Fantasy · 2 godz. 4 min czytania
"Moje niedokończone opowieści" cz.2 :-))
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 3
KRONIKI KRAIN LHYDII księga I
Księga pierwsza „Smoczy oddech”
Z dziennika Abudiego ibn – Nasira Smocze Góry, 22 Machl 1426
Zmierzchało już, gdy z pomiędzy wysokich skał wyjechał oddział odzianych na czarno jeźdźców. Kiedy nas zobaczyli, jadący na przedzie rycerz dał znak by się zatrzymali. Podjechał do przodu i spytał we wspólnym. - Co robicie w tym zapomnianym przez bogów miejcu? Miał jasną twarz naznaczoną zmęczeniem, na której kwitł dwu dniowy zarost. Pochylił się do mnie lustrując to, co pozostało z naszej karawany. - Nazywam się Abudi ibn-Nasir z dalekiej Khodży, na wybrzeżu Khaz. To co widzicie, zacny panie rycerzu, to resztki mojej karawany, na którą z goła dwie hory temu napadli podli zbójcy. W dobrą godzinę bogowie nam was zesłali. Podążaliśmy z towarami do Heb, które zamówił czcigodny Jonathan Art. – seneszal króla Kanonii. Teraz większość z nich już nie nadaje się do użytku. Ja i moich dwóch ocalałych towarzyszy błagamy cię, czcigodny panie o pomoc! - Jestem Khail Walverde – przedstawił się – Dowódca tego oddziału Templarów z Zakonu Białej Lilii. - O trzy hory jazdy stąd znajduje się nasz warowny zamek, w którym drzwi stoją otworem dla każdego potrzebującego pomocy. Dam wam do eskorty pięciu ludzi, pomogą wam bezpiecznie tam dojechać. Ja, z resztą moich ludzi muszę podążyć dalej, bowiem ścigamy niebezpiecznego szaleńca, który kieruje się na północ. Począłem kłaniać się z wyrazami wdzięczności i szacunku. - Do zobaczenia. Niech Kharonaey będzie z wami! Pożegnał się tymi słowy i dał znak a pięciu konnych odłączyło się od oddziału i pomogło nam się zebrać z tym, co pozostało z naszej karawany. Sam na czele swoich ludzi podążył polnym traktem na północ. Dopiero teraz zauważyłem wyhaftowane białe lilie na czarnych płaszczach rycerzy. Patrzyliśmy za nimi jak się oddalają wznosząc tuman kurzu, który obłokiem podniósł się z pod kopyt koni. Usypaliśmy przy drodze niewielki kurhan i zgoła po półtorej hory ruszyliśmy na jednym ocalałym wozie do zamku naszych wybawców. Templar, który przejął dowodzenie nad czwórką pozostałych przy nas rycerzy nazywał się Lenthian Cavalieur. W drodze opowiedział nam, co nieco o ich zakonie. Był to Zakon Paladynów założony na wyspie Sunnor na morzu kantyńskim, strzegących rozrzuconych po całych krainach artefaktów po starym władcy ciemności, który, jak mi wyjaśnił, panował w dawnych czasach. I które to, ów ścigany przez nich szaleniec próbował odzyskać. Lord Xenor z Ashyrii, bo tak się nazywał. Wykradł pergaminy, które mówiły gdzie zostały ukryte artefakty Asthara, z biblioteki w świątyni Kharonaey. Od tej pory wszystkie siedziby zakonu zostały postawione w stan gotowości próbując go pochwycić. Khail Walverde przybył aż z samej wyspy w ślad za czarownikiem. Ten przebiegły szaleniec wymknął się im z zasadzki zastawionej w stolicy wojowniczych plemion Hed i skierował się w te strony. Tak jak to powiedział dowodzący Templarów po trzech horach dotarliśmy do warowni Zakonu. Gdybym miał sam znaleźć miejsce, pośród skalistych zboczy tej nieprzyjaznej krainy, z którego prowadził utwardzony trakt prosto do wrót zamku zajęłoby mi to całe tygodnie. Albowiem miejsce, w którym trzeba zboczyć z niskiej jakości gościńca na trakt jest sprytnie zamaskowane przez krzewy i bujnie rosnące paprocie, a także praktycznie nie widoczne dla nie wtajemniczonego laika jak ja. Sama budowla robiła imponujące wrażenie. Była to twierdza, jakiej nie powstydziłby się żaden szanujący się król, szejk czy sułtan. Na płaskowyżu otoczonym spadzistymi ścianami skalnymi stał zamek Templarów. Bez baszt, samotny, podobny do wieży bastion. Trakt doprowadził nas do jednego z czterech zwodzonych mostów, jakimi można się było dostać do środka, przerzuconych nad ciemną taflą górskiego jeziora. Cała okolica oświetlona była przez pochodnie, których światło zostało wzmocnione przez zwierciadła sygnalizacyjne ustawione na skałach, które za dnia służyły do przekazywania informacji. W momencie naszego przybycia z twierdzy odezwał się zwielokrotniony przez góry głos rogu, na który Lenthian Cavalieur wyciągnął własny, bogato zdobiony i zadął. Po przejechaniu mostu dotarliśmy na dziedziniec, z którego poprzez stajnię trafiliśmy do kuchni, gdzie ugoszczono nas wybornym winem, chlebem i serem. Mimo późnej pory panował tu duży ruch. Zagadnięty przeze mnie Lenthian powiedział, że w tym rejonie Zakon prowadzi regularne potyczki z małymi oddziałami orków i trolli wysyłanymi przez władcę tutejszych gór, niejakiego Gwillzetha. Wśród nich jest też wielu ludzi. Jak powiedział nasz opiekun, bardzo możliwe, że to właśnie jedna z takich band napadła nas w wąwozie. - To nie możliwe, panie – odpowiedziałem – Ci, co nas napadli byli wyłącznie ludźmi! - W takim razie, mogła to być grupa rzezimieszków, szukających w tych górach schronienia. Są oni ścigani w ościennych królestwach za popełnione przestępstwa. Właśnie takich ludzi potrzebuje Gwillzeth, który najwyraźniej ich jeszcze nie zwerbował. Zaiste, dawno waść tędy nie przejeżdżałeś. Bowiem teraz jest tu nie bezpiecznie. Warto nadłożyć drogi i ominąć te góry niż wpaść w łapska żołdaków Gwillzetha. - Kim jest ów Gwillzeth? – spytałem. - Tego, doprawdy, nie wiadomo. Jego zamek znajduje się gdzieś na wschodzie, dokładnie nie wiemy gdzie. Ponieważ jest chroniony przez czary. Już dwa nasze oddziały przepadły, próbując tam dotrzeć. Wróciło zaledwie dwóch rycerzy, mówiących o głosie pilnującym dostępu do siedziby Gwillzetha. Mówią, iż głos ten powoduje lawiny i zamiecie. I że pochodzi od samego diabła. Walverde wysłuchał ich relacji i nie dał im wiary. Dzisiaj zebrał ochotników i wyruszył w pościg za tym czarownikiem, którego poprzysiągł ścigać choćby i do samego piekła. Póki co, nie zapędzaliśmy się dalej niż południowa równina, na której aż roi się od żołdaków Gwillzetha. Za nią rozciąga się stroma ściana gór, przez które prowadzi chroniony głosem przesmyk. Tylko tam czarownik może znaleźć schronienie. Jeśli mu się to uda będziemy mieli otwartą wojnę. Tą opowieścią zakończył się nasz wieczór w Aldenhorn, bo tak nazywała się twierdza Templarów. Wraz z moimi ocalałymi druhami, Rashidem Gamalem; mnichem ślubującym milczenie i świetnym łucznikiem, którego nająłem do ochrony karawany oraz Sahibem ibn- Szachem, moim zacnym, choć obdarzonym troszkę za bardzo wybujałą wyobraźnią kuzynem, udaliśmy się do pokoju oddanego nam przez Templarów do dyspozycji.
