Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 1 godz. 10 min czytania

"Moje niedokończone opowieści" cz. 6

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Od autora: Jak widać z tytułu jest to część większej „całości” (w zamierzeniu!); Niestety zły wirus zaatakował swojego czasu mój komputer i jedynie tyle się zachowało:-(( Postaram się zebrać to co się jeszcze uchowało gdzieś po znajomych i może kiedyś do tego wrócęJ) Była to moja pierwsza poważniejsza rzecz jaką napisałem - ma już trochę lat (około 3,5); od tamtego czasu niewiele napisałem, właściwie zarzuciłem pisanie... Dopiero niedawno wróciłem do tego... hobby. Jak pewnie zauważycie, poniższy text zawiera wiele błędów, ale nie chce mi się go poprawiaćJ) - Może kiedyś... powinniście się troszkę ubawić moją nieporadnościąJ) i mam prośbę nie bądźcie nazbyt surowi w ocenie he he... Tymczasem życzę miłej lektury i PozdrawiamJ))

KRONIKI KRAIN LHYDII księga V

Księga Piąta: „Charlesdam”

I

Wiatr z maniakalną siłą, niczym nawiedzony napierał na mury Wieży Światła, w której co noc zapalano ogień mający wskazywać zagubionym statkom drogę do portu Charlesdam. Diabelska symfonia, jaką grał wyjąc przenikliwie wprawiała żołnierzy wpatrzonych w płomienie liżące łapczywie pniaki w kominku strażniczej komnaty. Opatuleni dodatkowo futrami grzali się wsłuchując w wycie wiatru. - Wieje, jakby sam diabeł chciał mury nasze zdobywać - odezwał się pierwszy o kędzierzawej i jasnej czuprynie. - Bacz Jorgil, abyś w złą godzinę tych słów nie wypowiedział - upomniał go drugi, starszy i grubszy, pełniący funkcję dowódcy zmiany. - Mówię wam panie Norgard, że na daremnie ogień podtrzymujem. W taki sztorm żaden statek na morzu nie przetrzymie. Jak go fale nie pochłoną to na skałach skończy. - Kraczesz młody bez potrzeby. Jeszcze jakieś licho wywołasz. - A bo to źle mówię. - Od dawien dawna ogień na wieży płonie i niech ci przez łeb myśl o jego gaszeniu nigdy nie przechodzi! - uciął rozmowę rozeźlony dowódca. Wtem drzwi do komnaty otwarły się z hukiem. Wśród wirujących płatków śniegu do środka wbiegł zdyszany Arold Find, wysłany przez Norgarda by dołożyć świeżych drew pod ognisko palące się na wierzchołku wieży. - Statek! - wykrzyknął od progu - Statek płynie, panie Norgard! - Statek?! Gdzie? - U wejścia do portu! Obaj wartownicy poderwali się jak oparzeni i skoczyli do Finda. - Prowadź chłopcze! A ty Jorgil pędź budzić kapitana. I o Resdamusie nie zapomnij!

Na spiętrzonych falach, wśród nieustającego wiatru, który z ogromną siłą pchał miliony płatków śniegu prosto w twarze obserwujących port wartowników, płynął niewielki statek, który na tle wzburzonego morza, wyglądał jak łupina orzecha. - Albo to czary, albo sam diabeł prowadzi tą łódź - powiedział z podziwem Norgard obserwując przymrużonymi oczami jak statek zwinnie ślizga się na falach. - Wygląda na to, że im się uda! Norgard spojrzał na swojego kapitana, który wraz z magiem Resdamusem przybyli zaalarmowani przez obładowanego teraz dziwnymi sprzętami Jorgila. Kapitan uniósł pytająco brew spoglądając na maga: - Magia? - Zobaczymy. Zróbcie mi miejsce! Posłuszni rozkazującemu tonowi Resdamusa wartownicy odsunęli się pod ścianę wieży. Mag szybko rozłożył przenośny teleskop i spojrzał w stronę statku. - Nie widzę dobrze, ale magii to tam nie ma. Bandera z Indsvijk - powiedział i ustąpił miejsca kapitanowi, który zajrzał w obiektyw. Naraz mag zaintonował zaklęcie i dwa ogniste pociski wystrzeliły w powietrze i pognały w kierunku statku. Na moment zrobiło się jasno. Przez teleskop na pokładzie Resdamus ujrzał duży ruch. Kapitan statku pokrzykiwał stojąc za sterem a kilku ludzi walczyło z potarganym niemal całkowicie żaglem. Ogniste kule z sykiem wpadły do wody i na powrót zrobiło się ciemno. - Schodzimy do doków! - zakomenderował kapitan i wszyscy oprócz maga i Jorgila, którzy składali teleskop, ruszyli na schody.

