Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Kariera · 21 min czytania

Moon River cz.1

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Nie da się zadowolić każdego. Próba dokonania takiej ekwilibrystycznej czynności często kończy się przykrym upadkiem. W moim przypadku kończy się jak zwykle ostrą reprymendą, wręcz kłótnią ze strony Virgine.

- Oczywiście musiałeś mnie ośmieszyć w towarzystwie. – mówiła tym swoim przyjemnym głosikiem, kaleczącym nieco polski język, ale to normalne u obcokrajowca. - Nie, jak to sobie wyobrażasz. - Dałeś mi do przeczytania taki świński kawałek. Wszyscy się ze mnie śmiali. Mówiąc te słowa cały czas kręciła się w kółko. Jak wróciliśmy do domu, nawet nie usiadła. Kuchnię mieliśmy maleńką, więc krążąca nade mną Virgine osaczała mnie z każdej strony. - Przecież nikt nie śmiał tego zrobić. – starałem się jakoś ratować tę sytuację. - To była głupia zabawa. - Sama ją zaproponowałaś. Chciałaś żeby posłuchali mojej nowej sztuki. - Sztuki, to chyba były wypociny niedoszłego erotomana. - Bardzo dziękuję za szczerą ocenę. - Wiem po co to zrobiłeś. - Virgine przestań. – nie po to przebywaliśmy w kuchni by się wykłócać o coś czego już większość nie pamięta, raczej oczekiwałem na odgrzanie jakiegoś wczorajszego dania, czy upitraszenia czegoś. Nic z tego. Ona wciąż grzmiała. - Dla tamtej, ja wiem może ona i jest lepsza. Uważasz, że mam za małe piersi i tak kobietę z małym biustem trzeba poniżać do roli niewydarzonej dziewuchy gadającej o tych sprawach. - Wcale tak nie uważam. Mocno przesadzasz. Lilka sama chciała przeczytać tą właśnie rolę. - Tak zdzira. Może i Polka ale zdzira. Wiesz co, dawaj mi te twoje rękopisy. Nie będę z człowiekiem który pisze takie świństwa. Wyrzucę je. - Rękopisy nie płoną. - Takie, zapewniam cię, chętnie się spopielą. A jak przyjdzie jakaś tam komisja, jak będą chcieli cię nagrodzić. Nie można pisać tak jak dawniej. - Usiądź już lepiej i zjedzmy coś, zamiast roztrząsać głupie sprawy. Zrobiłaś coś dobrego? – mówią, że człowiek jak głodny to zły. Moja brunetka cała rozłoszczona może by coś przekąsiła. Jej naturalnie blada twarz cała poczerwieniała, emocje zmieniły ją diametralnie z spokojnej Francuzeczki w rozwrzeszczaną żonę. - Ja, chyba zdurniałeś. Wystawiasz mnie na pośmiewisko i chcesz jeszcze kolacji. A kim ja dla ciebie jestem. Mogę równie dobrze teraz sobie wyjść i już nigdy nie wrócić. Więcej już nic nie napiszesz. - Masz, weź to i zrób z tym co chcesz. – wyjąłem z teczki pozostawionej pod stołem plik kartek, rękopisów, wolałem już jej je oddać. Skończyć raz na zawsze. Czy nie napiszę kiedyś czegoś lepszego? Ciągnąłem przy tym dalej, by ją jakoś uspokoić, przerzucić temat na inny tor. - Tylko daj mi w spokoju zrobić sobie kolację. Będziesz jadła... Virginie! Hej. Takiej reakcji ani ja, ani pewnie sąsiedzi bardzo zainteresowani naszą rozmową (a to wszystko przez papierową grubość ścian) się nie spodziewali. Virgine, naburmuszona, zadarła nosek i nie sięgając nawet po płaszcz wyszła z domu trzaskając drzwiami. Ten odgłos wywoływał ciarki na plecach. Nie zdążyłem jej jednego powiedzieć. Słowa zapadły w próżni. - Przeziębisz się. Te wiosenne wieczory potrafią być jeszcze chłodne.