***
Dowodzony przez Khaila Walverde oddział, uszczuplony o ludzi, których zostawił do obstawy kupcom, dotarł do końca, długiego na pięć mil wąwozu. Zbliżała się północ, kiedy zatrzymał swoich rycerzy. Czekali, aż powróci trzech ludzi, których wysłał przodem na zwiad. Prawie się nie odzywali, jedynie konie rżały nie spokojnie skubiąc rzadkie kępki trawy. Po kilku minutach usłyszeli tętent kopyt. W chwilę później z mroku, który zalewał okolicę niczym smoła, wyłoniło się trzech jeźdźców. Zwolnili na widok oddziału. - Przed nami otwarta przestrzeń. Wprawne oko wyłowi nas wcześniej niż byśmy sobie tego życzyli. Panie. Nie nawiązaliśmy kontaktu z wrogiem. Pewnie świetnie się maskuje, ale konie wyczuwały ich obecność. - Dziękuję. I przestań mnie tytułować panem! Dał znak i oddział ruszył dalej. Postanowił, że nie będą się kryli. Rozkazał wywiesić białą flagę zrobioną pospiesznie z koszuli jednego z rycerzy. Tak przygotowani wyruszyli na rozległą równinę ciągnącą się jak ocenili zwiadowcy na około milę. Pełni obaw czy ich niewidzialny wróg, który z pewnością już ich obserwował, odczyta ich obecność jako pokojową. Miał gorącą nadzieję, że tak się stanie, bowiem nie chciał wdawać się w potyczkę czy też, by lawina kamieni zleciała im na głowy nim wyjaśni cel swojej wizyty. Ujechali połowę dystansu dzielącego ich od pasma gór, gdy wokół nich poczęły rozbłyskiwać białym światłem malutkie ogniki. - Diabelskie sztuczki! – powiedział jeden z jeźdźców i zrobił znak Ox. Powszechnie uważany za odpędzający złe moce. - Głupiś! Żadne sztuczki. Nawet druidzi uznali, że są to małe robale, które świecą pod wpływem chłodu... Czy czegoś tam – odparł drugi. Walverde spojrzał w ich stronę i pokiwał ze zrezygnowaniem głową. Jakich to ludzi przyjmują w tych stronach do Zakonu, pomyślał. Niedouczonych, zabobonnych, czy takich stać na bezinteresowną ofiarę? Odegnał od siebie te rozważania, gdyż dojeżdżali do krańca równiny. Przed nimi majestatycznie wznosiło się strome pasmo gór. Ocaleli żołnierze dokładnie opisali ścianę. Miał teraz pewność, że w tym miejscu użyto magii. I to na gigantyczną skalę. Zatrzymał grupę i rozkazał zapalić pochodnię. Po chwili odnaleźli przesmyk, w którym zginęły dwa oddziały Templarów. Palladyn zsiadł z konia. Za jego przykładem poszli inni. Poprowadził ich przez wąskie wejście. Droga delikatnie wznosiła się ku górze a pionowe ściany po obu stronach udeptanej drogi wznosiły się bardzo wysoko. W górze ledwie widać było gwiazdy na niebie. Czujni, zwarci, trzymając broń w pogotowiu posuwali się wśród dźwięków nocy. Otaczał ich odgłos spadającej wody, drążącej swoje tunele między kamiennymi ścianami i głosy nocnych zwierząt, które o tej porze wyruszały na łowy. Od czasu do czasu wiatr zawył hipnotycznie jak diabelska muzyka. Raz wyżej to znowu niżej. I gdy już zdawać by się mogło, że nikt ani nic nie przeszkodzi im w przejściu przez wąwóz zagrzmiał głos, o którym opowiadali ocaleli z masakry rycerze. Rozległ się tak znienacka i tak donośnie, że wszyscy aż pochylili się wobec jego mocy. Ze skał posypały się na drogę drobne kamyczki. Z ledwością opanowali wystraszone konie. - Z czym przybywasz śmiertelniku, że nie boisz się mojego gniewu, zakłócając mój spokój? Dowódca opanował drżenie i przemówił, jak mu się wydawało pewnym głosem. - Nazywam się Khail Walverde. Jestem wysłannikiem Zakonu Templarów ze świątyni Białej Lilii, bogini Kharonaey... - W tym miejscu tylko ja jestem bogiem, śmiertelniku! – przerwał mu głos, w którym dało się słyszeć groźbę. - ...Przybywam w pokojowych zamiarach by zakończyć walkę między nami. Albowiem zaistniała sytuacja, w której nawet my musimy działać razem. - W pokojowych zamiarach, powiadasz. Więc dlaczegóż to przybyłeś z tak licznym towarzystwem. Dlaczegoż nie przybyłeś sam? - Ścigamy niebezpiecznego szaleńca, któremu, mam prawo przypuszczać, udzieliłeś schronienia. Tropimy go od północnych wzgórz i jego ślady prowadzą tutaj. Jest czarnoksiężnikiem, który pragnie wyzwolić siły zagrażające wszystkim stworzeniom w krainach. - Wśród mojego ludu jest wielu, których uznaliście za niebezpiecznych i za szaleńców. Czyż ten, którego tak zawzięcie ścigacie nie wykradł wam tajemnicy, za którą jesteście skłonni go zabić? - Nie zabijemy go. Zostanie osądzony wedle wszelkich cywilizowanych praw – odparł spokojnie Palladyn. Widząc po jak kruchym lodzie przyszło mu stąpać chciał jak najszybciej wycofać swoich ludzi na bezpieczną równinę. Dał znak ręką by oddział powoli zaczął się przemieszczać w kierunku wyjścia z kanionu. - A czyż za ten czyn nie czeka go śmierć? Skoro jest taki niebezpieczny tylko śmierć daje gwarancję, że wam nie ucieknie. Masz mnie za głupca śmiertelniku! –zagrzmiał głos. - Nigdy bym się nie odważył, będąc posłem, na zlekceważenie cię. Mam pełnomocnictwa by wszystkich twoich ludzi ułaskawić. Składam ci więc propozycję byś sam, bądź twoi posłowie spotkali się ze mną na rokowaniach. Czas działa na naszą wspólną niekorzyść. Rozważ moją ofertę w spokoju, a ja za dwa dni o wschodzie słońca będę czekał na ciebie lub twoich towarzyszy na równinie – mówił coraz szybciej Walverde, zdradzając swoje zdenerwowanie. - Tymczasem pozwól, że się oddalimy i nie będziemy dłużej zakłócać twojego spokoju – skłonił się i jął zawracać swojego wierzchowca. - Hola, hola mości elfie, bo tym przecież jesteś. A może... – zastanowił się głos. -Nie! Jesteś hybrydą, krzyżówką dwóch gatunków! To ci dopiero. Odejdziesz, gdy taka będzie moja wola. Paladyn chciał coś jeszcze dopowiedzieć, ale głos nie pozwolił mu na to. - Po raz drugi mnie rozgniewałeś. Lekceważąc mnie narażasz siebie i swoich ludzi na mój gnieeew!!! Ostatnie słowo przemieniło się w straszliwy ryk, od którego góry zatrzęsły się w posadach a ze skał oderwały się głazy i kamienie opadając z hukiem. Rycerze w popłochu poczęli uciekać a spłoszone konie zerwały się i dzikim rżeniem stawały dęba. - Pod ścianę! Pod ścianę! – krzyczał Walverde. Lawina z łoskotem spadła na drogę przed nimi nie czyniąc im żadnej krzywdy. Głos wybuchł gardłowym śmiechem zwielokrotnionym przez echo. - Zachowasz życie śmiertelniku! – zagrzmiał. W głosie zabrzmiała nutka rozbawienia. - Zabierz swoich ludzi z powrotem. Rozważę twoją propozycję i przyślę ci odpowiedź na równinę! Za dwa dni, ale nie o świcie tylko o zmierzchu. Tak postanowiłem . A teraz odejdź. I pamiętaj! Żyjesz, bo przybyłeś jako poseł i jako poseł stąd odejdziesz! Tyle, że piechotą! Znowu głos zaniósł się śmiechem a góry odpowiedziały mu echem, które poniosło śmiech przesiąknięty szyderstwem. - Wybacz mi proszę – powiedział jeszcze Walverde –ale jaką mam gwarancję, że nie rozmawiam z czarnoksiężnikiem, który się przebiegle podszywa pod głos, o którym opowiadali mi moi towarzysze? - Tej gwarancji nie masz. Odejdź tam skąd przybyłeś i ciesz się, że darowałem ci życie. Już sam ten fakt powinien dać ci tę gwarancję. Idź już. Moja cierpliwość się kończy. - Zatem, czas mi ruszać w drogę. Bywaj. – pożegnał się paladyn i dał rozkaz do opuszczenia wąwozu. W drodze powrotnej natrafiali na swoje konie, które rozbiegły się po równinie. Nie odnieśli żadnych ran. Jedynie kilka zadrapań wynikłych z paniki w wąwozie podczas demonstracji siły tajemniczego głosu. Khail Walverde rozmyślał o rozmowie. Rozmyślał o straconych dwóch dniach, w czasie których czarnoksiężnik, Lord Xenor z Ashyrii, bo tak się nazywał, może się wymknąć kolejny raz. Pozostała mu tylko nadzieja, że głos z gór nie będzie osłaniał ucieczki szaleńca a ten nie urośnie w siłę na tyle by wykorzystać do ucieczki protekcję swojego gospodarza, kimkolwiek by był. Próbował sobie przypomnieć co czytał w twierdzy o tych górach. Poza wzmianką, stosunkowo świeżą, bo pochodzącą z przed kilku miesięcy, nie było żadnych śladów na temat tajemniczego głosu, z którym pertraktował. Kim był ten, który posiadał magiczną moc – bo tego był pewien, ponieważ co jakiś czas jego zmysł wyczuwania magii podpowiadał mu, że ów głos pochodził z magicznego źródła. Odnalazł już swojego konia, który jako jeden z pierwszych pasł się nie daleko wejścia do wąwozu. Ponaglił swoich rycerzy do pośpiechu. Musiał się czym prędzej rozmówić z Rezydentem warowni Wielkim Mistrzem Roszem Badulain, który mimo swojego sędziwego wieku zachował jasność umysłu.