***

Na nabrzeżu w dokach, mimo śnieżycy zebrał się spory tłumek, który z pochodniami wyległ z pobliskiej tawerny poinformowany przez nie wiadomo kogo. Ze statku rzucono liny, które szybko złapali podpici krasnoludowie, których kilka setek zamieszkiwało w dokach. Kapitan z pomocą swych wartowników przepchał się do przodu i spytał podniesionym głosem: - Kto tu dowodzi? Ze statku na ląd pierwszy wyskoczył długowłosy przemoknięty mężczyzna, opatulony w czarny płaszcz, w jego twarzy kapitan rozpoznał elfie rysy. - Nazywam się Khail Walverde. Jestem Paladynem z Zakonu Kharonaey - przedstawił się i szybko, nim kapitan zdążył coś powiedzieć, dodał: - Muszę się natychmiast widzieć z Donovanem! Kapitan roześmiał się rozbawiony. Spojrzał z nieskrywaną wrogością na przybysza. - Z Jego wysokością? Teraz? Czy może najpierw podać herbaty? - spytał zjadliwie. - Nie dość, żeś jest elfim pomiotem, którego w tych stronach nie lubimy, to jeszcze śmiesz rozkazywać i od progu budzić króla! - ostatnie słowa kapitan wykrzyczał, dostając na twarzy purpurowych plam. Paladyn spojrzał z pogardą na kapitana i odparł przez zęby jednym tchem: - Taki mam tupet! I jeśli nie spełnisz mojej prośby to resztę życia spędzisz w lochu! - uspokoił się nieco, lecz dalej mówił podniesionym głosem, tak, by wszyscy zgromadzeni na nabrzeżu usłyszeli: - Mam glejt dla króla, głupku! Hoglo i Northolm zaatakowane, Indsvijk na pewno się nie utrzyma! Mało prawdopodobne jest by Krtsjarg i Frindjarg się utrzymały! Na twarzach ludzi odmalowało się najpierw zdziwienie, a w chwilę później przerażenie. Wszyscy bowiem pojęli, że przybysz nie stroi z nich sobie żartów. Przestraszony kapitan zmienił ton: - Wybaczcie panie - powiedział szybko - Jeśliś prawdę powiadasz niezwłocznie karzę budzić króla Donovana. Przywołał do siebie Finda i wysłał go do pałacu.

***

- Złe wieści przynosisz elfie - ostatnie słowo zaspany jeszcze mocno monarcha wypowiedział z naciskiem. Mimo, że od wielkiej wojny, w której jego przodek wypędził z tej Krainy elfy, minęły cztery stulecia, to dawna nienawiść do tej rasy była obecna wśród zdecydowanej większości obywateli Charlesdam. Siedzieli w wygodnych fotelach, popijając ciepłe wino, w prywatnej bibliotece króla, pełnej map i półek z księgami. Poza królem, magiem i Paladynem towarzyszyli im jeszcze wódz naczelny wojsk królewskich i admirał floty. - Stało się więc to, co przepowiedziałeś Resdamusie. Bez obaw jesteśmy przygotowani na atak. Nawet na atak sługusów Ashtara. Uśmiechnął się do swojego maga, który podjął wątek: Jesteśmy ci bardzo wdzięczni za wieści, które przywiozłeś. Oczywiście, możecie... - tu spojrzał na króla, który bawił się kopertą z widniejącą na niej resztką pieczęci księcia Indsvijk - ... wraz z przyjaciółmi, schronić się i odpocząć w naszym grodzie. Zapewniam was, że Charlesdam nie zostanie zdobyte. - Glejt, w który was wyposażył książę Rupert, niestety traci moc na naszym terenie - odezwał się Donovan - Jednak ty i twoi towarzysze będziecie traktowani, jako poselstwo Indsvijk. Przynajmniej do czasu, gdy przybędzie tutaj sam książę de Wett. - Dziękuję panie, jednak muszę nalegać, byś poważnie potraktował groźbę, która wisi nad Charlesdam i Kraią Windhir. - Zapewniam cię elfie, że wszelkie sprawy związane z moim królestwem traktuję śmiertelnie poważnie. Jednak nie dam ci wiary w to, że u bram Hoglo i Northolm stoją armie ciemności! Wszyscy zgromadzeni, z wyjątkiem Paladyna, zanieśli się śmiechem, a mag Resdamus aż rozkaszlał się czerwieniąc się, co rozbawiło pozostałych jeszcze bardziej. Paladyn nie podzielał optymizmu władcy Krainy Windhir, Gorana Donovana. Postanowił mimo wszystko opowiedzieć to co widział w Indsvijk przed wypłynięciem: - Na początek robi się cicho - Paladyn rozpoczął monotonnym głosem jak tylko dostojnicy się uspokoili - nienaturalnie cicho, nawet nie słychać ptaków. Później daje się wyczuć napięcie, jakby natura w napięciu wyczekiwała. Wartownicy Ruperta donieśli, że na skraju lasu widać jakiś ruch. Rozmyte sylwetki przebiegające w cieniu drzew, z pomiędzy których zaczyna wypływać mgła. Pełznie po polach i gęstnieje. Potem robi się zimno. Przerażeni mieszkańcy chowają się we własnych domach, ci co zastali na murach dostrzegają ciemniejący kształt, wysoko na tle nieba. Kształ ten kołuje obniżając powoli lot. W końcu daje się rozpoznać nietoperze skrzydła, długą szyję i ogon. Wszyscy ludzie chowają głowy, kiedy potwór przelatuje nad grodem. Dosiada go jeździec odziany w purpurowy płaszcz w ręku dzierży berło Wantorii, nazywał się kiedyś Xenor z Ashyrii, którego ścigałem przez Krainy całej Lhydii. Zwyciężył i odnalazł grobowiec Ashtara. Teraz dosiadając Yendhilla, lodowej bestii, jest kolejną emanacją zła - Boga-węża Zetha. W odległości lotu strzały smok przysiada na tylnych łapach rozwiewając mgłę. Jeździec zaczyna mówić a jego głos, zdaje ci się, że szepta ci do ucha, jakby dziecięcą wyliczankę: „ Krew, lód, mrok i niebyt. Czy potrafisz się z tym zmierzyć. Ból, strach, chaos i noc. Poznałem Zetha i jego Moc”. Król uniósł brwi i w dalszym ciągu nie dając wiary w opowiadanie Paladyna, który spojrzał na dostojników i dokończył: - Potem składa ultimatum... - Też wierszykiem? - spytał admirał i wszyscy ryknęli ponownie śmiechem. - Prześpijcie się panie Walverde. Jesteście już zmęczeni. Jutro wszystko zobaczycie w innym świetle. Powiedział Rasdamus z dobrodusznym uśmieszkiem. I podniósł się ze swojego fotela. - Tak, tak panowie ja też udam się na spoczynek, by złapać jeszcze parę hor, które zostały do świtu. Zobaczymy się rano. Panie Walverde może pan spędzić tę noc w pałacu. Z przyjaciółmi spotka się pan rano. - Dziękuję Wasza Wysokość. Paladyn skłonił się i wyszedł za zebranymi na korytarz. Później w komnacie, którą dostał do dyspozycji rozmyślał nad postawą króla. Ze zdziwieniem stwierdził, że nie czuł złości. Był zrezygnowany. Postanowił, że nazajutrz spotka się z przyjaciółmi i wspólnie rozpoczną przygotowania do dalszej drogi. Postanowił, że podążą na zachód, na wyspę Salenhorn, gdzie znajduje się najbliższa twierdza Templarów.

