Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 34 min czytania

"Moje niedokończone opowieści" cz. 3 :-)))

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Kroniki Krain Lhydii księga II

Księga Druga: „Bramy piekieł”

- Czasy nastały ciężkie. Świadczą o tym znaki na niebie i w Krainach – rozpoczął swoją przemowę Sorren Nidenhill, Wielki Mistrz Zakonu Białej Lilii w Sunhorn. Zarazem głowa Wielkiej Kapituły, która zebrała się w Sunhorn, potężnej twierdzy Templarów na środkowej wyspie Sunnoru Zachodniego. - Świadczy o tym również fakt zwołania naszej Kapituły. Już drugiego w tym roku. Wiadomo wszystkim tu zgromadzonym, iż powodem dla którego tu jesteśmy są coraz bardziej niepokojące wieści napływające z lądu. Znany nam Nekromanta, Xenor z Ashyrii ujawnił się w stolicy Earthland, Charlsburgu, gdzie najpierw uprowadził córkę naszego sprzymierzeńca Księcia Dagleswierd, a potem mordując oboje bestialsko wszedł w posiadani ostatniej tajemnicy naszego Zakonu, przeklętego miejsca spoczynku Asthara. Wielki Mistrz Sunhorn zrobił pauzę zaglądając do notatek. Po chwili podjął znowu: - Nim jednak przejdziemy do tej sprawy zajmiemy się wprzódy inną równie ważną kwestią. Otóż przed tygodniem powrócił dzięki woli Kharonaey rycerz Nenad Kossaris, wysłany przez nas na poszukiwania zaginionego w górach Alden Paladyna Khaila Walverde. Nastała właściwa pora by wysłuchać jego relacji i zastanowić się nad dalszymi krokami Kapituły. Herold ubrany w białą tunikę zapowiedział donośnym głosem nazwisko Kossarisa. Ozdobione herbem przedstawiającym jednorożca, którego dosiadała niezwykłej urody niewiasta, ciężkie wrota otworzyły się z jękiem. Do środka wszedł pewnym krokiem postawny mężczyzna o wielkich ramionach i stanął pośrodku okrągłej sali, której wysokie okna zdobione kryształowymi witrażami przysłonięte były długimi do samej ziemi wiśniowymi zasłonami z emblematem srebrnej lilii pośrodku. Pokłonił się przed Wielką Kapitułą zasiadającą na podwyższeniu za masywnym stołem, bogato zastawionym jadłem, którego jednak nikt jeszcze nawet nie napoczął. Witaj Paladynie – powitał go Sorren Nidenhill – zajmij miejsce wraz z nami i opowiadaj, jaki los spotkał Khaila Walverde. Paladyn podszedł do podłużnego stołu i zajął jedyne puste miejsce, wprost naprzeciw Wielkiego Mistrza. Odchrząknął i rozpoczął swoją opowieść: - Powołany przez panią Kharonaey, ujrzałem w źródle Zavidalla obraz Khaila Walverde, który wraz z niejakim Baronem Ravenfordem przemierzał dziwną pokrytą wydmami i kraterami pustynię, na której szalały nie wiadomego pochodzenia wichry i burze piaskowe. Wizja rozwiała się po kilku chwilach, a ja stałem przez zwierciadłem wody jak wryty. Targały mną sprzeczne uczucia, które rozwiała sama bogini, kiedy ukazała mi się jeszcze tej samej nocy w mojej komnacie.

Po sali rozszedł się pomruk niedowierzania i cała Kapituła, z wyjątkiem Wielkiego Mistrza, jęła spoglądać na Kossarisa z pewną podejrzliwością. Ten nie zrażony spojrzał na dostojników wyzywająco, jak ktoś kto poznał rzeczy, o których niewielu z nich mogło mieć choćby blade pojęcie, rozsiadł się wygodniej na swoim krześle i opowiedział swoją historię. Wiedział, iż wielu spośród zebranych po zakończeniu tej historii będzie musiało zweryfikować swoje poglądy na temat wiary w boginię Kharonaey i wizję wszechświata.