Z dziennika Abudiego ibn- Nasira Warownia Templarów Białej Lilii 23 Machl 1426
Powrócił nasz wybawca, Templar Khail Walverde. Zatroskany udał się od razu do Wielkiego Mistrza Rosza Badulain i rozmawiali do późnej nocy. My tym czasem zwiedzaliśmy twierdzę, która posiadała dwa dziedzińce potężną stajnię mogącą pomieścić z górą ponad sto koni i ogród. Gdy do niego wszedłem zaparło mi dech w piersiach. Niezliczone odmiany kwiatów, które rozkwitły w czasie pierwszych wiosennych dni robiły niesamowite wrażenie, mieniąc się setkami kolorów. I sad, w którym rosły drzewa jabłoni, gruszy, krzaki pomarańczy i innych nie zliczonych drzew, których pochodzenia mogłem się tylko domyślać. Właśnie w sadzie, siedząc z moimi towarzyszami, spotkaliśmy Khaila Walverde i Wielkiego Mistrza, dyskutujących zawzięcie. Podeszli do nas a ja zagadnąłem. - Witam szanownych dobrodziejów -Niech Hebin obdarzy was długim życiem – Czy moja skromna osoba, w której macie dozgonnego dłużnika może Wam, czcigodni panowie, zaproponować swoje towarzystwo i poczęstować herbatą z liśćmi mięty? - Wobec takiego zaproszenia jesteśmy niczym ćmy lecące do światła, którym jesteś, szlachetny panie- zrewanżował mi się wylewnie Wielki Mistrz, którego przedstawił mi wczoraj Lethian Cavalieur. Nie miałem jednak okazji porozmawiania z nim, poza wymianą grzeczności. - Słyszałem panie, że nie udało ci się pojmać szaleńca, którego ścigałeś. Ponoć znalazł schronienie u tego Gwilleztha, niech Hebin ukarze go ślepotą? – zagadnąłem Paladyna, który miał zafrapowaną minę.
Część 22 / 3
- Zaiste, prawdę słyszałeś podróżniku. Jutro o zmierzchu spotkam się z nim, bądź z jego posłami na równinie Seb. Mam głęboką nadzieję, że ów tajemniczy Gwillzeth okaże się na tyle rozumny by nie chronić czarnoksiężnika. Musimy za wszelką cenę go pojmać i przeszkodzić mu w jego szalonym przedsięwzięciu. - Rozmawialiśmy właśnie o tej sprawie – włączył się do rozmowy Wielki Mistrz. - Jest to sprawa nad wyraz delikatna, bowiem potykamy się z żołdakami Gwillzetha długi czas. Straciliśmy wielu z pośród nas a i wielu jego żołdaków poniosło śmierć z naszej ręki. Przeto jutrzejsze rokowania mają wielką wagę. Musimy miarkować i ważyć każde słowo. Po tym co usłyszałem od pana Walverde, Gwillzeth to bardzo porywcza osoba, obdarzona magicznymi zdolnościami. - Od jak dawna ten osobnik sprawuje tu swoje rządy? – spytałem. - Rządy! To nie żadne rządy. To zwykły zbir i hultaj! – obruszył się Mistrz. - Wybaczcie panie moją niekompetencję – pośpieszyłem z przeprosinami. - Jakich to czasów dożyła moja siwa głowa, że muszę układać się z łotrami i bandziorami. - Wielki Mistrzu, sytuacja jest niezwykła. Wszystkie spory muszą zejść na dalszy plan i to wy musicie dać przykład, by inni za wami poszli - przypomniał Paladyn. Wielki Mistrz pokiwał głową ze zrozumieniem i odparł – Wiem, wiem drogi Walverde, tylko krew mi się w żyłach gotuje na myśl o tym. - A co, czcigodni panowie zrobicie, wobec odmowy wydania czarownika? – włączył się do rozmowy mój kuzyn. - Byłaby to wielka szkoda – powiedział paladyn – ponieważ doszłoby do otwartej wojny z Gwillzethem i wielu dobrych ludzi straciłoby życie za sprawę. - Będziemy się starać by tego uniknąć. Jednak wobec zdecydowanej odmowy tego bękarta nie będzie innego wyjścia. Wielki Mistrz przyjął ode mnie herbatę i dokończył – Świat jest zagrożony. Do naszego Zakonu należał obowiązek sprawowania pieczy nad tajemnicą, którą wykradł Xenor. Zawiedliśmy. Więc teraz musimy poczynić wszelkie starania, by przywrócić równowagę. Nawet za cenę naszego życia. - Drogi panie Nasirze, chcielibyśmy prosić was o towarzyszenie nam podczas rokowań. Wasza obecność pomogłaby w pertraktacjach z nieprzyjacielem. Fałdki i zwoje mojego mózgu zaczęły energicznie pracować na najwyższych obrotach, w wyniku impulsu wysłanego przez nerwy, które rękami i nogami (zakładając, że nerwy mogą mieć ręce i nogi) wzbraniały się przed jakimkolwiek kontaktem z rabusiami, którym dopiero co uciekliśmy. I tak, cały mój mózg zjednoczył się przy wymyślaniu odpowiednio uprzejmego i delikatnego wykrętu, kiedy powstałą (jeszcze nie niezręczną) ciszę przecięło kilka słów wydobytych z ust mojego „kochanego” Sahiba Szacha, niech Hebin pokara go głuchotą i na wszelki wypadek utnie mu język. - Jeśli taka wasza wola. Chętnie spełnimy waszą prośbę, jako część spłaty długu wobec was – zadecydował mój niezrównoważony kuzyn, którego miałem ochotę teraz kopnąć w zadek za jego lekkomyślność. Nie pozostało mi jednak nic innego jak przytaknąć wobec rozpromienionej twarzy Wielkiego Mistrza. - Rad jestem wielce, że się zgadzacie. Wasza pomoc może okazać się tym większa, że jesteście osobą nie związaną z żadną ze stron – powiedział. Poczym zwrócił się do Paladyna – A was proszę o wtajemniczenie naszego gościa w całą sprawę. Tymi słowy zakończył swoją wypowiedź i dopiwszy herbatę oddalił się by, jak to powiedział: „ Oddać się kontemplacjom i medytacji”. Paladyn zmęczonym wzrokiem wpatrzył się w dzbanuszek, którym niemy Gamal dolewał mu kojącego napoju. Popatrzyłem na Sahiba i przyłożyłem palec do ust, nakazując mu milczenie. Rycerz zamyślił się popijając herbatę. Lekki wietrzyk szeleścił wśród drzew wznosząc tumany kurzu na ścieżce prowadzącej od furty ogrodu. Po chwili ocknął się z zadumy, chrząknął i zwracając się do mojego kuzyna, widząc, że ten wstrzymuję resztkami sił wodze swojej ciekawości powiedział. - Legenda głosi, że na terenie tych gór, przed wiekami mieściła się siedziba starożytnych smoków, obdarzonych wielką mocą – rysując wprawnie patykiem na ziemi mapkę gór specjalny wysłannik świątyni Kharonaey rozpoczął historię gór Alden. - Rządził nimi najpotężniejszy ze wszystkich smoków, Hehgzpaar Czarny. Powołany u zarania dziejów przez Fromdena – boga ognia. Panowały tu ponad sześćset lat szerząc terror i strach. Jak podają stare księgi, w roku gwiazdozbiorów przybył na czele armii dosiadającej pegazy, potężny półbóg władający niebiańskim biczem, który przy każdym uderzeniu miotał błyskawice. Zwano go Hod Bicz Bogów. Przeciwko tej broni żaden smok z wyjątkiem Hehgzpaara, nie odważył się wystąpić – wziął mały łyczek miętowego napoju i podjął znowu. - Starli się w walce, która trwała pięć dni i nocy. Część smoków uciekła w czasie walki, bowiem góry drżały w posadach a niebo rozświetlały błyskawice i łuna pożogi. Część zaś, walcząc przy swoim władcy poniosła porażkę. Oczy mojego kuzyna lśniły zdradzając największe podniecenie, bowiem chłoną takie opowieści z takim zapałem jakby wchłaniał pieczone cielę zaspokajając swój nie nażarty apetyt. Starałem się wszystko dokładnie zapamiętać, by móc później spisać to w moim dzienniku. Nawet Gamal zaczął przysłuchiwać się tej opowieści przykucnąwszy przy mnie dolewając nam do kubków. - Wieczorem piątego dnia Hehgzpaar padł pod ciężarem boskiego bicza – kontynuował rycerz wpatrując się teraz w niebo ponad murami twierdzy - Gdy tryumfujący Hod stanął nad konającym smokiem, ten resztkami sił wyszeptał klątwę, która uaktywniła magiczną pułapkę powodującą akustyczny wybuch. Zawaliła się jego siedziba, grzebiąc pod gruzami Hoda z większością swojej armii. Od magicznej mocy góry zwarły się zmieniając całą okolicę, która odtąd stała się pokusą dla trzeciorzędnych amatorów skarbów. Z czasem południowo wschodnie pasmo gór przeciął szlak kupiecki, nad którym to sprawujemy pieczę. Pilnowaliśmy traktu sumiennie, dlatego król Wijnhard z Oxydii dał nam Aldenię, której ziemie przylegają do gór, jako lenno. Wielki Mistrz nosi przez to tytuł Barona Aldenii. Od roku sytuacja się pogorszyła. Coraz śmielsze ataki bandytów i rabusiów. Oraz, co ważniejsze, coraz większe straty sąsiednich królestw, do których przestały docierać towary sprawiły, że sytuacja stała się napięta. Spotykano co rusz to nowych kupców, mówiących o tajemniczym głosie, który kusząc prowadził ich najczęściej w zasadzkę. Potrzebne były nowe środki i siły na opanowanie sytuacji, która wymykała się z pod kontroli. Najwyraźniej jakiś poszukiwacz skarbów zmienił zawód i teraz grabi z pomocą magii podróżników. - A może odnalazł całą górę skarbów i magicznych przedmiotów – wypalił mój walnięty Sahib, co spowodowało uśmiech politowania na twarzy Paladyna i moją niemą reprymendę. Ale Sahib puścił wodze swojej fantazji i nie zważając na nic galopował dalej – obwołał się złym królem i porwał piękną dziewicę żądając okupu. Walverde pokręcił głową a ja oblałem się rumieńcem plując sobie w twarz, że zabrałem tego kretyna ze sobą. - Nie sądzę. Tak naprawdę to nie wiemy co się stało. Na dzień dzisiejszy kontrolujemy zaledwie trzecią, północną część gór, Ponieważ reszta jest niedostępna. Wejścia, wąskiego przesmyku strzeże ów głos, który posiada magiczną moc, powodując lawiny i zamiecie. - Miałem kiedyś przyjaciela, który odnalazł lampę, w której uwięziony był dżin... – wtrącił mój kuzyn - idiota. - Na Hebina! – wybuchłem - Ty nigdy nie miałeś przyjaciela drogi Sahibie! – przerwałem mu a wobec jego protestów dodałem rozgniewany – I przestań przerywać panu Walverde. Jeszcze gotów pomyśleć, że my, lud tysiąca wydm, nie znamy dobrych manier! Sahib obruszył się i siedział obrażony bez słowa już więcej nie przerywając. Popatrzyłem przepraszająco na rycerza a ten uśmiechnął się i podjął przerwany wątek. - Spowodowało to, że pofatygował się tutaj sam król Wijnhard i polecił sprawę zakończyć możliwie jak najszybciej i raz na zawsze. Trzy dni temu wyjechał obrażony, bowiem ja dotarłem tu przed czterema i przedstawiłem mu wolę Kharonaey. W jedną noc legły jego postanowienia dotyczące gór wobec przysięgi Wierności Lilii, którą przed wiekami składał jego pradziad, a którą ja mu przypomniałem. Wedle jej mocy, Wijnhard w najwyższej potrzebie winien się podporządkować Woli Kharonaey. „Najwyższą potrzebą jest – powiedziałem królowi- zakończenie sprawy Gór pokojowo nawet kosztem ustępstw Waszej Wysokości” – Paladyn odsapnął, by po chwili dokończyć swoją opowieść. . - Otrzymałem od Wijnharda pełnomocnictwa królewskie i pełnomocnictwa Izby Kupieckiej – powiedział wolno - działającej na terenie sąsiadujących z górami królestw, której jest Seniorem. Mogę i muszę iść na ustępstwa, ponieważ najwyższą sprawą jest schwytanie Xenora. Tak oto zostałem wtajemniczony w Wolę Kharonaey, której stronnikiem miałem zostać. Wywnioskowałem, że Zakon Templarów Białej Lilii posiada szerokie wpływy w tutejszych krainach. Służąc wyższym celom, o których dotąd nie miałem bladego pojęcia stworzyli tajną siatkę mogącą wywierać presję na rządy królestw, gdy tego wymaga sytuacja. - Czekamy na was, drogi panie Nasirze dziś o zmierzchu w komnacie Mistrza Badulaine. – powiedział żegnając się - Przyślę po was mojego giermka Mahela. Do zobaczenia.
