Psychologia · 3 min czytania
monolog wieczorny
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Dni mają ostre krawędzie. W futrzanych nocach jest ciepło, owijam myśli wokół palców.
Znów zaczęły się chwile pospieszne, z każdej godziny wynoszę kolejną sprawę do załatwienia, problem do rozwiązania. Muszę zawiązywać węzełki na całym mnóstwie chusteczek żeby pamiętać o Tym, nie zapomnieć o Tamtym. Łapię czas w siatki na motyle, ale on trzepocze i i tak zawsze udaje mu się ulecieć w niebo zabrudzone chmurami.
Jestem spokojna, spokojem przedburzowym. Jeszcze panuję nad sytuacjami, pilnuję pulsów, w rękach trzymam odpowiednie sznurki. Wysyłam w ciszę setki modlitw, żeby burza przyszła jak najpóźniej, ale we mnie już pada i już czuję się przesiąknięta mżawką tych uczuć bez składu. Może łatwiej byłoby mi połknąć ten stan w całości, a nie starać się dzielić go na porcje jak ciasto. Może najłatwiej byłoby gdybym przyjęła swoje mantryczne "będzie dobrze", zamiast kruszyć je w nerwowo zaciskanych dłoniach, zginanych palcach. A przede wszystkim może uśmiechnęłabym się wreszcie bez tych min po cytrynie, bez ukrywania nocy bez snu pod powiekami. Chciałabym w kąpieli spłukać z siebie niepokoje i upchnąć pod poduszką lęki o jutro. Zanosi się na jesień. Długą jesień z herbatami, ciepłymi kocami, marcepanową czekoladą. Na jesień bez Ciebie się zanosi.
Pstrykam palcami, zaciskam powieki i tupię nogą, ale nic się nie zmienia. Mogłabym w to uwierzyć. Muszę w to uwierzyć. Przestać