***

I

- Odkryjesz w sobie możliwości, których nigdy w pełni nie zdołasz pojąć, bowiem nie starczyłoby na to twojego życia – powiedziała unosząca się tuż nad podłogą emanująca nierzeczywistą poświatą. Jej długie złote włosy falowały równomiernie opadając ze smukłych ramion przykrywając pełne piersi. Zwiewna turkusowa suknia poruszana niewyczuwalnym powiewem jeszcze bardziej działała na wyobraźnię młodego i wstrzemięźliwego Paladyna, który spuścił głowę zmieszany własnymi uczuciami do bogini Kharonaey. Świadoma swojej urody kobieta o elfich rysach twarzy i błyszczących fioletowych oczach nie przerywała szepcząc uwodzicielsko: - Wybrałam ciebie byś wypełnił zadanie, które tylko ty dzięki swojemu talentowi możesz wykonać. Talentowi. Paladyn powtórzył w myślach za Kharonaey. Od dzieciństwa posiadał dar pobudzonej wyobraźni. Wystarczyło, by wyobraził sobie znajomą osobę i automatycznie jego oczom ukazywał się jej obraz oraz to co w danej chwili robiła. Bez względu na to, w jakiej odległości się znajdowała. - Tylko w połączeniu z twoim darem można było użyć zwierciadła Zavidalla na tak dużą odległość. To co ujrzałeś to świat równoległy, jest ich znacznie więcej. Władzę nad nimi sprawują strażnicy, zwani Hollingami, na pewno ich spotkasz. Kharonaey zamilkła. Przyjrzała się błyszczącymi oczami Paladynowi, który klęczał przed nią. Jej aura zajaśniała jeszcze mocniej dosięgając rycerza. - Wstań – powiedziała – otrzymasz moje błogosławieństwo oraz ten pierścień. Z metalicznym brzękiem obok Paladyna zmaterializował się i upadł na posadzkę złoty pierścień z wygrawerowanym magicznym znakiem przedstawiającym słońce i księżyc przedzielone wahadłem wpisane w magiczny trójkąt.

- Pokażesz go Hollingom. Dzięki niemu będziesz mógł się poruszać między światami. Teraz idź. W bibliotece nad kominkiem odnajdziesz szkatułkę. Weź z niej garść proszku i rozsyp przy moim posągu. Otworzą się tajemne wrota. Za nimi znajdziesz starego krasnoluda, Alistaera Zarta. On przygotuje cię do drogi. Bogini oddaliła się nieco od Paladyna. Jej poświata zamigotała lekko a postać rozwiała w powietrzu jak dym. - Będę cię wspierać, więc nie obawiaj się złego – usłyszał jeszcze z oddali. W komnacie zrobiło się cicho, słychać było tylko ciche zawodzenie wiatru za zamkniętymi okiennicami. Światło małego kaganka ustawionego przy łóżku migotało nie równo tworząc mozaikę cieni na ścianach. Kossaris wstał z utęsknieniem spojrzał na łóżko, które kusiło go by się na nim położyć i zasnąć kamiennym snem. - Cholera! – zaklął – Ale pospałem, nie ma co! Nie spał już poprzedniej nocy, kiedy to otrzymał rozkaz powrotu z wartowni na wybrzeżu, do Sunhorn. Wzywał sam Wielki Mistrz, Sorren Nidenhill. W prywatnych komnatach Mistrza otrzymał szereg wskazówek od magów i samego Nidenhilla, na temat korzystania ze Źródła Zavidalla. Nad ranem zajrzał wreszcie w zwierciadło. Wydawało mu się, że wizja trwała chwilę, ale gdy się skończyła ze zdziwieniem stwierdził, iż nastał zmierzch. Teraz kiedy wreszcie zjadł posiłek, na który składała się potrójna porcja pieczonego mięsa z chlebem miał zamiar się położyć i wypocząć przed drogą. - Ale nie – powiedział do siebie zakładając kolczugę i wychodząc na pogrążony w ciszy korytarz – pojawia się najpiękniejsza dziewczyna na świecie i mówi, że zostałem wybrany. Po powrocie ślicznotko, nie ważne bogini czy nie, musisz się ze mną umówić. Jesteś mi to winna – uśmiechnął się w duchu.