*** Pieczara. Ziejący ciemny otwór w zboczu skalnym kaleczył piękną, skądinąd komnatę, na której ścianach niegdyś urządzono galerię. Dzieła zgromadzone w tej gigantycznych rozmiarów sali, były efektem wieków grabieży i rządów Smoczej dynastii. Na posadzce z czerwonego marmuru widać było ślady świeżo usuniętego gruzu, przez trolle i orki pracujące przy wykopaliskach. Nadworny Szambelan i pomysłodawca ekspedycji archeo- i geologicznej, Alfons Rupert Quaquale przy pomocy dwóch uzbrojonych orków, pełniących rolę straży tronu, powstrzymywał dwie przedziwne postacie próbujące uparcie dotrzeć przed oblicze władcy. Pierwsza, niezwykle chuda i wysoka postać w zakurzonym kubraku i takim samym kapeluszu napierała na straże złorzecząc. A przy okazji bijąc zwiniętą nahajką drugą mniejszą postać, która nie pozostawała jej dłużna. Archeolog dworu, sławny Kleofas Kopidół (to ten chudy i wysoki), szczerze nienawidził swojego konkurenta. Niejakiego gnoma, geologa samozwańca – Teofila Skałę, który przybył tu w tym samym celu co on. Zdobycia, kosztem konkurencji dodatkowych środków i funduszy na swoje badania. - Król jest zajęty! Król jest zajęty! – powtarzał wciąż szambelan, cofając się pod naporem naukowców. - Łżesz, chłopie aż ci się uszy czerwienią! - Ale król jest naprawdę zajęty! Przeszkadzacie mu w poobiedniej drzemce... - Słuchaj no, kapuściany łbie, kopnę cię zaraz w rzyć, jak nie przestaniesz kłamać! I ciebie też kopnę! A masz! A masz! Gnom, mimo niskiego wzrostu próbował dosięgnąć rękami szambelana, a zarazem kopał gdzie popadnie strażników i co jakiś czas archeologa. Wtem w pieczarze zadudnił niski głos, od którego zadrżały ściany – Wpuść ich Alfonsie. Jak na komendę straże, mające już dość kopniaków i kuksańców rozstąpiły się, a dwóch naukowców runęło na Szambelana i wszyscy trzej rozłożeni na posadzce zastygli w bezruchu. - Jak postępują prace drodzy panowie? Pierwszy podniósł się chudy archeolog, po to tylko by po trzech krokach paść przed królem na kolana. - Wasza wysokość – zaczął jęczeć i zawodzić – Praca idzie ciężko. Brakuje trolli i orków, sprzęt jest stary i narzędzia zużyte. Potrzeba mi więcej siły roboczej, więcej funduszy, więcej czasu by odnaleźć skarby twoich przodków... - Nawet jakby ci postawić przed nosem całą górę kurhanów i szczątków to byś ich nie zauważył, ofermo – włączył się do rozmowy geolog, który klęczał obok podnoszącego się szambelana. - Bo pewnie stałaby tam jedna z twoich bezużytecznych machin, na które nasz najjaśniejszy król marnuje dukaty – odciął się archeolog. - Bezużytecznych?! To dzięki moim maszynom odnaleźliśmy tę salę, łachmyto! - Ha! To ci dopiero! Przypadek zrządził, że skała usunęła się przed twoją nic nie wartą tandetą! - Bogowie! Co za idiota! - Ja, idiota? – archeolog poczerwieniał wyraźnie - Ty kretynie, jak śmiesz... - Stary szkielet! – nie przerywał geolog uradowany tym, że wyprowadził konkurenta z równowagi. - Kurduplu! - Wykopalisko! - Skamielino! Ten bezwartościowy spór i wymiana obelg mogłaby trwać do wieczora, a może i przez całą noc, więc władca, którego mimo wszystko bawiła ta sytuacja, z ociąganiem zdecydował się go przerwać. - Dość! Obaj umilkli. Patrząc tylko na siebie z nienawiścią. - Spytam jeszcze raz. Jak postępują prace? - Panie królu! – zaczął gnom – w południowym chodniku zawalił się strop, dlatego potrzeba więcej trolli by wydobyć moją maszynę... - To właśnie przez nią ten strop się zawalił – nie omieszkał wtrącić archeolog. - Nieprawda! – krzyknął geolog – Źle ustawiłeś wsporniki i strop się zawalił! - Bzdura! - To był podstęp, ty stary pierniku! - Pierniku?! Sam jesteś piernikiem, pokurczu! - Panowie!!! – upomniał ich król – Od dzisiaj macie współpracować, dostaniecie nowy sprzęt i do pomocy niewolników, tych z Aldenhorn. Stawiam jeden warunek: żadnych podstępów sobie już robić nie będziecie, jeżeli dotrą do mnie informacje o braku współpracy między wami stracicie moją przychylność – król zrobił pauzę by upewnić się czy jego słowa dotarły do naukowców. - Rozkazuję prowadzić prace w północnym korytarzu. Dostaniecie do pomocy oddział krasnoludów. Powtarzam, macie działać wspólnie. Razem. Zrozumiano? - Razem? Niemożliwe! – odpowiedzieli jednocześnie. - To rozkaz! – uciął król i szybko dodał widząc falę protestów – Pamiętajcie, każdego można zastąpić – widząc, że jego słowa dotarły wreszcie do celu dodał - Koniec audiencji. Straże odprowadźcie panów. Władca zwrócił się do swojego szambelana. - Alfonsie zwołaj zgromadzenie. Potrzeba ustalić poselstwo, któremu będziesz przewodniczył.