***

Z pałacu droga wiodła obok świątyni bogini urodzaju, Khari, gdzie Walverde miał znajomego kapłana Thefta. Ukrywał się tam również gnom z gildii złodziei w Charlesdam. Bonifacy, tak miał na imię, spotkał już na swojej drodze namiestnika Zetha, Xenora z Ashyrii. - Oho! Jeśli on tu jest, to będą kłopoty - tymi słowy powitał Paladyna mały złodziej, patrząc jak ten wchodzi wraz z kapłanem. - Witaj Bonifacy. Czas gotować się do drogi - odezwał się lakonicznie Walverde. - Drogi? Jakiej drogi? Gnom popatrzył pytająco na kapłana, z którym zdążył się, podczas miesięcznego pobytu w świątyni, zaprzyjaźnić. Kapłan popatrzył na niego przyjaźnie i potwierdził słowa Paladyna. - Niestety, pora się rozstać. Nadchodzi wielka nawałnica. Słudzy Zetha niedługo staną u bram naszego miasta. Takich jak ty będą szukać w pierwszej kolejności. Na dźwięk tych słów Bonifacy pobladł na twarzy, doskonale pamiętał Xenora i jego sługi. Łamiącym się głosem spytał: - Dokąd mnie zabieracie? - Do Salenhorn - odparł Paladyn i sprostował po chwili - Zabieram tylko ciebie, Theft zostaje w Charlesdam. Bonifacy spojrzał na kapłana, a ten pokiwał twierdząco głową. - Jedź z nami, przecież tobie też grozi niebezpieczeństwo - spróbował gnom. - Nie. Nie mogę zostawić braci i świątyni w potrzebie. Zostanę do końca. Szpiegów Zetha się nie obawiam, wspólnie z braćmi jesteśmy potrzebni miastu, kiedy zacznie się wojna. Ty jesteś najważniejszy. To ciebie będą w pierwszej kolejności szukać, a do tego nie możemy dopuścić. - Pakuj się chłopcze.

