietem, to też brał. Mała lampka oliwna rzucała tylko mgliste światło na cały sklep. Nikogo nie obchodził wygląd – „Świat Przedmiotów Matadiasa” był jedynym sklepem uniwersalnym w całym tym regionie. A, że miasteczko, w którym sklep stał, było położone nieopodal ważnego węzła handlowego, Dontanyan-Railstein... Klientów nie zbywało. - Jest tu? Może stracił ducha uciekł? – rozległ się inny głos. Van Rhon zamarł. To pewnie ci heretycy, ale to mogła być też... Kupiec przełknął ślinę, otarł pot skrajem beżowej szaty i otworzył drzwi. U wejścia do budynku zajmowanego przez handlarza, stali dwaj młodzieńcy. Mogli mieć najwyżej dziewiętnaście lat. Obaj byli prawie czystej krwi Wanarami, co rzadko zdarzało się w tych stronach. Nie byli może bliźniakami, jednak cechowało ich pewne subtelne podobieństwo. Obaj mieli owalne twarze, mocne szczęki i pociągłą sylwetkę. Ten z tyłu był jednak blondynem, ba! Jego włosy były prawie białe, uwiązane w koński ogon gdzieś w okolicy karku. Nie było na jego twarzy śladu zarostu, miał też błękitno-szare oczy. Odział się w zielono-brązowy strój myśliwski o obszernym kapturze, na plecach zaś nosił drewniany kołczan i krótki łuk. Minę miał jakby nieobecną. Drugi był z nieco innej gliny. Ubrany w lekki pancerz skórzano-żelazny, u pasa nosił długi miecz w skórzanej pochwie. Ciemnobrązowe włosy opadały kaskadą na kark, kryjąc przyjazną twarz o zgoła ciepłym uśmiechu. Broda młodzieńca czerniała pierwszymi śladami zarostu, a oczy biły mocnym brązem. Pozornie różni, musieli być spokrewnieni, gdyż ich oczy były tak samo głębokie, a sylwetki prawie identyczne, z tym, że blondyn był nieco wyższy. - Witam szanownych panów – wydukał w końcu van Rhon i gnąc się w geście szacunku przed znacznie młodszymi od siebie ludźmi, odsunął się. Nietypowi goście ukradkiem weszli do budynku, a blondyn zamknął za nimi drzwi. Nie byli może tak zdenerwowani jak kupiec, ale z pewnością przestraszeni. Właściciel przybytku usiadł z powrotem na krześle i założył ręce na stole. – Rad jestem... – zaczął. Czy naprawdę był rad z ich powrotu? Nie, chyba tylko ze złota, które jeden z nich mu ofiarował... – Że jesteś z powrotem, panie Igavinie – tu zwrócił się do ciemnowłosego męża z mieczem, który uśmiechnął się lekko. Blondyn zaś roześmiał sie. - Mości Matadiasie, dobrze wiem, czemu nas oczekiwałeś – rzekł gdy się opanował i znowu jego twarz przybrała ten bezosobowy, tępy wyraz. Van Rhon zmusił się do nerwowego uśmiechu. - Być może, drogi pnie. Nie przedstawiłeś się jednak, widzę cię po raz pierwszy – stwierdził i zaczął się uspokajać. Dyskusja wchodziła na nieco bezpieczniejsze tory. - Mości Matadiasie – odezwał się ciemnowłosy, nazwany Ingavinem. – Ten oto młodzieniec to mój brat, Ingvar – blondyn skłonił się. Matadias skinął głową. - Mniemam, że przynieśliście żądaną sumę? – zapytał bez ogródek. Nie mógł okazywać jakiejkolwiek słabości, heretycy mogli być niebezpieczni. – Nie jestem wstanie podjąć się tak długiej podróży, bez wsparcia finansowego. Ingvar westchnął i sięgnął za pas. Dłoń Noira instynktownie powędrowała do sztyletu, schowanego w spodniach. Blondyn uśmiechnął się widząc ten gest i wyjął małą, skórzaną sakiewkę. Szarpnięciem zerwał sznurek i wysypał złoto na stół. Stos złotych monet zabrzęczał miło. Tak... Ten dźwięk kupiec chciał usłyszeć. Zachował jednak kamienną twarz i powoli przeliczył monety. - Sto pięćdziesiąt sztuk złota – powiedział Ingavin. – Jak sobie życzyłeś, mości Matadiasie. Mam nadzieję, że za tą sumę jesteś skłonny zabrać nas i jeszcze jednego naszego towarzysza. Rozumiesz, bardzo nam się spieszy. Nidługo... - Odwiedza nas Inkwizycja – skończył za niego półgębkiem handlarz i schował złoto do szuflady. Nie muszą wiedzieć, że dali mu o dziesięć sztuk złota za dużo... Młodzieńcy zaś skrzywili się na sam