* * *

Przesiadując u Filipa, starego znajomego od niepamiętnych czasów, zawsze mogę się spodziewać jednego zarzutu. - Proszę cię, nie pal leżąc na kanapie. – stara śpiewka. - Ty znowu... to musi być jakaś mania tych czasów. - A poza tym byś rzucił. Na zdrowie ci to wyjdzie. Rzeczywiście gdy wchodziło się do wynajmowanego mieszkania Filipa czuć było świeżością, aż nieludzką. Parę chmurek tytoniowego dymu dodałoby tu nieco męskiego uroku. Przynajmniej firany by nieco pożółkły. - Chyba nie wiesz co to za papierosy. – musiałem go w jednym uświadomić. - Gauloises wiem, ale zrozum, że paląc wcale się nie upodobnisz do Camus’a. Tak były to „te” fajki. Wycofane już z produkcji, ale magazynowane, chowane na różne okazje i wręcz szmuglowane z zagranicy. Papierosy legenda i to nie tylko Francji lat międzywojennych i powojennych, to jak kubańskie cygaro. - Jak to. Czy z kiepem w ustach nie wyglądam jak on. O w takiej pozie, no może gdybym zrobił sobie jakąś fotkę w czerni i bieli to by to wyglądało bardziej przekonywująco. Masz komórkę? - Przestań... - Och, „ŻENADE” !!! Wyluzuj troszeczkę. Czy ty też wciąż myślisz, że ja już stałem się tak cnotliwy jak w tamtej książce. To wielkie nieporozumienie. - Pozostaw jakieś pozory, przynajmniej do czasu rozwiązania konkursu. - Tak... konkurs, trzeba nie popełnić gaf, nie rzucać kurwami, chujami na lewo i prawo. - Zgaś już tego peta, naprawdę nie ma o czym rozmawiać. – miałem nieodpartą pokusę zgasić papierosa na tapicerce jego sofy. - To jak mam pisać. Porzucić słownictwo jakie codziennie słyszę na ulicy. Wtedy wyjdzie mi jakiś idealizm. A ja wolałbym tak naturalistycznie! - Nie wiem czy kogoś przy dzisiejszym rozwoju kina grozy zainteresowałyby by opisy rozkładających się zwłok, głodu, brudu i innego ubóstwa, panie Nowy Zola. – Filip był jak zwykle bezczelny i wścibski, i to w nim najbardziej lubiłem. - Chodzi mi o naturalizm słowa. Przekleństwa. Jakoś zawsze gdy przychodzi mi przelać takie K lub Ch na papier to drży mi ręka. - Autocenzura. - Ale to jest zabójcze dla pisarza... - Pisarza, człowieku ty wydałeś tylko jedną książkę i to wcale nie buntowniczą, obiecującą, odkrywczą, ale zwykłą książeczkę, która dostała się na konkurs „Katolicka Literatura Młodego Pokolenia”, a ty mi tu chcesz porządnych katolików kusić jakiś postmodernizmem. W telewizji na pewno tego nie będą promować. - Właśnie, jakby tak nikt tego nie promował. Na cholerę mi była ta naiwność i sumienie.

I tak nic się nie zmieniło do tamtego czasu. Wciąż gdy wychodzę z Galerii w tym samym miejscu siedzi na wózku inwalidzkim ten sam człowiek i tak samo błaga wszystkich o parę groszy. A wszyscy... pokolenie głuchych. Obładowani z okazji kolejnej promocji idą przed siebie, schodzą do podziemi, spoglądając od czasu do czasu na niego z rozrzewnieniem i z jakimś zadowoleniem że nim się to nie przydarzyło. Nie zdają sobie sprawy z tego co tracą pomagając temu błagającemu człowiekowi. Może i jest to pijak, lecz czy jego pijaństwo było wyborem czy jedyną ucieczką od kalectwa. Teraz przepitym głosem jęczy w ich sumieniach. W moim sumieniu, bo mimo napisania opowiadania, książki, gdzie ten człowiek staje się bohaterem i człowiekiem naprawdę godnym życia, nie przystanąłem przy nim, nawet nie podziękowałem. Nikt z przeświętych komisji, ani tych tysięcy ludzi nie wie o kim pisałem, a tym bardziej nie zdaje sobie sprawy, że ani grosza mu nie dałem. Łatwo być sędzią nie w swojej sprawie, łatwo opisać problem. To takie katharsis – obce dla wielu z was. Dla Filipa również, człowieka, który cały czas bał się bym tylko nie pobrudził popiołem jego sofy na którą polował w szwedzkim markecie od świąt. Ciekawe ile takich bezdomnych czekało pod sklepem, aby ktoś resztkę pieniędzy rzucił im do kapelusza. Ale jak trudno się jest rozstać z ciężko zarobionymi pieniędzmi wie każdy materialista.