***
Migotliwe płomienie świec poruszane przez powiew świeżego powietrza, który skutecznie rozwiewał zapach siarki unoszącej się wokół, świadczyły o tym, że krasnoludy dbające o należyty stan szybów wentylacyjnych zrobiły dobrą robotę. Przy suto zastawionym stole, ustawionym na rozkaz szambelana w sali audiencyjnej, siedział cały dwór jego wysokości (a przynajmniej jego najważniejsza mniejszość). Honory gospodarza pełnił sam szambelan, po którego prawicy siedział Strażnik Skarbca rubaszny krasnolud, Baron Rubin Westerveld. Po lewicy zaś, w lśniącej srebrnej zbroi, niezwykle wyrośnięty dowódca orków, Baron Fromb Eyckert. Dalej, z lewej strony, zasiadał Maver de L’Okullus, królewski astrolog i sędzia wraz ze swoją córką Yves, piękną, acz niebezpieczną oraz świetnie wyszkoloną wojowniczką, z nad której smukłych ramion wystawały głowice misternie wykonanych szabli. Naprzeciwko tej pary siedziała Lady Nidia Loxley, rudowłosa, szalenie interesująca kobieta, zarazem zwierzchniczka szpiegów Jego Królewskiej Mości. Obok niej miejsce zajął Baron Lucas de Ravenford, dowódca gwardii pałacowej i przedstawiciel szlachty. Wystrojony w wykwintnie uszytą zielono białą tunikę przepasaną wysadzanym diamentami złotym pasem, nie spuszczał chytrych oczu z pięknej Yves. Ściany sali wystrojono herbami klanów i wizerunkiem władcy. Obrazy i gobeliny nie pasujące do wystroju przeniesiono do innej sali, w której urządzano nową galerię. Z wysokiego sufitu opadały bordowe zasłony pokryte wyhaftowanymi złotą nitką runami. Gdy służący wnieśli ostatnie potrawy zadrżała srebrna zastawa na stole, bowiem król Gwillzeth postanowił rozpocząć dysputę i przemówił do zgromadzonych. - Rad jestem wielce, że tak szybko przybyliście na moje wezwanie. Oto stajemy przed chwilą, na którą pracowaliśmy ponad półtorej roku. Dzięki wspólnej pracy i konsekwentnemu działaniu wszystkich tu zgromadzonych możemy ogłosić całym krainom powstanie nowej siły, z którą niebawem będą się liczyć najpotężniejsze królestwa i dwory. Szambelan uniósł kielich ze wspaniałym winem, które zrabowano z karawan kupieckich napadniętych na szlaku, i wzniósł toast. - Przyjaciele! Wypijmy za cel, który dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności, znalazł się w zasięgu ręki. Dzięki wspaniałomyślności naszego gospodarza i władcy Jego Wysokości Gwillzetha Czarnego ogłaszam powstanie królestwa Alden! Wszyscy podnieśli kielichy do ust, w pokrytej mrokiem części sali król Gwillzeth zaśmiał się, a wysoki strop zwielokrotnił efekt. - W tej radosnej chwili chciałbym przypomnieć, iż jutro czeka nas bardzo trudny wieczór – kontynuował szambelan – Wielki Mistrz chce pertraktować. Ba! Nawet wychodzi z propozycją zawieszenia broni i ułaskawienia wszystkich, na których ciążą wyroki! - Właśnie – przerwał mu władca – Są to bardzo atrakcyjne i kuszące propozycje. Warto się nad tym zastanowić. Tym bardziej, że w zamian za tego maga możemy zażądać uznania naszego królestwa przez inne. Przerwał na chwilę sapnął i ryknął, a z pieczary buchnęła przesiąknięta siarką para. - Wybaczcie, to przez te przeciągi. - Na zdrowie! Wasza Wysokość – pośpieszył lizus szambelan. Pierwszy odezwał się Ravenford - Potrzeba nam osoby, która potrafi prowadzić negocjacje i która ma w tym doświadczenie. - Musi też wzbudzać szacunek – dodał wielki ork. - Musi być obdarzona lotnym umysłem i ciętym językiem – szambelan wyprężył się i dorzucił szybko – A także, powinna zajmować wysokie stanowisko. Na to śmiechem wybuchła Lady Loxley. Popatrzyła z politowaniem – Jesteście szalenie zachłanni mości szambelanie. Niestety nie posiadacie tych cech, więc wasza kandydatura odpada. Twarz szambelana nabrała wyjątkowego odcienia czerwieni, co spowodowało wybuch śmiechu wśród zgromadzonych. - Cały czas trzeba się uczyć – pocieszał Quaqualea krasnolud – i może przy następnej okazji będziecie brani pod uwagę. Tym czasem pozwolę sobie dodać, że nasz poseł powinien być rozważnym strategiem. - Znam tylko jedną osobę, która spełnia te warunki – powiedział wolno Ravenford – Proszę państwa i waszej wysokości, pozwolę sobie zaproponować kandydaturę człowieka, którego znamy wszyscy doskonale, a którego skromność dokładnie pasuje do tej roli – jego wzrok dalej lustrował ponętną Yves – Tą osobą jest cieszący się dużym poważaniem królewski sędzia i astronom, pan Maver de L’Okullus. Znowu w pieczarze rozległo się sapnięcie. Zgromadzeni czekali na kolejne kichnięcie władcy, które jednak nie nadeszło. W zamian zaś, władca powiedział – Tak, to dobry wybór, popieram również tę kandydaturę. - Może posłuchajmy co ma do powiedzenia na ten temat mój ojciec – po raz pierwszy zabrała głos wojowniczka. - Popieram tę kandydaturę, tym bardziej, że nie znajdziemy innego kandydata, na którego wszyscy się zgodzimy – zauważył Baron Westerveld i dodał – Ale nie dzielmy skóry na niedźwiedziu. Szanowny panie astronomie ciekawi jesteśmy waszego zdania? Wszyscy popatrzyli na królewskiego astronoma. Jego sędziwa twarz nie zdradzała nigdy żadnych emocji, tylko jego córka wiedziała, że w głębi duszy starzec posiada uczucia, które nauczył się ukrywać przez lata pracy. Najpierw na dworze króla Wijnharda, później króla Pandynii Tervorga. Popatrzył na swoją córkę i spokojnie odpowiedział – Jeżeli taka będzie wola króla to podejmę się tej misji i postaram się nie zawieźć jego wysokości. - Doskonale! – powiedział władca – Orszak uzupełni twoja piękna córka oraz Baron Ravenford, który wraz ze swoimi ludźmi zadba o bezpieczeństwo królewskiego posła – nadworny szambelan chciał gorąco zaprotestować pominięciu jego osoby w orszaku, ale król nie pozwolił mu na to mówiąc – Taka jest moja wola, której podporządkują się wszyscy. Bez wyjątku. Teren spotkania zabezpieczy, jak zwykle Madame Loxley. Lady Loxley skinęła z wdziękiem w stronę pieczary, a niesforny lok spadł jej na czoło. Nie uszło to uwadze Ravenforda, który posłał jej lubieżny uśmiech mówiąc na głos: - Czy wasza wysokość zaszczyci nas swoją obecnością? - Będę w pobliżu, niemniej nie chcę zdradzać swojej obecności. Podano nowe, lżejsze dla żołądka potrawy. Służący krzątali się podając gościom miski z wodą dla opłukania rąk. Szambelan spoglądał z zazdrością na astrologa i jego córkę, jednak nie ważył się w obecności króla otwarcie wystąpić przeciw nim. Tym bardziej, że oprócz niego wszyscy byli zadowoleni z wyboru posła. Ale to on znał najdłużej sędziwego człowieka, jeszcze z dworu Pandynii, gdzie przed tragicznym wypadkiem księcia i następcy tronu, astrolog przepowiadał przyszłość. Doskonale pamiętał zdarzenie z przed lat. Starzec do dziś dnia nie wie o wielkiej tajemnicy Szambelana, że to właśnie dzięki niemu, który na rozkaz swego pana, następnego w kolejności do tronu, księcia Vidivala, dopilnował, by ostrzeżenie de L’Okullusa nie dotarło do następcy tronu. Książę Sion, prawowity następca tronu został zamordowany, gdy przebywał na polowaniu, a jego młodszy brat niedługo potem obarczył winą za morderstwo astrologa, który musiał uchodzić wraz z córka z kraju. Nie zapomniał też o swoim niewygodnym słudze Quaquale, którego próbował po cichu usunąć. Siłą rzeczy obaj uciekli w góry, gdzie przyłączyli się do ekspedycji prowadzonej przez Ravenforda. Wspomnienia te przerwał władca, który przypomniał mu o następnej sprawie, którą mieli wspólnie rozpatrzyć. Szambelan odegnał wspomnienia i przemówił – Kolejną sprawą, którą musimy się zająć jest nasz gość, Lord Xenor z Ashyrii. To właśnie jego chce Zakon.