dźwięk tego słowa. Cholera, powinienem ich wydać, pomyślał Matadias. No cóż, było już za późno. Przyjął złoto. Teraz albo przewóz, albo ucieczka. - Kiedy będziesz gotowy do drogi, mości Matadiasie? – zapytał Ingvar i wymienił z bratem krótkie spojrzenie. Musieli ruszać szybko, Inkwizycja miała przybyć w południe. - Za dwie godziny, najmniej - stwierdził po chwili. Zostawił sobie rzecz jasna nieco ponad godzinę na niezbędne przygotowania. Zwłaszcza na napisanie listu do żony. Może już nigdy jej nie zobaczy? Ona nie musi wiedzieć, czemu zniknął... – Nie zapominajcie, panowie, że płacicie tylko za przewóz do Dontanyanu. ale dalej nie ośmielę się zapuścić. Blondyn zmarszczył brwi i spojrzał gniewnie na swego brata, który tylko wzruszył ramionami. - Myślałem, że zabierasz nas, mości Matadiasie, aż, do Yyn – stwierdził Ingvar. Kupiec uśmiechnął się nerwowo i wzruszył ramionami. - Opłaciliście tylko podróż do stolicy. Poza tym, musicie zrozumieć, że nie mogę narażać się, wożąc panów po całym kraju. Inkwizycja... – nie skończył, gdyż leniwym machnięciem ręki przerwał mu Ingavin. - Inkwizycja nas ściga – mruknął. – Nie musi się pan tłumaczyć. Młodzieniec z łukiem już miał zamiar coś powiedzieć, ale jego brat klepnął go w ramię i cała trójka skierowała się ku wyjściu. Handlarz z samej tylko uprzejmości otworzył drzwi i zgiął się. Heretycy, pomyślał. - Za dwie godziny przy wyjściu z miasta – dodał szybko i zamknął drzwi, nie żegnając się. Przeczesał palcami włosy i usiadł na krześle. No nic, stwierdził. Jeśli to przeżyje, dzięki temu złotu, kupię dom w Railstein i zapewnię mojej rodzinie godziwe życie. Może otworzę tam sklep? Większy sklep, którego będę właścicielem? Na pewno tak zrobię. Muszę tylko przeżyć tych heretyków... Matadias van Rhon westchnął i założył nogi na stół. Ziewnął i oparł głowę o oparcie krzesła. Zagrzmiało raz i drugi, długi łańcuch błyskawicy przeciął powietrze. Po chwili zaczęło padać. To zawsze usypiało Noira. Miał ponad godzinę. Mógł się przespać.

{b}Rozdział II Narada w Könungwanie{/b}

Wył wiatr. Padał śnieg. Gęsta mgła zaległa nad światem. Tak, tak właśnie zazwyczaj wyglądała Przełęcz Zachodnia, naturalny gościniec, łączący Veynancheim i Dolinę Królewską, w której stała stolica. Potężna przełęcz, wąski pas jałowej ziemi pomiędzy Górami Centralnymi a odgałęzieniem Gór Krańca Horyzontu. Rzadko uczęszczany, niezamieszkany, jeśli nie liczyć tych kilku surowych strażnic i kilku fortów na stokach wysokich gór. Ci nieliczni wojownicy, podlegli Wielkiemu Rodowi Veynanców, mieli strzec majestatu królewskiego, gdyby wróg natarł na zachodnie wybrzeże Veynancheimu. Nic nie rosło w tej przeklętej przez bogów okolicy. Niewielu handlarzy się tu zapuszczało. Jednak, zdarzały się pewne wyjątki... - Szybciej, jesteśmy już blisko! Okrzyk przedarł się przez wycie wiatru, odbił się echem od potężnych masywów górskich i wrócił do właściciela. Przez chwilę nic się nie działo, gdy wtem na zasnutym mgłą horyzoncie pojawiły się dwie sylwetki. Obie na koniach. Przodował wojownik na siwej, smukłej klaczy, w lekkiej kolczudze i kapturze. Brudnoszara inkrustracja i peleryna z charakterystycznym symbolem – toporem łamiącym strzaskany już miecz – wskazywała, że jest wysłannikiem Wielkiego Rodu Veynanców, władców Zachodnich Rubieży Królestwa Northean. U pasa miał długi miecz, pozbawiony praktycznie wszelkich ozdób. Drugi jeździec był inny. Jechał na czarnym jak smoła ogierze potężnej postury, wyróżniającym się na tle białej zamieci. Na sobie miał półpłytową, ciemnoszarą zbroję i futrzany płaszcz z wyszytym herbem rodu. Okrągły hełm zdobiły dwa potężne, bycze rogi. Za pasem nosił topór. Obaj jeźdźcy pędzili pełnym galopem na wschód, w stronę stromego szczytu od strony Gór Centralnych. Samotna skała, połączona z resztą wysokich szczytów