- Piszesz coś nowego? - Równie rozczulającego? Nie, właściwie to wcale nie piszę. Wszystko mnie denerwuje. - A Virgine? - Weź mnie nie wnerwiaj!

* * *

Specjalnie kupiłem Remingtona. Może sama maszyna do pisania napisze za mnie jakieś dzieło, które pozwoliłoby mi wyżyć. Mieszkanie było już zupełnie puste, przygotowane na przyjście weny. Od rana powtarzałem sobie, że dziś coś napiszę. Kiedyś takie planowanie przynosiło wymierne korzyści. Teraz zbliżająca się chwila rozpoczęcia pisania wywoływała we mnie opór. Czarne maszyna stojąca na biurku przy oknie kusiła, zapraszała, jakby chciała mi powiedzieć kto na takich maszynach pisał. Gdybyś tylko była oryginalnym Remingtonem a nie podróbką, choć specjalnie postarzoną kupioną na pchlim targu. Pisanie na takiej maszynie ma coś z uwodzenia, gdyż ile to trzeba się nabiegać by w XXI wieku kupić taśmę do Remingtona. Czarne cudo, Cadillac wśród maszyn do pisania. W końcu gdy wybija godzina siadam przy nim, zaciągam papier i jakoś wcale nie przepływają na papier moje myśli. Gdyby tak mieć dla kogo pisać, o kimś pisać. Za oknem, które powinno przynieść jakąś inspirację nic się nie dzieję. Gdyby tak mieć sąsiadkę jak z powieści Capote’go. Tak chwytam się tylko sprawdzonych motywów, mówię plagiatami, ale nawet czerpanie ze schematów wcale mi nie wychodzi. Na Remingtonie gram, nie piszę. Gdybym umiał słowem oddać melodię, którą słyszę. Rzeczywiście w rytm piosenki lecącej zza okna palce same ustawiają się na odpowiednich literach i nie muszę ich kontrolować. Melodia snuje się po mieszkaniu, dobiega z dołu, a brzmi... jak w najlepszych starych amerykańskich filmach. Tak... poznałem ten śpiew, poznałem ten film. Czy to byłaby prawda i szczęście się do mnie uśmiechnęło. Czy na dole nie zamieszkała przypadkiem pewna młoda dama, bardzo tajemnicza, niekiedy zapłakana, szalona, sąsiadka, która wciąż zapomina klucza. Boję się wychylać zza okna by nie spłoszyć jej grającej na gitarze i siedzącej na oknie w ręczniku na głowie. Delikatnie uderza w struny, nie jest to trudna melodia, ale takie właśnie najłatwiej wpadają w ucho. Moon River... Mam nadzieję, że pan Henry Mancinii nie ma mi za złe, że przytaczam ten tekst, ale filmowa akademia nie może się mylić. W każdej pauzie tej melodii słychać nieistniejący dzisiaj świat, słychać Oskara. Dziwna przenośnia mi wyszła, ale to wszystko przez pannę Golightly Nie mogłem się opanować. Remington zamilkł a ja doskoczyłem do okna i niezważająca na bezpieczeństwo wychyliłem się z niego, by upewniać się w przekonaniu o niemożliwym. Nie wiem, czy czułem wówczas irytację z własnej głupoty, czy zawód gdy zamiast niej i bezimiennego kota zobaczyłem radio... Piosenkę puszczała jedna ze stacji. Mało kto ją rozpoznawał. Ludzie na ulicy zamiast zachwycać się dobiegającą z pierwszego piętra melodią, gapili się na wariata, który w cyrkowy sposób starał się zajrzeć do niższego okna a zarazem nie wypaść. Czy to dla tych ludzi mam napisać kolejną, bo już drugą moją książkę?

* * * Bezsenność zmusza nieraz do opuszczenia domu i wyjścia na miasto. Idąc ulicami centrum nie sposób się oprzeć przed wejściem do jednych z tysięcy knajpek, kawiarni czy wprost pubów. Zazwyczaj taki wypad wbrew potrzebie snu nie kończy się na jednym kieliszku, tym bardziej gdy przy jednym ze stolików spotyka się znajomych. Filip, szatyn, który przez cały czas ślęczy i męczy się z opróżnieniem pierwszego kufla wołał mnie skinieniem ręki. Nie sposób było mu odmówić i nie zasiąść w kącie z widokiem na całą salę. Odruchowo wyłożyłem na stół zapalniczkę. - Ponoć miał już wejść ten zakaz palenia w…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%