***
Kap, kap, kap. Od kilku godzin woda kapiąca ze sklepienia lochu doprowadzała do szaleństwa. Dwimerytowe kajdany skutecznie uniemożliwiające rzucanie zaklęć boleśnie wbijały się w nadgarstki Czarnoksiężnika, który zwisał bezwładnie w pokrytym mrokiem pomieszczeniu. Nie mogąc rzucać zaklęć Xenor intensywnie zastanawiał się nad swoim położeniem. Przywleczono go tutaj trzy dni temu. Niewiele pamiętał od chwili spotkania z potężną siłą w wąwozie, która pozbawiła go mocy i sił na jakąkolwiek walkę czy opór. Odebrano mu również laskę, której położenia nie wyczuwał, a bez której był bezbronny. Tajemniczy głos był tak potężny, że stracił przytomność. Intensywnie się zastanawiał, jakie stworzenie posiada taką moc, której nawet on nie mógł się oprzeć. Próbował zahipnotyzować wielkiego trolla, który raz dziennie przynosił mu posiłek, ale rasa ta nie była podatna na tego rodzaju magię. A ów troll był, jak na razie jedyną osobą, która tu zaglądała. Rozmowa też nie dawała rezultatu. Troll wnosił półmisek z jedzeniem i wychodził bez słowa nie reagując zupełnie na zaczepki słowne Czarnoksiężnika. Mimo panujących ciemności Xenor jako tako orientował się w porze posiłku. Według żołądka Czarnoksiężnika pora posiłku opóźniała się i gdy już myślał, że troll nie przyjdzie, zza zakrętu dobiegły go odgłosy kroków. Jak ocenił tym razem troll nie był sam. Po chwili ujrzał migotanie pochodni i z zaułku wyłoniły się postacie. Oprócz znanego już trolla do lochu przybył w towarzystwie uzbrojonych orków odziany w kolorową tunikę starzec. Stanął naprzeciwko Xenora mierząc go wzrokiem. - Nazywam się Alfons Rupert Quaquale – przedstawił się przybysz. - Jestem szambelanem króla Gwillzetha, którego życzeniem jest widzieć was i gościć na obiedzie. Dwóch orków nie czekając na polecenie szambelana rozkuło Czarnoksiężnika. Poprowadzili go bez słowa poprzez korytarze do krętych schodów prowadzących do pomieszczeń przypominających kuchnię, gdzie bogactwo zapachów sprawiło, że żołądek Xenora wydawał głośne pomruki. Zaprowadzono go do komnaty bez okien, gdzie na środku ustawiono dużą balię z parującą wodą. Po kąpieli, w której pomagały Czarnoksiężnikowi dwie służki odziano go w nowe szaty, które poza żółtawym kolorem całkiem były wygodne. Pojawił się szambelan i zaprosił gestem do wyjścia, przy którym stali dwaj orkowie. Przez cały ten czas Xenor milczał oceniając swoją sytuację. Nie próbował też rzucać zaklęć, bowiem wyczuwał potężną siłę, która niczym niewidzialna mgła zalegała we wszystkich pomieszczeniach. - Odradzam wam panie próby używania magii w obecności króla – powiedział szambelan idąc przez pokryte wizerunkami smoków korytarze. - Jego wysokość nie lubi też zbytniej poufałości i gwałtownych reakcji – ciągnął szambelan nie zwracając uwagi na to czy Czarnoksiężnik słucha – Baczcie też by nie rozzłościć króla, bo gniew jego wysokości jest straszny i nikt go jeszcze nie przeżył. Weszli do komnaty, w której krzątało się wielu orków wieszających na ścianach dużej wartości gobeliny i obrazy. Wśród sterty pakunków Xenor zauważył swoją laskę, na której wyrzeźbione runy rozjarzyły się teraz wyczuwając jego obecność. Czarnoksiężnik wykonał skrycie ruch nadgarstkiem i laska przesunęła się niepostrzeżenie pod dywan, po którym stąpali. W odległości kilku kroków od nich laska podążała za swoim właścicielem i gdy dotarli do końca komnaty zatrzymała się w niewielkiej odległości od wyjścia. - Jesteśmy na miejscu – powiedział szambelan i dał znak dwóm strażnikom by się zatrzymali. Popatrzył na Xenora i podniesionym głosem powiedział a echo poniosło jego głos pod wysokie sklepienie, na którym Czarnoksiężnik zauważył herb przedstawiający smoka dzierżącego w szponach buławę i topór. - Lord Xenor z Ashyrii. Weszli do kolejnej sali, na której środku ustawiono wielki stół, przy którym siedziało już sporo osób. Ich wzrok skupił się na Czarnoksiężniku. W dalszej tonącej w mroku części sali Xenor wyczuł źródło siły, która jak mógł ocenić przewyższała jego wcale niemałą moc tysiąckrotnie. Zajęli miejsce przy suto zastawionym stole. Szambelan przedstawił kolejno osoby wraz z tytułami. W końcu kiedy skończył odezwała się rudowłosa kobieta, której przenikliwy wzrok zaczynał już denerwować Xenora. - Mieliście dużo szczęścia Lordzie, że udało się wam umknąć pogoni. - Doprawdy to wielkie szczęście – wpadł jej w słowo człowiek, którego szambelan przedstawił jako Barona Ravenford – Powinniście Lordzie podziękować naszemu władcy za okazaną pomoc. - Za zakucie w kajdany i loch też? – przemówił po raz pierwszy Xenor. Jego wzrok powędrował w kierunku pieczary. - Podobasz mi się Czarowniku – przemówił z odmętów władca – Twoja wiedza przydałaby się tutaj. Ale pamiętam twoich braci, którzy przed wiekami zasiali chaos w krainach. Były to czasy, w których nawet my, prastary ród nie mogliśmy czuć się bezpiecznie. Nie, drogi Czarowniku, nie zamierzam zwrócić ci wolności, bo jesteś zagrożeniem. - Czas pokaże kto będzie tańczył na kurhanach wrogów. Ten świat należy do Ashtara, który wyciąga dłoń by wziąć znów go w posiadanie. Przystąp do nas a doświadczysz mocy o jakiej nawet nie śniłeś. Będziesz władał państwem a nie kupą gruzów. Możesz mnie więzić i zabić, ale po mnie i tak przyjdą inni, bowiem jest nas wielu i każdy szczerze oddany Jedynemu. - Ślepo! Ślepo oddany, Czarowniku. Jaki jest sens posiadania władzy i potęgi, kiedy nie ma ludu, którym można władać, kiedy nie ma możliwości pokazania tej potęgi. Służenie śmierci nie jest przyjemnością, nawet za władzę, jaką obiecujesz. - Wielu z pośród twojej rasy w dawnych czasach zawarło przymierze z Bractwem Ashtara... - I wielu przypłaciło to życiem. Nie, Czarowniku nie przyjmę twojej oferty. Pozostaniesz tu tak długo jak będziesz użyteczny. Nie próbuj mnie zwodzić znam twoją naturę i znam naturę twojego boga. Pustka. Oto co chcesz dać mi w zamian za państwo, którego niezawisłość otrzymam za ciebie. Xenor drgnął na dźwięk tych słów. Jego oczy zwęziły się w przypływie nienawiści. Atmosfera stała się napięta. Czarnoksiężnik pochylił się do przodu i utkwił wzrok w czeluściach. Przez zaciśnięte zęby wysyczał – Nie zawaham się poświęcić swojego życia dla mego pana i nawet ty nie powstrzymasz fali, która nadchodzi. Zostaniesz zmieciony jak inni niewierni. Nie jesteś dla nas przeszkodą, twoje czasy nie powrócą. Jesteś wykopaliskiem, przeszłością! W tym momencie wypadki potoczyły się błyskawicznie. Najpierw rozległ się przeciągły ryk. Zebrani przy stole dostojnicy rozpierzchli się w popłochu a z pieczary z przeraźliwym rykiem wyskoczył władca. Zawisł przez chwilę pod sklepieniem rozkładając swe nietoperze skrzydła i runął w duł lądując na roztrzaskanym stole. Pochylił wielki łeb osadzony na gadziej szyi w kierunku Xenora, do którego świadomości zaczął docierać ogrom jego pomyłki. Smok świdrował go żółtymi ślepiami a w głowie zadudnił potężny głos sprawiając, że stróżka krwi popłynęła z nosa Czarnoksiężnika. - Jesteś pyłkiem na wietrze. Małym ziarenkiem piasku. Robakiem nie wartym mojej uwagi. Przypieczętowałeś swój los Czarowniku, twoja arogancja zostanie ukarana. Mógłbym cię spopielić w jednej chwili i ty mi będziesz mówić, że ja zostanę zmieciony! Smok ryknął śmiechem demonstrując pokryte brunatną łuską cielsko. Był dziesięciokrotnie większy od Czarnoksiężnika, który sparaliżowany strachem siedział bez ruchu przed smokiem. Xenor nie raz widywał smoki, ale ten był od nich znacznie większy, szybszy i groźniejszy. - Jesteś żałosny myśląc, że możesz mi zagrozić. Ty i twoi poplecznicy nie jesteście w stanie zrobić mi krzywdy! Spałem w tych ruinach setki lat i nie dam się zastraszyć bandzie wymachujących różdżkami przebierańców! Smok zniżył głos i dodał spokojniej – Pamiętaj o tym Czarowniku, bo przy następnym naszym spotkaniu zginiesz. To ci mogę obiecać. Obrócił głowę w stronę wyjścia, gdzie skupił się jego dwór oglądający tę demonstrację siły i polecił – Zabrać mi to ścierwo z przed oczu! Machnął skrzydłami a Czarnoksiężnik razem z krzesłem, pod wpływem siły wytworzonej fali powietrza przeleciał całą salę i rozbił się z hukiem na ścianie obok zdezorientowanego szambelana. Smok odwrócił się, zamiatając ogonem szczątki stołu i ruszył w kierunku swojego legowiska. Strażnicy przyzwyczajeni do takich sytuacji podnieśli nieprzytomnego Czarnoksiężnika i wynieśli za drzwi. - To by było na tyle – podsumował królewski Szambelan – Uważam zebranie dworu za zakończone. - Służba! – zawołał – Proszę uprzątnąć komnatę i polecić cieślom by wykonali nowy stół dla jego królewskiej mości - odwrócił się na pięcie i wyszedł z komnaty. Wleczony przez strażników Czarnoksiężnik umiejętnie pozorował utratę przytomności. Zerknął kontem oka w kierunku, gdzie zostawił swoją laskę. To stanowczo za mało by pozbawić go przytomności – pomyślał. Wykonał ruch ręką i laska ponownie ruszyła w ślad za swoim panem. Na korytarzu dogonił ich Szambelan mamrocząc pod nosem, że to już trzeci stół w tym miesiącu. Xenor udał, że się budzi. - Oho! Pan Magus odzyskał przytomność – zauważył jeden ze strażników. - To znaczy, że może podążać dalej o własnych siłach – dorzucił drugi i obaj wybuchli gardłowym śmiechem. - Mieliście dużo szczęścia Lordzie. Władca nie zwykł odraczać wyroków. Ale to już nie ma znaczenia, najdalej po jutrze zginiecie. Szkoda, szkoda. Xenor puścił uwagi Szambelana mimo uszu skoncentrowany na swojej lasce, która teraz w odległości kilku metrów sunęła niewidzialna za nimi. Gdy dotarli do lochu dołączył do nich troll, który najwyraźniej opiekował się więźniami. Mijali cele, gdzie inni więźniowie dogorywali czekając na egzekucję, bądź na śmierć w innej postaci. Kiedy zakuto go ponownie w obręcze Xenor zwrócił się do Szambelana. - Chciałbym zamienić z wami słówko... – Alfons Rupert Quaquale odwrócił się zaciekawiony - ...Ale na osobności jeśli łaska. Królewski Szambelan dał znak strażnikom i trollowi by zostawili ich samych. Gdy wyszli Czarnoksiężnik nie czekał zbyt długo, tylko od razu zaczął hipnotyzować wzrokiem dostojnika. Przebił się przez słaby opór zaskoczonego Szambelana, którego twarz przeciął grymas bólu. W ciągu kilku chwil oczy dostojnika zaszły mgłą i tępo wpatrywały się w ścianę ponad głową Czarnoksiężnika. - Jesteś teraz moim sługą – mówił Czarnoksiężnik – Nikt prócz mnie nie może zwolnić cię ze służby. - Tak panie. - Przyjdziesz do mnie po zmroku, tymczasem idź już i sprawuj swoje obowiązki. - Tak panie. - Jesteś moimi oczami i uszami. Czarnoksiężnik pstryknął palcami. Szambelan zamrugał oczami, spojrzał z lękiem na Czarnoksiężnika, niezdecydowany skłonił się, poczym machnął ręką i wyszedł bez słowa z zachmurzoną miną. Xenor zamyślił się. Analizował swoje położenie. Banda wyrzutków z ościennych krain zjednoczona przez bestię, której był teraz więźniem. Nie mógł stanąć z Gwillzethem do otwartej walki, smok władał zbyt potężną magią nawet jak na Xenora – Nekromanty dziewiątego kręgu. Musiał stąd zniknąć i to szybko. Wyczytał w myślach Szambelana, że stał się kartą przetargową Gwillzetha w uzyskaniu autonomii dla swojego królestwa. Zamknął oczy. Zaintonował mantrę i zaczął wchodzić w trans. Po łączącej go z umysłem Szambelana nici przywołał jego obraz. Nakazał mu udać się do komnat zajmowanych przez królewskiego astrologa L’Okullusa, i co ważniejsze jego córki, pięknej Ives.