***

Szli bocznymi, wąskimi uliczkami zastawionymi straganami, w których handlarze przeróżnej maści oferowali swoje towary. Interes kwitł jak zawsze świetnie. Bogato zdobione dywany z dalekiego Khaz, ubrania, buty, oręż, tkaniny, eliksiry i wiele innych dóbr można było znaleźć wśród straganów. Co chwila Paladyn oglądał się za siebie. Nie szli prosto do doków, gdzie ulokowano towarzyszy Paladyna. Kluczyli, skręcali, zawracali. Bonifacy zdążył się zorientować, że są śledzeni. Nie na darmo należał do gildii złodziei, by nie rozpoznać taktyki Paladyna. Za każdym razem, gdy skręcali jakieś dziwne typy wychodziły w chwilę po nich zza zakrętu. Ponad horę kluczyli uliczkami, nim Paladyn ocenił, że zgubili ogon. Pogoda znacznie się poprawiła. Przede wszystkim wiatr zmienił kierunek i sztorm przesuną się na wschód. Śnieg nie sypał już tak intensywnie i niebo nieznacznie pojaśniało. Było nadal mroźnie i wilgotno. Co rusz można się było poślizgnąć na oblodzonych kostkach ulic Charlesdam. Weszli do dzielnicy doków, którą zamieszkiwała biedota, złodzieje oraz przeróżni bandyci. Również okolica uległa zmianie. Na gorsze oczywiście. Domy były obdrapane, na drodze śmierdziały sterty śmieci. W tej dzielnicy nie było ścieków, nikt też nie zajmował się usuwaniem odpadków z ulicy. Włóczyli się tu pijani marynarze i rozmaici zawiadjacy, szukający zaczepki. Doszli wreszcie do tawerny o swojsko brzmiącej nazwie „Pod śmierdzącym Śledziem”, w której ulokowano przyjaciół Paladyna. Obeszli dom dookoła i weszli przez furtę na podwórze. Usłyszeli krzyk: - Mitch! Łapserdaku jeden! Naprędkiem leć do kapitana i pomóż nosić rzerdzie! Minął ich pędem młody, na oko jedenastoletni chłopiec i pędem pobiegł w dół uliczki prowadzącej do portu. - Cześć! - rzucił tylko przesz ramię i już go nie było. Na podwórzu gruby mężczyzna ładował pakunki na wóz. Zobaczył przybyłych i ukłonił się mówiąc: - Dzień dobry panie rycerzu. Gotujem się do drogi, wedle waszego przykazania. - To jest Bonifacy - Paladyn przedstawił gnoma - będzie podróżował z nami. - Jam jest Olaf Karczmarz. Pan rycerz uratował nas i wywiózł z Longend, gdzie Magus opętał całą wieś. Z domu wyszedł gospodarz w towarzystwie pulchnej kobiety, którą Paladyn przedstawił jako żonę Olafa. - Bonifacy? A cóż to za imię? - powiedziała. - Takie imiona są bardzo popularne w moich stronach - odparł gnom i wrzucił swój tobołek na wóz. Furtą wszedł najpierw młody chłopiec, Mitch niosąc o wiele za duże jak na niego żerdzie. Za nim wszedł kapitan Karl i dwóch marynarzy. - Kapitanie - zwrócił się do niego Walverde - na pewno nie wyruszy pan z nami? - Dziękuję za troskę panie, ale zostajemy. Włączą nas do floty Charlesdam. A poza tym lepiej czuję się na swojej łajbie niż na wozie. Położyli żerdzie obok wozu, których Olaf chciał użyć do wzmocnienia ścian. - Kiedy wyruszacie? - zapytał gospodarz ze zdziwieniem oglądając jak Olaf wprowadza w życie swój pomysł. - Najdalej za dwa dni - odpowiedział mu Paladyn. Od frontu domu dało się słyszeć tętent kopyt. Po chwili z gospody wypadł na podwórze posłaniec noszący na piersi znak topora skrzyżowanego z mieczem, był to herb straży królewskiej. Posłaniec podszedł do Paladyna i spytał: - Was zwą Khail Walverde, panie? Paladyn skinął głową. Płyną trzy statki z Indsvijk. Król chce, żebyście dołączyli do niego w porcie. Paladyn popatrzył na towarzyszy, którzy popatrzyli na niego wyczekująco. - Prowadź - powiedział i ruszył za posłańcem. W ich ślady pobiegli marynarze , gospodarz i kapitan.