***

Postawił kaganek na kominku. Ostrożnie zdjął mieniącą się całą tęczą kolorów szkatułkę i otworzył. W środku znajdował się świecący różowo proszek. Zgodnie ze wskazówkami Kharonaey napełnił garść. Odstawiając szkatułkę na miejsce odszukał wzrokiem posągu bogini przedstawiającego kobietę z zadumą spoglądającą w niewiadomym kierunku.

Rozsypał proszek u podnóża posągu, ten zalśnił po chwili, a jego oczom ukazały się małe drewniane drzwi migoczące na ścianie obok posągu. Otworzył je. Ze środka powiał delikatny wiatr niosący ze sobą woń morza. Sięgnął po kaganek i ruszył w ciemniejący otwór. Musiał się schyli by nie zawadzać głową o sklepienie. Korytarz nie był długi. Zaraz za pierwszym zakrętem ujrzał światło dobiegające z końca korytarza. W środku znajdowała się przedziwna komnata, w której na stołach i pułkach ustawione były przeróżne magiczne sprzęty. Bliżej niego na podłużnej ławie w szklanych naczyniach bulgotał zielonkawy płyn wydając ciche bzyczenie. Kossaris przyjrzał się labiryntowi rurek, którymi połączone ze sobą były naczynia. Sięgnął z ciekawości po fiolkę stojąca-obok ustawionej maszynerii. - Nie dotykaj! Paladyn aż podskoczył zaskoczony. Przy pułkach na ścianie, w miejscu w którym przed chwilą nie było nikogo, stał teraz gruby krasnolud odziany w fioletową koszulę nocną. Na głowę naciągniętą miał takiegoż samego koloru szlafmycę. - Alchemia, mój drogi to nie dziedzina, w której możesz zrobić karierę – powiedział podchodząc bliżej i sprawdzając szczelność rurek. - Tyś jest stworzon do machania mieczem a nie do czegoś, w czym trza używać mózgu. - Potrafię używać mózgu... – zaczął obruszony Paladyn. - Dobra, dobra. Przepraszam – przerwał mu krasnolud – Po prostu nie lubię, kiedy mnie budzą w środku nocy. Załatwmy tę sprawę najszybciej jak się da. - Przysłała mnie Pani Kharonaey... - Wiem kto cię przysłał. Ona zawsze przysyła do mnie takich jak ty. Zawsze trzeba was przygotować i wyposażyć do drogi. Tylko czemu w nocy – na rumianej twarzy krasnoluda zakwitł grymas bólu i zrezygnowania – Powiedz mi czy takich spraw nie można załatwiać jak ludzie, o normalnej porze? Nie czekając na odpowiedź krasnolud pociągnął Kossaarisa za rękaw w kierunku ściany, która ze zgrzytem otworzyła się do wewnątrz. Znaleźli się w miło umeblowanym saloniku, gdzie w niewielkim kominku strzelał mały płomień. Krasnolud podszedł do kominka. Dorzucił drwa do ognia i spojrzał zdziwiony na Paladyna. - No czego nie siadasz? – spytał po czym sam zajął miejsce w jednym z dwóch skórzanych foteli. Kossaris usiadł w miękkim fotelu rozglądając się z ciekawością po komnacie. - Niezła miejscówka co? - Trochę ciasna. - Jak dla mnie wystarczy. Krasnolud sięgnął do półki, na której ustawione były oprawione w skórę stare księgi. Wyjął tę, oprawioną twardą rudą okładką i położył ją przed sobą na stoliku, który ku wielkiemu zdziwieniu Kossarisa, właśnie pojawił się przed chwilą. - Nie wybałuszaj tępo gałów chłopie! Jestem magiem, jeżeli jeszcze nie zauważyłeś. Paladyn skinął głową rozbawiony humorem krasnoluda. Cieszył go fakt, że ktoś jeszcze tej nocy się nie wyśpi. Obiecał sobie w duchu, że już nie będzie się niczemu dziwił. - Nalej herbaty – polecił Alistaer Zart, tajny mag twierdzy Sunhorn. Widząc niezdecydowanie Paladyna wymruczał zaklęcie i na stoliku pojawił się parujący dzbanuszek i dwa gliniane kubki. Krasnolud otworzył księgę. I przeczytał na głos: - „Niech ci, którym dane będzie podróżować przez wymiary pamiętają o strażnikach czasu i nie próbują samowolnie zmieniać ich nakazów”.