tylko wąskim murem granitu, była pierwszym znakiem, że podróżni zbliżali się do Nödrheimu, stolicy królestwa. Dlatego też tą samotną skałę zwano Könungwanem, Znakiem Królów. Właśnie w stronę tego szczytu zdążali dwaj jeźdźcy. Ominęli łagodnym łukiem początek gościńca, który prowadził do stolicy, i wjechali w wąską wnękę pomiędzy murem a kolejnymi, poszarpanymi szczytami. Jeździec na szarej klaczy zeskoczył z niej zwinnie i zdjął kaptur, choć padał śnieg. Miał pociągłą twarz i wyraźne, ostro zarysowane kości policzkowe. Rzadkie, ciemnoszare włosy opadały kaskadą na ramiona i twarz o zdrowej cerze, lecz ani centymetra dalej. Zimne, inteligentne oczy koloru stali zdawały się być tak głębokie jak ciągnące się na kilometry szczeliny w Górach Centralnych. Nietypowy przybysz miał na czole ciemnoszarą, żelazną przepaskę z misternie wygrawerowanymi runami. Mówiły one, że jest synem władcy Veynancheimu. Przybysz zwał się więc Vanyas Veynanc, młodszy syn Khorana Veynanca, Lorda Zachodnich Rubieży. Szlachetny gość ściągnął szybko czarne rękawiczki i wrzucił je do sakwy przy siodle swego konia. Tym czasem drugi jeździec zdążył już zsiąść i zdjąć potężny hełm. Był nieco innej urody niż Vanyas Veynanc. Miał krótkie, gęste, smolistoczarne włosy. Broda, podobnego koloru i gęstości, okalała niczym mur spękane od wiatru usta. Było jednak między nimi pewne podobieństwo. Obaj przybysze mieli te same niesamowite, stalowe oczy, z tym, że u czarnowłosego zdawały się one mniej zimne. Cechowała ich również pociągła sylwetka. Syn Khorana westchnął i skinął na drugiego jeźdźca. Gdy stanęli obok siebie, widać było, że ten brodaty jest tylko niewiele wyższy od i tak potężnego, choć szczupłego Vanyasa. - Podaj mi hasło, Rhyonarze – mruknął i spojrzał krótko na czarnowłosego męża. Ten westchnął z rezygnacją. - Znasz je, ojcze – stwierdził monotonnym głosem, jakby ta czynność często się powtarzała. Głos dźwięczał mu melodyjnie, brzmiał młodo, co nie pasowało do potężnej sylwetki. - Co z tego, Rhyonarze? – stwierdził Vanyas i podszedł do granitowej ściany skalnej. Przytknął do niej ucho i zaczął szukać czegoś rękoma. – Już niedługo to ty będziesz dziedzicem zachodu, musisz znać wszystkie hasła – mruknął po chwili i zatrzymał dłoń. Uśmiechnął się i zapukał. Dźwięk rozległ się we wnętrzu wyraźnie pustej skały. - Czemu niedługo, ojcze? – zapytał Rhyonar i podszedł do ojca. – Dziad jeszcze żyje i dobrze się trzyma. Poza tym, nie jestem pierwszy w kolejce sukcesji. Przede mną są jeszcze Haavard i Tobias. - Ja też nie byłem najstarszym synem mojego ojca, Rhyonarze – stwierdził ze stoickim spokojem młodszy syn Khorana i wbił zimny wzrok w swojego syna. Tego przeszedł dreszcz. Czemu zawsze bał się tych oczu? Poza tym, jego ojciec miał rację. Khoran Veynanc miał jeszcze jednego syna, Thomasa. Zginął on w tajemniczych okolicznościach, wiele lat temu. Było kilku, którzy twierdzili, że zabił go Vanyas. Nikt rzecz jasna nie dawał wiary tym idiotycznym plotkom. Plotkarzy też gdzieś wsiąkli... - Ojcze... – zaczął powoli Rhyonar, ale mu przerwano. - Rhyonarze – powiedział Vanyas tonem, którego dokładnie nie dało się określić. Lodowaty, bezosobowy, a jednocześnie tak... sugestywny. – Dobrze wiesz, że i tak zrobisz to, co ci każę. Teraz zrób to, na litość boską, bo zaczynam się niecierpliwić. Rhyonar westchnął potężnie i niezauważalnie skinął głową. Jego ojciec nigdy nie popełniał błędów. Nie chciał mu utrudniać zadania, i tak byli już pewne spóźnieni. Wojownik podszedł do pustej części ściany i odetchnął. Vanyas chrząknął. Czarnowłosy mężczyzna potarł dłonie i „wystukał” hasło. Dwa długie, trzy krótkie, dwa długie, trzy krótkie, trzy krótkie, dwa długie, pięć krótkich, trzy…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Moje dziwne bazgroły... — czytnik · opowiadania