***

W porcie zebrał się już spory tłumek gapiów. Król Donovan stał w otoczeniu swoich gwardzistów. Towarzyszyli mu również mag Resdamus, admirał floty i generał. Stały skład, pomyślał Walverde. - Wybaczcie Paladynie moją nie ufność - powiedział król kiedy Walverde podszedł i pokłonił się. - Wygląda na to, żeś prawdę powiadał. Dziś rano przybyli posłowie z Mont Hill i Winterbourgha. Sytuacja jest ciężka. Król Wackaard ewakuował się do Northern Star po tym jak padł Wintersbourgh. - Podbicie Northolmu to kwestia czasu - dodał królewski generał. - To prawda - potwierdził władca - Mont Hill odparło atak z morza. Opowiadają takie same historie co i wy. Wiecie - zrobił nieokreślony ruch ręką - Mgła, cienie i takie tam. - Jestem do usług waszej wysokości - powiedział Walverde. Spojrzeli na morze, gdzie trzy statki pod banderą Indsvijk dobijały do brzegu. Na pokładach statków znajdowali się ranni. Z największego z nich, noszącego na banderze znak księcia Ruperta de Wett, zbiegł po przerzuconej nad wodą kładce żołnierz. - Dajcie medyka! - rozdarł się na całe gardło. Król kiwnął głową i Resdamus pośpieszył na pokład statku. Na ląd tymczasem zszedł sam książę Rupert. Odziany w kolorowe, jak na gust Paladyna, kompletnie nie pasujące do siebie szaty. - Witam drogi kuzynie - powiedział Donovan i obaj uścisnęli się. - Cieszę się, że uszedłem z życiem. Mój gród wzięty. Te kreatury! - Spokojnie, nie przy ludziach - król odciągnął Ruperta na bok. - Spokojnie?! - książę nie mógł opanować nerwów - Mam nadzieję, że postawiłeś wojsko w stan gotowości. - Od samego rana. - Będą tu niebawem. Jutro, pojutrze. To zagłada! Książę dopiero teraz dostrzegł Paladyna i przywitał go skinieniem. Zwrócił się do Donovana: - Czyż nie wysłałem ci wiadomości przez tego człowieka? - Wybacz, nie daliśmy wiary w to co opowiadał. - No to nie długo się przekonasz, czy mówił prawdę. Ludzie wariowali, często ginęli od własnych strzał i mieczy, bo mgła jakaś magiczna skrywa te przeklęte stworzenia! Książę przełknął ślinę i kontynuował rozgorączkowany: - Wzięli mury z marszu, przy pierwszym ataku! Sam to widziałem. Podobne do ludzi bestie atakowały z furią. W ogóle nie dbając o własne życie. Mają blade oblicza. A oczy! Takie straszne, niewidzące. Gdy wdarli się do miasta na niebie pojawił się dosiadający smoka jeździec. Sam diabeł! Bestia swoim oddechem zamieniała wszystko, zwierzęta, ludzi, domy w jeden wielki sopel! T było straszne! - Spokojnie, tu jesteście bezpieczni - zapewnił kuzyna król, nie bardzo wierząc w to co mówi. - Bezpieczni? Królu mój, jeśli Charlesdam padnie, to padną wszystkie krainy! - Zajmijcie się rannymi i ulokujcie gdzieś tych ludzi! - rozkazał król i sam ze swoją świtą ruszyli do koni, które stały niedaleko. Paladyn również został zaproszony. Przez cały czas książę Rupert gadał nie mogąc się uspokoić: - Wypłynęliśmy w ostatniej chwili,. Siedem okrętów z dziećmi i kobietami. Wtedy znowu ogarnęła nas mgła. Poszliśmy w rozsypkę. Słyszeliśmy krzyki z innych okrętów. Dopiero, gdy dotarliśmy do wysp Nordsvijk i Hallsvijk, mgła ustąpiła. Za nami płynęły rybackie łupiny, wypełnione tymi bestiami. Odkryliśmy, że zostały tylko trzy okręty, co się stało z resztą nie wiem. Najpierw chcieliśmy płynąć do Hallsvijk, ale później zdecydowałem, że płyniemy prosto do ciebie. Te rybackie łajby zawróciły przy wyspach. Pewnie teraz je oblegają. Jechali szybko, najszerszą drogą w grodzie. Puszczeni przodem strażnicy rozganiali mieszkańców, którzy stali teraz po obu stronach drogi. Widać było, że gotują się do walki. Już od rana pierwsze wozy z uchodzącymi z miasta wyjechały w głąb lądu. Ci co pozostali szykowali przed domami broń i pancerze. W powietrzu czuło się napięcie. Nawet nie zauważyli, że przestał padać śnieg i zrobiło się dziwnie cicho.