***

- „... A czas jest barierą, którą przed wiekami odgrodzono organiczne światy, by każda istota mogła rozwinąć się we własnym tempie i otoczeniu jej właściwym”. Krasnolud dopił herbatę i zmęczonym głosem powiedział: - Jasne dla mnie jest, żeś nie spamiętał wiele z tego co ci przeczytałem. Nie szkodzi. Jasne jest też to, że wpakujesz się w jakieś tarapaty, gdy tylko przekroczysz wrota wymiarów. Najważniejsze jest byś pamiętał o tym, by nigdy nie kwestionować woli Hollingów, którzy są prawdziwymi i jedynymi panami wymiarów. Na swojej drodze możesz spotkać najprzeróżniejsze stwory. Zarówno podobne do znanych ci, jak i zupełnie inne, które mogą budzić różne uczucia. Pamiętaj też, żebyś skoncentrował się wyłącznie na swoim zadaniu. Odnajdziesz Khaila Walverde i sprowadzisz go z powrotem. Aha! Masz tu zwój, który otworzy wrota do naszego świata. Nie zgub go, bo nigdy nie powrócisz. Paladyn wziął zwój od krasnoluda i spytał: - Gdzie znajdę broń, którą mam się tam posługiwać? - Ha! Gdzie? U mnie! – Krasnolud rozpromienił się – Tylko u mnie. Wstał i zaprosił gestem Kossarisa by ten ruszył za nim. Kolejne drzwi w ścianie się otworzyły. Weszli do zbrojowni, jakiej Paladyn jeszcze nie widział. Na ścianach wisiała broń przedziwnej budowy i niewiadomego pochodzenia. Paladyn zagwizdał z podziwem. Krasnolud sięgnął po wielki półtora ręczny miecz ze lśniącego materiały i z wysiłkiem podał go Kossarisowi. Paladyn ujął miecz w jedną dłoń i machną badając jego wagę. - Tak, teraz musimy ci znaleźć jeszcze jakąś tarczę – mruczał pod nosem. - Żadnej tarczy! – zaprotestował Paladyn i widząc zdziwiony wzrok maga dodał: - Nie używam tarczy. Daj mi tylko jeszcze jeden taki miecz. - Jak sobie chcesz – zgodził się krasnolud i podał identyczny drugi miecz. Poszperał w skrzyniach i wyją z jednej z nich srebrno niebieską zbroję, którą wziął pod pachę i wyprowadził wzbraniającego się Kossarisa z powrotem do saloniku. - Tyle mogłem ci pomóc. Reszta zależy już tylko od ciebie – machnął ręką na Paladyna. - Choć dam ci jeszcze kilka zapasów na drogę. Potem przejdziesz przez wrota. Wrócili do pierwszej komnaty i Kossaris otrzymał torbę wypełnioną jedzeniem, zwojami i przeróżnymi eliksirami odpowiednio opisanymi przez maga. Z kieszeni swojego szlafroka wyjął zwój, podobny do tego który dał Kossarisowi. Wyszeptał zaklęcie i otworzyła się świecąca czerwonym blaskiem brama. - Tutaj się rozstajemy – przekrzyczał huk, jaki wytwarzała brama – Czas cię nagli więc ruszaj. Niech łaska Kharonaey cię strzeże! - Tak od razu mam iść? - zdziwił się Paladyn – Myślałem, że chociaż się wyśpię przed drogą! - W swojej torbie masz eliksir, który doda ci sił i odpędzi sen. Bywaj! Krasnolud wykonał ruch dłonią a Kossaris z krzykiem wleciał czerwoną czeluść bramy. Wraz z nim wleciały miecze i pancerz. - Aj cholera! Skleroza! – krasnolud pobiegł szybko do zbrojowni. W chwilę później wrócił i cisnął w ślad za Paladynem srebrno niebieski hełm. Brama zamknęła się.

***

II

Gigantyczny krater, na którego zbocze się wspięli mieścił w swoim wnętrzu świecącą dziwną poświatą osadę. Lampiony poustawiane niemal na każdym kroku więziły w sobie światło mogące rozjaśniać mrok. Rana na piersi Paladyna swędziała dokuczliwie, co upewniało go o tym, że organizm w szybszym niż zazwyczaj czasie radzi sobie z jadem Lisza. Nie mógł tego samego powiedzieć o swoim nieprzytomnym towarzyszu, który majacząc w gorączce wyglądał coraz gorzej.