***
Z dziennika Abudiego Ibn-Nasira Smocze Góry, 24 Machl 1426.
Część 33 / 3
I znowu wróciliśmy na szlak. Wraz z mnichem dołączyliśmy do orszaku Paladynów jadącego na spotkanie z wysłannikami Gwillzetha. Ze względu na podeszły wiek, Wielkiego Mistrza nakłoniono go by podróżował czarną lektyką, co skutecznie spowalniało korowód. Oprócz dostojników wyższego rodu w skład orszaku wchodziła obstawa trzydziestu konnych, którymi dowodził Lenthian Cavalieur. Na wieczornej naradzie u Wielkiego Mistrza, która przeciągnęła się prawie do rana otrzymałem zadanie, od którego prawdę powiedziawszy chętnie bym się wywinął. Otóż miałem wystąpić dziś jako poseł z krainy Khaz i w razie potrzeby popierać Palladynów w pertraktacjach. Mój drogi kuzyn aż się zachłysnął, gdy dowiedział się o mojej misji. Okolica nie wyglądała zachęcająco. Górzysty teren poprzecinany zalesionymi wąwozami stanowił doskonałą osłonę dla band Gwillzetha. Mimo wysłanych zwiadowców, którzy nie napotkali nikogo odczuwało się nienaturalne napięcie. Bujnie rosnące drzewa skutecznie skrywały przed nami szpiegów śledzących każdy nasz krok. Tylko od czasu do czasu widać było na wierzchołkach gór błyski sygnałów świetlnych, którymi się porozumiewali. - Oddając tę krainę pozbędziemy się kłopotu – powiedział Lenthian, podjeżdżając na swoim siwku bliżej – I tak widać, kto naprawdę panuje w tych górach. Nie bardzo wiedząc co odpowiedzieć zrobiłem tylko głupią minę. Nie zrażony moim milczeniem Lenthian Cavalieur kontynuował swój wywód. - Moi ludzie popierają chęć załatwienia sprawy drogą dyplomacji. Nie myślcie tylko panie Nasirze, że boimy się walczyć. Po prostu te obustronne podjazdy i utarczki zmęczyły już ludzi, którzy śpią w pełnym rynsztunku gotowi do wyruszenia na patrol. A jeśliby się tak stało, że pokoju nie da się osiągnąć to staniemy do walki. O to można być pewnym. Ostatnie zdanie powiedział nieco głośniej, jakby chcąc samego siebie upewnić w słuszności misji, do jakiej zostali powołani. - Przywileje, jakie gwarantuje traktat Gwillzethowi powinien ów dokładnie przemyśleć – odezwałem się – Lepszej szansy może już nie mieć. Dostaje to czego pragnie – własne państwo, które w przeciwnym razie ciężko by mu było wywalczyć w niepewnej wojnie. Na te słowa twarz młodego paladyna rozchmurzyła się. Uśmiechnął się do mnie i powiedział – Radością jest rozmowa z wami zacny Nasirze. Twoje słowa pokrzepiają. Mam nadzieję, że bóg w którego wierzysz do pomorze nam w naszej misji. - Ścieżki Hebina są nie zbadane! – odpowiedziałem mu. W tym czasie wrócili zwiadowcy informując, że droga przed nami jest pusta. Walverde, który sprawował właściwie teraz władzę zarządził postój. Napoiliśmy konie. Zjedliśmy też część porcji żołnierskiego posiłku, na który składało się solone mięso, czerstwy chleb i wino. Usiedliśmy z Sahibem przy Khailu Walverde, który skończył właśnie wydawać nowe rozkazy i dopiero teraz mógł się posilić. - Trzeba będzie przyspieszyć marsz, bo nie zdążymy przed zmrokiem. – powiedział zabierając się do swojej porcji. - Niestety, obecność Wielkiego Mistrza jest wskazana by uwiarygodnić poselstwo. Mam nadzieję, że dojdziemy do porozumienia, ale mimo to lepiej się zabezpieczyć. Przed zmrokiem chciałbym rozstawić straże. - Mości Nasirze polecam wydalanie na łonie tutejszej przyrody! – zawołał Wielki Mistrz, który schodził podtrzymywany troskliwie przez dwóch gwardzistów ze zbocza góry, gdzie załatwiał swoje potrzeby. Bardzo podobała mi się postawa starego Paladyna, którego humor nie opuszczał odkąd wyruszyliśmy z twierdzy. Co rusz opowiadał swojej eskorcie o przygodach, jakich doświadczył za młodu. Dzięki niemu pozbyłem się swojego natrętnego kuzyna, gdyż wielce zaciekawiony słuchał opowieści Wielkiego Mistrza. - Stawiam beczkę mojego najprzedniejszego wina, że w waszych stronach nie ma takiej gęstwiny. Może to i nie przystoi tak staremu capowi jak ja, ale pożarły mnie jakieś owady, gdym się załatwiał. Dla nich za jedno król czy parobek. I jednego i drugiego kąsają z jednakowoż zaciętością. - Zaiste, lasy u was bogate są, i w ogrom roślin i zwierząt, jednak nie ma nic gorszego, niźli moskity jakie żyją w moim kraju. Niech Hebin wyniszczy ich potomstwo. - Wielką radość sprawiłeś nam panie, biorąc udział w naszej eskapadzie. - Zawsze do waszych usług, jeśli dzięki temu mogę spłacić choć część długu jaki u was zaciągnąłem – odpowiedziałem, a przypomniałem sobie, że w rodzinnych stronach nie przyjmą mnie chętnie, gdyż na potrzeby mojej wyprawy zaciągnąłem również spore długi, które przyjdzie mi spłacać jeszcze przez kilka lat. A tu nadarza się okazja by upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Nie namyślając się długo postanowiłem przedstawić pewną propozycję, gdyż była to ostatnia okazja by wprowadzić drobne zmiany do planu, jaki ułożyli Paladyni. - Wielmożni panowie. Mając na uwadze dobro naszej misji... – zacząłem uważnie obserwując posilających się dostojników - ... pomyślałem sobie, że aby uwiarygodnić moje stanowisko można by naprędce uzgodnić pewną sprawę. Otóż występując jako postronna osoba, powiedzmy – członek podobnej do waszej Rady, organizacji kupieckiej z Khaz mógłbym nie tylko świadczyć w waszej sprawie, ale też poprzeć to stosownymi propozycjami handlowymi. - No tak ale, z całym szacunkiem panie Nasirze, nie jesteście członkiem takiej organizacji bo, o ile wiem na wybrzeżu Khaz nie istnieje taka. - To prawda ale nie ma żadnych przeciwności aby takową utworzyć. - Jeżeli dobrze was rozumiem proponujecie nam wspólny pakt handlowy działający na obu wybrzeżach – domyślił się Walverde. - Tak właśnie... – przerwałem nie pewny swego. - No tak, dzięki temu moglibyśmy poszerzyć naszą ofertę, ale panie Nasirze czy jesteście w stanie zagwarantować ważność takiej umowy po stronie Khaz? - Myślę, że z pomocą waszego Zakonu taka gwarancja by była. Na widok uniesionych brwi Paladynów szybko wyjaśniłem: - Mógłbym zagwarantować ważność tej umowy, gdybym za pomocą waszych statków mógł uruchomić szlak handlowy przez morze. Regularna wymiana towarów odpowiednio oprocentowana szybko zwróciłaby się, a możliwość handlu na tak szeroką skalę zadowoliłaby obie strony. - Bardzo sprytny plan uknuliście panie Nasirze. To wielka zaleta dojrzeć takie korzyści w tak trudnej sytuacji – twarz Wielkiego Mistrza rozjaśnił chytry uśmiech. - Musimy zatem wynegocjować jeszcze miejsce na port w krainie Gwilzetha, w zamian za przystępne podatki. - Tylko jest jeszcze kwestia pożyczki... – rozpocząłem nie śmiało. - Nie martwcie się panie Nasirze gotówką – włączył się Walverde - jestem pewny, że Rada Handlowa z chęcią pożyczy wam pieniądze na rozkręcenie interesu. Spojrzał na Wielkiego Mistrza, któremu uśmiech zamarł na twarzy. - Nie wiem czy to da się załatwić... - Możliwość zysku z tego interesu ugasi wątpliwości Rady, dla której Khaz będzie nowym rynkiem mogącym pomieścić wszelkie towary produkowane w po tej części morza – wyjaśniał mu Walverde. - A i ustalanie wysokości cen tychże towarów będzie zależeć od Rady – dodałem. To przekonało Wielkiego Mistrza, którego twarz ponownie wypogodniała. Skinął na wartowników i powiedział – Dajcie tu nasze najlepsze wino, musimy uczcić ten interes czymś smaczniejszym niźli to – wskazał na bukłak trzymany przez Walverde. - Wstrzymajcie się panie. Czas nam ruszać w drogę. Świętować będziemy w drodze powrotnej, kiedy Xenor będzie w naszych rękach. Tymi słowy zakończyliśmy popas i zebrawszy się ruszyliśmy czym prędzej w drogę nie zatrzymując się więcej.