***

Ponownie siedzieli w bibliotece króla. Tym razem w szerszym gronie. Oprócz świty Donovana, nad mapami pochylali się posłańcy z Mont Hill i Northolmu oraz książę Rupert i Walverde. - Droga do Mont Hill jest na razie przejezdna. Mamy na niej dwa garnizony - mówił królewski generał, Jens Hagle - Nie wiemy co się dzieje na trakcie do Northern Star. Wysłaliśmy tam patrol. Niedługo powinien wrócić. - Zaatakują pewnie od morza - stwierdził admirał. Nazywał się Hans Frigge, był doświadczonym wilkiem morskim, którego ogorzała od wiatru i morskiego powietrza twarz pozostawała stale rumiana. - Nie można też wykluczyć, że Northern Star padnie i od wschodu też przypuszczą atak - Resdamus przyłożył palec do miejsca na mapie, na której widać było całe północne wybrzeże. - Resdamus próbował się skontaktować z Hollenem, magiem Northrern Star, lecz nie otrzymał żadnej odpowiedzi - król popatrzył zmęczonym wzrokiem na zgromadzonych. - Mamy prawie sto tysięcy żołnierzy. Wliczając w to mieszkańców i marynarzy admirała - kontynuował generał. - Gdy zaatakują, będzie mgła i szaleństwem byłoby wypuszczenie okrętów na morze - stwierdził Rupert - Wystrzelaliby je jak kaczki. - To prawda - zgodził się generał - Jednak jeśli przedrą się między wieżami - tu wskazał na mapę - nie możemy dopuścić by przejęli nasze okręty. Dwie setki marynarzy pozostaną w dokach. W razie czego odeprą pierwszy atak. - Za dzień lub dwa dotrą do nas posiłki z głębi kraju - odezwał się Resdamus - Na całe szczęście będą wśród nich także i moi koledzy i koleżanki po fachu. - Za dzień lub dwa to mogą się tu nie dostać! Książę wyraźnie nie wierzył w siłę i przygotowanie Charlesdam do odparcia ataku. Nie zrażony mag ciągnął jednak dalej: - Odzew odebrały Veronika z Cive, Robert Złotowłosy, Gerald i Helvind z Wondergate oraz co najważniejsze, Lord Kharus obiecał przysłać swoich uczniów Gholla Rudego i jego brata Fhalla. Zgromadzeni pokiwali głowami wyrażając swój podziw dla solidarności wśród magów. Wiedzieli bowiem, że wzajemnie nie darzą się sympatią. - Wspólnie spróbujemy odeprzeć atak sługusów Zetha i jego samego. - Oby tylko bogowie pozwolili im się przebić! - odezwał się jeden z posłańców Z Mont Hill, krasnolud, który wyróżniał się w tym towarzystwie. Paladyn zachodził w głowę jak krasnolud mógł dosiadać konia, to po pierwsze, oraz w jaki sposób dorobił się na dworze Northolmu takiej pozycji. Od dawna wiadomo było, że w tej części krain wszystkie rasy poza ludzką nie były mile widziane. Z wyjątkiem księstwa Salen, tam żyli prawie wszyscy przedstawiciele ras zamieszkujących Lhydię, brakowało tylko elfów, które po wielkiej wojnie wyemigrowały na południe i na zachodnie wyspy. W samym Charlesdam mieszkało mnóstwo krasnoludów, gnomów i niziołków. To dzięki nim w głównej mierze gród zawdzięcza swój rozkwit gospodarczy i kulturalny. - Doszły mnie słuchy, że nas opuszczacie - zmienił temat król Donovan, zwracając się do Walverde. - W istocie Wasza Wysokość - odparł spokojnie Paladyn, przeczuwając co się święci. - Zatem opuszczacie nas w najważniejszej chwili. - Z całym szacunkiem królu. Wy macie swoje zadania a ja swoje. Moim zadaniem jest dowiezienie do Sunnoru tych, którzy są pod moją opieką. - Wątpicie, że tutaj nie zapewnimy bezpieczeństwa dziecku, kobiecie i jej mężczyźnie... oraz temu złodziejowi, którego tak chowaliście przede mną z tym kapłanem Theftem? Walverde musiał się zdradzić, bo król kontynuował rozochocony: - Tak, tak zakonniku. Myśleliście, że pod moim nosem możecie bez mojej wiedzy ukrywać tego... Jak mu tam? - Bonifacy Lepkie Ręce - przyszedł królowi z pomocą Resdamus. - Tak, Bonifacy Lepkie Ręce. On mnie okradł! I ty zamiast mi go wydać chciałeś go schować przede mną! - władca pokręcił głową - Doprawdy nie doceniasz moich ludzi, Paladynie. - Królu - spróbował Walverde - moja skromna osoba przede wszystkim odpowiada przed Kharonaey i Wielką Kapitułą Zakonu, mam swoje własne rozkazy, które czasem kolidują z prawem obowiązującym w krainach. - Zakon! Kharonaey! Te wasze mrzonki o zbawianiu świata! Dobrze, że nie pozwolono wam na założenie w Windhir i na północy swoich twierdz i klasztorów. Przynajmniej teraz nie jesteśmy zależni od waszej zgrai! - Królu, zatem nie będę dłużej nadużywał twojej gościnności. Rano, z twoim błogosławieństwem lub bez, wyruszymy do Salenhorn - Paladyn zrobił pauzę i dodał: - Wyruszymy wszyscy, co do jednego. Ja dotrzymuję danego słowa i doprowadzę tych ludzi do Sunnoru. - Nie bądź taki pewien! - Donovan najwyraźniej tracił cierpliwość. Przytyk do dotrzymywania obietnic był wyraźnie skierowany do nie pisanej obietnicy pradziada Donovana, Hespa Łysego, który obiecał, że w razie potrzeby rycerze Zakonu mogą liczyć na wsparcie jego ludu. - Nie biorę odpowiedzialności za przyrzeczenia starca, którego przekabaciliście na łożu śmierci! - Panowie! - wykrzyknął wreszcie Rupert pojednawczym tonem. Jednak król nie dawał za wygraną: - Milczeć! Możesz Paladynie opuścić jutro gród. Rano! Ani chwili dłużej niż to będzie konieczne. - Panie, a co z tym złodziejem? - spytał służalczo generał. - Jego też puszczę. Niech zna łaskę pana. Za jednym zamachem pozbędę się dwóch wężów w moim gnieździe. Z tą chwilą cofam ci zaszczyt bycia posłem księcia Ruperta z Indsvijk, to też dłużej nie możesz nam towarzyszyć w dyskusji. Paladyn pokłonił się kryjąc uśmiech satysfakcji, którego nie mógł powstrzymać i powiedział: - Będzie jak zechcesz panie i władco. Żegnajcie, pozostańcie w zdrowiu i niech Kharonaey... - Dosyć, wyjdź! - uciął Donovan. Paladyn spokojnym krokiem wyszedł z bibliteki nie oglądając się więcej. Gdyby się odwrócił zobaczyłby jak twarz Donovana przybiera ciemno czerwoną barwę. Rzadko komu uchodzi płazem taka sprzeczka z królem Windhiru. W dodatku świadomie pokazując królowi plecy okazał mu brak szacunku. Kidy opuścił salę król powiedział do swoich sług: - Od jutra noga żadnego zakonnika Kharonaey nie ma prawa przekroczyć progu mojego miasta! A tego kapłana Khari macie jutro rano wychłostać. Koniecznie przed wyjazdem naszych przyjaciół. Dobra ze świątyni skonfiskować!

***

Opuszczając pałac Walverde minął w wejściu rycerza, który wymachując królewskim pierścieniem wbiegł do środka. Domyślił się, że przybyły wieści z Northern Star. Nie trudno było przewidzieć czy były złe.