Opatrzył go w taki sam sposób jak siebie, lecz w przeciwieństwie do Templarów Białej Lilii, organizm jego towarzysza nie był odporny na jad Lisza, z którym walczyli kilka dni temu. Podniósł Barona z ziemi stękając i krzywiąc się z bólu, gdyż rana mimo, że się goiła protestowała boleśnie przy gwałtowniejszych ruchach. Ruszył korytem wyschniętego zapewne wiele lat temu strumyka, ostrożnie stąpając między kamieniami. Żywił głęboką nadzieję, że w osadzie odnajdzie medyka, który poradzi sobie z chorobą przyjaciela.

***

Po przekroczeniu wrót, Kossaris dostał się do wypełnionego wyładowaniami elektrycznymi tunelu, którym raz opadając raz wznosząc się ślizgał z zawrotną prędkością. Żołądek podszedł mu do gardła. Gdyby nie to, że po jego ostatnim posiłku pozostało jedynie mgliste wspomnienie, na pewno upaćkałby tunel i samego siebie. Sam ślizg trwał krótką chwilę, w której Paladyn całym swym umysłem wyczuwał miliony istot, szczątki ich myśli, fragmenty życia. Przed oczami układały się obrazy, których nijak nie umiał zrozumieć. Zdeformowane ciała, miejsca, w których nigdy nie był oraz budowle, zamki, całe miasta i gigantyczne zawieszone w chmurach twierdze. Przerażony krzyczał jeszcze długo po tym, jak z wielką siłą został wyrzucony wprost na piaszczyste wydmy. Tuż za nim wylądowały jego miecze i zbroja, a w chwilę później hełm, który boleśnie uderzył go w głowę i z brzękiem potoczył się po piasku. Otrząsnął się z szoku i ze zdziwieniem stwierdził, że stoi w miejscu, gdzie widział poprzedniej nocy w zwierciadle Zavidalla, Khaila Walverde. Rozejrzał się. Dookoła, jak okiem sięgnąć, rozpościerała się usiana kraterami pustynia. Pozbierał swoje rzeczy. Nałożył hełm i zbroję, która okazała się niezwykle lekka. Obwiązał miecze rzemieniem i przerzucił przez ramię. Zdecydował, że będzie szedł na zachód, w kierunku majaczącego w oddali wielkiego krateru. Stanął w jednej chwili jak wryty, uświadamiając sobie na co patrzy. Za majaczącym na horyzoncie kraterze skrywały się dwie tarcze słoneczne! Nie mógł się nadziwić temu niecodziennemu widokowi. Wyobraził sobie Templara, po którego został wysłany. Przez chwilę nic się nie działo, kiedy to ujrzał Khaila wiszącego na metalowym krzyżu. Po jego ciele wspinały się wielkie wężokształtne macki wpijające się w ręce Paladyna. Wizja znikła. Oszołomiony Kossaris ruszył się płochliwie. Zbadał wzrokiem okolicę i sięgnął do torby, w którą wyposażył go krasnoludzki mag. Wyciągnął z niej kryształową buteleczkę. Widniał na niej napis: „Wytrzymałości Ci doda cierpkiego smaku Woda”. - Żartowniś. Jasna cholera! Wyciągnął korek i wypił zawartość butelki. Smak rzeczywiście był dość cierpki i gorzki. Paladyn z trudem powstrzymał się od wyplucia eliksiru. Nie ociągając się dłużej wyruszył na zachód, w kierunku, gdzie jak mu się zdawało odnajdzie jeszcze żywego Khaila Walverde.

***

Walverde przeklinał w duchu imię Xenora. Przeklinał własne imię. Był wściekły na siebie, że tak łatwo dał się zwieść ofercie pomocy tajemniczego wędrowca, którego spotkał w osadzie. Przyjął proponowaną pomoc naiwnie ufając nieznajomemu. Jego twarz skrzywiła się w niewysłowionej męce. Trzy wężowe stwory wpijały się w przeguby jego rąk wysysając…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%