***
- Może by ich tak postraszyć, Madame? - Nie tym razem, ci zakonnicy mogą dać znacznie większe korzyści żywi i nie naruszeni. – rudowłosa kobieta odwróciła się do swojego elfiego towarzysza, którego delikatną twarz pokrywał zielono czarny makijaż. Nadawało mu to demonicznego wyglądu. Oboje ubrani byli w lekkie zielono-brązowe, wykonane z delikatnej skóry stroje znakomicie nadające się do pozostania niezauważonym nawet z najbliższej odległości. Leżeli wysoko na skarpie obserwując w dole trakt, którym podążała kolumna zbrojnych. W środku w otoczeniu ośmiu rycerzy odzianych w czarne płaszcze z wizerunkiem srebrnej lilii podążał sam Wielki Mistrz Templarów Zakonu Kharonaey. Jakieś dwie staje wcześniej jeźdźcy porzucili czarną lektykę, z której Wielki Mistrz przesiadł się na konia i dalej, jeśli droga na to pozwalała podążali galopem. - Nie są tacy głupi. Wiedzą, że po zmroku nie zabezpieczą terenu. Dlatego tak pędzą. Jasnowłosy mężczyzna spoglądał w dół. Przez plecy przewieszony miał pięknie zdobiony łuk wykonany na zamówienie u najlepszych mistrzów elfiego rodu. Należał do przybocznej straży kobiety zwanej Lady Loxley, znał tę kobietę od wielu lat, gdy jeszcze razem siali blady strach na zachodnich rubieżach Oxydii. Teraz stanowią kwiat szpiegów w Gwardii Gwillzetha, do którego się przyłączyli, uchodząc obławie króla Wijnharda. - I my musimy się spieszyć Rhyanie, żeby być tam przed nimi – powiedziała Lady Loxley cofając się pod osłonę gałęzi. Zeszli do niewielkiej dolinki, w której czekała na nich pozostała trójka oddziału z końmi, pomalowanymi na podobne kolory jak twarz elfa. Kobieta z kocią łatwością wskoczyła na siodło dając znak do odjazdu. Komando ruszyło pod osłoną liści pędząc skrótami by wyprzedzić zbrojny orszak.
***
Ives siedziała przed oknem swojej komnaty zastanawiając się nad wizytą królewskiego Szambelana, który gadał nie składnie, czasami bez sensu o jakiś głosach. Potem milczał przez chwilę a zapytany przez ojca o cel jego wizyty nie potrafił odpowiedzieć. Oboje z ojcem stwierdzili, że dzieje się z nim coś dziwnego na co ten z zaczerwienioną twarzą wybiegł z komnaty, przez ramię krzycząc o powrocie starego porządku. Ojciec udał się do władcy by omówić szczegóły dotyczące spotkania z posłami Zakonu. Usłyszała szmer w komnacie ojca. Przez pokój przeleciał delikatny powiew, świadczący o tym, że ktoś wszedł do środka. Pomyślała, że to służąca przyniosła rzeczy ojca i spojrzała ponownie przez okno, za którym otwierał się widok na powstałe u podnóża odbudowanego zamku miasto. Ciasno stojące drewniane domy stawiane na kamiennych fundamentach przypominały jej przedmieścia Southill stolicy Pandynii. Podobnie ciasno stojące, tylko mieszkańcy tam byli inni. Normalni. Nie to co tu. Cywilna ludność wszelkich ras stanowiła tu zdecydowaną mniejszość, wykorzystującą w niewolniczej pracy więźniów, jakich wyłapano z napadów na szlaku handlowym. Resztę stanowiło wojsko składające się z okrutnych orków, ludzi i krasnoludów. Niemniej jednak Gwillzeth gwarantował spokój na tym terenie, co stwarzało możliwość rozwoju tego miejsca. Warunkiem było otwarcie się na świat zewnętrzny. Wszyscy wokół zdawali sobie sprawę, że wpadł im w ręce smaczny kąsek, w osobie Xenora z Ashyrii, dający im możliwość układu z wrogami. Uzyskanie wolności i zaprzestanie ścigania przez organy ościennych krain. Od zachodu nadciągał ciemny pas nocnego nieba. Pojawiały się pierwsze gwiazdy. Ives wstała ruszyła przez pokój by udać się na dziedziniec, z którego mieli wyruszyć. W zamyśleniu nie zauważyła laski z głowicą w kształcie głowy węża, która zawisła tuż za jej plecami. Przystanęła na środku komnaty zagraconej stosem ksiąg i pergaminów, których używał stary astrolog. Powiodła wzrokiem dookoła upewniając się, czy wszystko co będzie jej potrzebne zostało już spakowane. Odwróciła się i w jednej sekundzie jej wzrok zamarł na głowicy laski, która sycząc zbliżała się do niej. Runy na drzewcu rozjarzyły się nie naturalnie. Czas zwolnił swój bieg, ta krótka chwila wydała się jej wiecznością. Ku swemu przerażeniu uświadomiła sobie, że nie może się ruszyć. Była sparaliżowana ze strachu. Obserwowała jak wąż wbija się zębami w jej ramię. Poczuła zimno rozlewające się po całym ciele. Traciła wolę, niczym peleryna ogarnęła ją senność. Czuła, że się zapada głęboko w siebie chroniąc zazdrośnie resztki ciepła, odgradzając się niewidzialną barierą od zewnętrznego chłodu. Zamknęła oczy, które na powrót nie dały się otworzyć. Nim zapadła ciemność, oczami wyobraźni ujrzała jeszcze żółte, złe oczy, które chciwie na nią patrzyły.
***
Z dziennika Abudiego Ibn-Nasira Smocze Góry, 24 Machl 1426
Noc była nie zwykle pogodna, mimo to dalej niż na kilka metrów nie można było nic zobaczyć. Ustawiony namiot Wielkiego Mistrza był jedynym wyższym punktem na równinie. A zarazem najbardziej strzeżonym obecnie miejscem w Górach Alden. Bowiem swoich posłów pilnowały obie strony, których warty i zamaskowani zbrojni omal na siebie nie powpadały. - Nie! Nie ! Nie! Nie mogę się na to zgodzić! - upierał się już blisko ćwierć hory Wielki Mistrz, któremu przedstawione żądania w kilku punktach wyraźnie nie odpowiadały. Przedstawił je starzec, królewski astrolog Maver de L’Okullus, któremu towarzyszyła jego piękna córka – Ives. Wydawała się dziwnie nieobecna, była milcząca i poważna. Mimo to jej uroda olśniła nas w czasie prezentacji, zwłaszcza młodego Walverde, o czym świadczył błysk jego oczu. Nawet teraz nie mógł się powstrzymać by nie zerkać na tę kobietę. Poza tą dwójką poselstwo Gwillzetha uzupełniali Baron de Ravenford i wyznaczony na skrybę sługa, niziołek – Melvin. - Tacy ludzie jak Lady Loxley nigdy! Powtarzam nigdy, nie będą bezpieczne w granicach Oxydii. Ich występki do dziś są pamiętane! - Musimy dojść do ugody – rozpoczął pojednawczym tonem Walverde. Bardziej żeby uspokoić Mistrza Badulain, niż innych. - Możemy zaproponować takie wyjście: Uznanie granic Alden po północne przejście, bez twierdzy Aldenhorn. Wspólne zarządzanie nad portem Sunford. Zrzeczenie się roszczeń terytorialnych i otwarcie granic. Oraz cofnięcie listów gończych, z wyjątkiem…