II

- Więc powiadasz, że nie wiesz ile wojsk ma Donovan? - ubrana w purpurowy płaszcz postać, której oczy świeciły żółtym blaskiem, świdrowała jeńca przymrużonym wzrokiem. - Nie, panie! Człowiek kulił się pod tym spojrzeniem blady jak śnieg. Zanim dostał się do niewoli kierował obroną Northern Star, trzeciego, ze względów strategicznych, punktu obrony krainy Windhir. Stutysięczne miasto padło po całej nocy walk. Jeszcze przed świtem nad miastem załopotał biły sztandar z purpurowym wężem wpisanym w okrąg. Przerażonych mieszkańców i niedobitki wojsk spędzono na dziedziniec zamku księcia Holavita, który wraz ze świtą, rodziną i rządem Northolmu został stracony na ich oczach. Ich ciała w dalszym ciągu sterczały nabite na palach na książęcym podwórzu. Nie oszczędzono nikogo, nawet najmłodszą córeczkę księcia, Almidę. Postać odwróciła wzrok i spojrzała na stojącą w koncie kobietę przytrzymującą dziecko chlipiące cicho. - To twoja rodzina - postać bardziej stwierdziła niż spytała i nim jeniec zdążył zareagować machnęła od niechcenia ręką mała dziewczynka na mgnienie oka stanęła w płomieniach. Przerażona kobieta wrzasnęła najpierw zaskoczona, początkowo nie wiedząc co się stało, by po chwili histerycznie rozedrzeć się i ratować piszczącą dziewczynkę, której skóra dymiła się w wielu miejscach. Jeniec rzucił się krzycząc na postać, lecz ta błyskawicznie wyprzedziła jego atak i łapiąc szponiastą ręką za gardło, przydusiła spokojnie do ziemi sycząc przez zęby z nienawiścią: - Mówiłem, że mogę być nie miły. Mówiłem, że jak będziesz rozsądny i będziesz współpracował to uratujesz życie. Nie mówiłem czyje - postać uśmiechnęła się szpetnie pokazując szereg ostrych jak brzytwy zębów. - Zapytam jeszcze jeden raz. Ostatni. Zastanów się dobrze nim odpowiesz. Uważaj! - postać zrobiła pauzę, by po chwili zapytać: - Ile wojska stacjonuje w Charlesdam? - Sto... tysięcy - jeniec wychrypiał cicho przez zduszone gardło. Postać puściła człowieka, który szybko podniósł się i podbiegł do kobiety i zaczął tulić i głaskać dziewczynkę. - Wyprowadzić to ścierwo! Dwóch ogolonych na łyso strażników, których oczy pokryte były dziwną jasnoszarą zawiesiną, wyprowadziło bez słowa jeńców. Postać podeszła do miejsca, gdzie jeszcze przed chwilą płonęło dziecko i odnalazła na podłodze plamkę krwi. Podniosła z uwielbieniem palec do ust i oblizał. Kiedyś nazywał się Lord Xenor z Ashyrii. Pochodził z pustynnego kraju daleko na południu, gdzie kult boga-węża, Zetha przetrwał krucjatę Zakonu Białej Lilii, której głównym celem było wykorzenienie i zniszczenie wszelkich śladów związanych z jego naukami. To właśnie tam wymyślono przebiegły plan ponownej próby opanowania krain i rozpowszechnienia kultu Zetha, który umożliwiłby jego powrót. Teraz był kolejną manifestacją boga-węża, poddając się bez reszty woli, którą odnalazł otwierając kurhan Ashtara na północnych wyspach zwanych Wrotami Wantorii. Nie wiedział jak się nazywa. Nie obchodziło go to. Posiadł przerażającą wręcz moc i mógł ją dowolnie wykorzystać. Plan kapłanów Ashtara zakładał, że w momencie, gdy Xenor uwolni siły drzemiące na północy, oni wyruszą z południa i w ukryciu przygotują drogę dla nowego władcy krain, powracającego w chwale niszcząc swoich wrogów. Był sam. Zaczął przechadzać się po komnacie tam i z powrotem, rozmyślając na głos: - Sto tysięcy. Hmm... Sporo dusz. Jak zdobędę ten gród, żaden inny mi się nie oprze. Wywołał w myślach Hollena, maga pełniącego funkcję doradcy księcia Holavita w Northern Star. W niedługim czasie po tym do komnaty wszedł blady, o oczach pokrytych tą samą co strażnicy jasnoszarą mazią, odziany w łachmany chudy człowiek. - Co rozkażesz panie? - Hollenie, mój przyjacielu - zaczął obejmując go ramieniem - będziesz mógł dowieść swojej lojalności. Poprowadzisz jutro moją armię i dojdziesz do wschodnich murów Charlesdam. Nie zaatakujesz, bez mojego wyraźnego rozkazu. - Gdzie będziesz ty, mój panie? - Ja uderzę od morza. Zdobędziesz jak najwięcej nowych dusz i odetniesz drogę od lądu. To wszystko, odejdź i dalej wskrzeszaj naszych braci. Mag pokłonił się i wyszedł bez słowa. Xenor podszedł do okna i zerknął na dziedziniec. Na zewnątrz stłoczeni pod jedną ścianą mieszkańcy kolejno podchodzili do Hollana uzbrojonego w świecącą runami oraz zakończoną głową węża laskę i dwóch innych mężczyzn, dawnych magów Winterbourghu i Frigjardu, którzy odprawiali z błogością na twarzach prastary rytuał przemiany. Do tego rytuału wybierano tylko ludzi najsilniejszych, zdolnych do walki. Reszta, kobiety i dzieci oraz starcy musieli pokłonić się przed „Purpurowym Księciem” i oddać cześć jemu i nowemu bogowi Zethowi. Purpurowym Księciem nazywano Xenora, po tym jak przemieniła go moc boga-węża. Ci, którzy sprzeciwiali się i nie chcieli oddać czci kończyli na palach, więc zdecydowana większość przyjmowała nową wiarę, z obawy o własne życie. Purpurowy Książę odwrócił się od okna i wywołał drzwi przez wymiary, które czerwono żółtą poświatą rozjaśniła komnatę. Wkroczył śmiało we wrota.

