Inne · 7 min czytania
Moje słodko gorzkie życie:) (część I)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Usłyszałam tylko trzask i już nic mnie nie bolało. Nic nie czułam, nie myślałam. A może tak mi się tylko zdawało? Może mój organizm dalej prowadził walkę o życie? A może już się poddał… Nie wiedziałam. Nagle w oddali zobaczyłam światło. Ale nie jakieś zwyczajne światło, które dawała żarówka, tylko idealnie jasne, idealnie czyste, wręcz krzyczące „Chodź do mnie! Wiem dokąd zmierzasz…” Co miałam robić? Ruszyłam przed siebie. Szłam i szłam nie widząc nic poza tajemniczym światełkiem. W miarę jak się do niego zbliżałam, robiło się coraz wyraźniejsze i z każdą chwilą dawało więcej światła. Wreszcie dotarłam do celu. Były to przezroczyste drzwi, a raczej pusta framuga wypełniona ciekłym światłem. Śmiało przeszłam przez owe przejście i trafiłam do… Nie było źle. Na początku wszyscy się mną zachwycali, nosili na rękach i najchętniej to by mi do dupy wleźli z tymi swoimi pieszczotami. Ciągle tylko pochylali się nade mną, robili dziwaczne miny i wydawali nieartykułowane odgłosy takie jak „agugaga”, „niuniuniu” czy „jakie śłodkie maleńśtwo”. Jakby to było coś inteligentnego, to bym może i dała radę wytrzymać owe katusze, ale byłam tak zmęczona ciągłym zawracaniem mi głowy, że bardzo szybko stanęłam na nogi. Teraz z kolei często na mnie krzyczeli. Szczególnie taka pani z kręconą burzą włosów na głowie, mówiąca do mnie np.: „chodź malutka, mamusia cię przytuli”, albo „jak się zaraz nie uspokoisz, to jak matkę kocham ci wleję!” a ja nigdy nie rozumiałam o co chodzi z tą „matką” i kim ona właściwie jest. Dopiero po jakiś czasie jak zauważyłam, że mój kolega podszedł to jakiejś kobiety i powiedział „kocham cię mamo” a ja zrobiłam to samo, to zaczęli się ze mnie śmiać i ta z burzą włosów powiedziała „ ja jestem twoją mamą, kochanie” i też się roześmiała. Od tamtej pory już nie myliłam osób. Po kolejnych kilku miesiącach wypowiedziałam swoje pierwsze słowo: garnek. Nie pamiętam dokładnie jak to było ale prawdopodobnie byłam wtedy zajęta gotowaniem pysznego obiadu, bo w przeciwnym razie wątpię, czy bym wymyśliła równie dziwaczne słowo na swoje pierwsze. Ale mniejsza z tym. Po jakimś czasie w moim życiu zaszła ogromna zmiana. Poszłam do pracy. Może wydaje się wam to dziwne, ale tak było naprawdę! Codziennie rano moja mama budziła mnie koło godziny 6:30 i jak miałam lenia to krzyczała „ rusz się bo się spóźnimy!”. Na początku nie rozumiałam gdzie się spóźnimy, ale jak usłyszałam, że babcia Renia mówi do mamy „Oj bo się spóźnisz do pracy!” to zrozumiałam. Niestety mama nie pracowała w tym samym miejscu co ja, bo odprowadzała mnie zawsze do jednego miejsca, po czym zostawiała w ramionach rozradowanej, wiecznie uśmiechniętej pani z wyraźną nadwagą, natychmiast odchodziła, rzucając szybkie „Do widzenia”. Chodząc do pracy, nauczyłam się robić rozmaite rzeczy, takie jak rysowanie kwiatków, alfabet, liczenie do pięciu, układanie klocków wieży wysokiej aż do nieba a przede wszystkim samodzielnie tak sterować samolotem, aby zawsze trafiał na swoje lądowisko. Niedługo po tym zdarzyło się coś jeszcze dziwniejszego niż…