***

Nieprzeniknione ciemności spowijające pustkę rozjaśnił kontur mieniących się rażącym światłem drzwi, z których wyszedł Purpurowy Książę. Z pustki poczęły schodzić się niezliczone ilości człekokształtnych, przerażających istot otaczając ciasno swego pana. - Dzieci moje - zaczął Książę - niedługo ponownie wezwę was do bitwy. Nieprzyjaciele nasi skupili się w wielkim grodzie nad wielką wodą. Będą się bronić zaciekle, jednak zwycięstwo będzie nasze. Na chwałę naszego pana, którego powrót jest bliski. Tłum zaszeleścił i jeszcze ciaśniej zbił się wokół Księcia. - Jest tak zimno - mówili - przynosisz światło, które daje ciepło. Zrobimy wszystko co rozkażesz. - Część z was poprowadzi mój namiestnik - Strażnik Laski Pana. Reszta stanie u mego boku na okrętach i wielką wodą wpłyniemy do świętego grodu naszych wrogów niosąc słowo Pana. - Tak się stanie. Tak się stanie - chórem zaszeleściły postacie. - Przygotujcie się. Niebawem was wezwę. Godzina naszego zwycięstwa jest bliska! Książę odwrócił się i wkroczył z powrotem we wrota, które zamknęły się za nim pozostawiając pustkę w ciemnościach. Stał ponownie w komnacie. Podszedł ponownie do okna i spojrzał na panoramę Northern Star. Całą okolicę przykrywał gęsty śnieg, który nie przestawał padać. Gdzieniegdzie z nad domów strzelały w niebo słupy dymów z ognisk, w których palono ciała nieprzydatnych i nie nadających się do ożywienia ludzi. Stutysięczne miasto było piątym grodem zdobytym przez Księcia. Jego armia posuwała się błyskawicznie do przodu. W dwa tygodnie od uwolnienia mocy boga-węża dwie północne krainy, Hoglo i Northolm, ugięły się przed potęgą Purpurowego Księcia i jego armii. Pora wypuścić Jastrzębia. Pomyślał i skontaktował się w myślach z człowiekiem, który pracował dla Holavita, usuwając potajemnie niewygodnych świadków, bądź też przeciwników władcy Northolmu. - Masz teraz okazję, by udowodnić swoje oddanie, śmiertelniku. Czas na twoje zadanie. - Tak mój panie, wykonam je sumiennie.

***

Jeńców stłoczono w na podwórzu garnizonu stacjonującego na drodze prowadzącej z Northern Star do Charlesdam. Garnizon wzięto o świcie. Niemal wszystkich żołnierzy wycięto w pień. Nawet większą część koni. Z setki obrońców została dwunastka, do której dołączono straszliwie skatowanego człowieka. Żołnierze zajęli się nim w miarę możliwości. Opatrzyli liczne rany świadczące o tym, że był torturowany. Nie dawno odzyskał przytomność. Zaczął opowiadać o przerażających rzeczach, jakie robili jeńcom najeźdźcy w Northern Star. W nocy majaczył, o czym powiedział mu jeden z żołnierzy imieniem Dogrenard, który znał się trochę na leczeniu ran. Siedzieli ściśnięci w kupie ogrzewając się jedynie ciepłem własnych ciał. Pilnujący ich milczący ludzie z zamglonymi oczami przechadzali się niedbale po resztkach murów garnizonu, prawie w ogóle nie zwracając uwagi na pokonanych. - Chciałem ci podziękować - rozpoczął nie śmiało człowiek, którego twarz znaczyły sine smugi - za to, żeś mnie opatrzył. Nazywam się Orth, byłem na służbie u Holavita. - Jak to się stało, że dotarłeś aż tutaj - spytał jeden z żołnierzy. - Uciekłem z dwoma innymi z Northern Star. Trochę czasu minęło nim się zorientowali. Kryliśmy się w lasach, lecz szybko nas wytropili. Niedaleko stąd rozdzieliliśmy się. Mnie dopadli. Mam nadzieję, że tamtym się udało. - Gdzie chcieliście uciec? - Do Charlesdam. Tylko tam można się obronić przed Purpurowym Demonem i jego hordą. - Kim jest ten Purpurowy Demon? - coraz więcej żołnierzy z zainteresowaniem przysłuchiwało się rozmowie. - Tego nie wiem. Ale jest okrutny, jak Ashtar. Niektórzy mawiali nawet, że to sam Zeth zstąpił, by upomnieć się o swoje prawa do krain. Dosiada Yendwilla, śnieżnego smoka i nosi purpurowy płaszcz. Ludzie mawiali, że sam jego wzrok przyprawia o szaleństwo, a tam gdzie stąpa ziemia czernieje i obumiera. - Musimy spróbować ucieczki - oznajmił jeden z młodszych żołnierzy. Jeszcze smarkacz. Pomyślał Dogrenard. - Jak to sobie wyobrażasz? - zapytał - Wstaniesz i po prostu wyjdziesz? - Nie spójrzcie w stronę bramy - pokazał chłopak głową - tam jest kilka koni i broń. Nie pilnują ich zbytnio. Można by tam dobiec i korzystając z zamieszania uciec. Koni było sześć spętanych przy bramie. Pilnował ich tylko jeden strażnik. - A co z resztą, dla których nie starczy koni? - spytał któryś z żołnierzy. - Lepiej zginąć w walce, niż przejść przemianę - odparł Orth, w którego oczach zabłysła nadzieja. - Przemianę? - Przychodzi mag i odprawia jakiś rytuał. Po nim żołnierze wyglądają tak jak ci tutaj - wskazał głową na blade postacie przechadzające się po murach. - Przeczekamy jeszcze trochę i spróbujemy - zadecydował Dogrenard. Wszyscy z ochotą przystali na propozycję. Nie mając nic do stracenia uzgodnili,…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
"Moje niedokończone opowieści" cz. 6 — czytnik · opowiadania