Fantastyka · 52 min czytania
Moralność upadłych
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Miasteczko nazywało się Muł i jego życie było równie fascynujące co życie wewnętrzne zwierzęcia, któremu zawdzięczało swą nazwę. Ludzie przyjeżdżali i odjeżdżali, jak to zwykle bywa w miasteczkach, których główny dochód pochodzi z gospody. Nikt nie zwrócił więc uwagi na kolejną podróżną szczelnie otuloną płaszczem, spod którego wystawał krótki miecz. Od razu skierowała się do tawerny – jak zresztą każdy. Niedbale rozsiadła się przy jedynym wolnym stole, nic nie robiąc sobie z nieprzychylnych spojrzeń pozostałych gości. Zamówiła piwo, choć kobiecie to nie przystoi. Sączyła napitek powoli i co jakiś czas zerkała w stronę drzwi. Nadjechał z zachodu, kolejny bezimienny w szarym płaszczu. Od razu udał się do gospody, jakby często tam zachodził. Stanął w drzwiach i rozejrzał się po ciemnym, zadymionym pomieszczeniu. Wszystkie stoły były zajęte, wypatrzył jednak sporo wolnego miejsca przy kobiecie o płomiennorudych włosach, które chcąc nie chcąc przyciągały uwagę. Nie zareagowała na jego przyjście. Na pytanie, czy może się dosiąść, tylko niedbale i dość lekceważąco wzruszyła ramionami. Dalej sączyła piwo i zerkała na wejście. Mężczyzna złożył zamówienie na golonkę i piwo, po czym zrzucił płaszcz z ramion i rozsznurował lekko kaftan, który do tej pory przykrywała szara materia okrycia. – Masz to? – zapytała cicho dziewczyna, nie obdarzając towarzysza nawet jednym spojrzeniem. – O to ci chodzi? – Wskazał mieszek przypięty do paska. Rudowłosa rzuciła jedynie okiem. – A jak myślisz? – syknęła znad kufla. Mężczyzna popatrzył na nią z zainteresowaniem, ale i widocznym pobłażaniem. – Nie wywiązaliście się z umowy. – To nie moja cholerna wina – warknęła. – Nikt nie mógł przewidzieć tego pożaru. Na twarzy mężczyzny pojawił się ironiczny uśmiech. – O nie, spieprzyliście wszystko od początku do końca. I co wam z tego przyszło? Trzeba było… – Działamy, jak nam się podoba. MY jesteśmy najlepsi w tym, co robimy i nie będziemy słuchać poleceń jakiegoś dupka, nawet jeśli byłby samym cesarzem, albo płacił nam w folwarkach. – Ruda pociągnęła duży łyk piwa, opróżniając tym samym kufel. Zawołała dziewkę, aby dolała trunku. Chwilę później przed jej towarzyszem pojawił się dymiący półmisek z zachęcająco pachnącym mięsem. – Gdybyście zrobili jak wam kazałem, sprawa byłaby już zakończona – powiedział cicho, podnosząc mięso do ust. – Nie chrzań – odburknęła. – Przez ten ogień nie dało się nic zrobić. – I tu się mylisz, moja droga – odparł, drapieżnie unosząc kąciki ust. – Przez waszą brawurę mieliście przeciek. Ogień nie był przypadkiem. Ruda milczała, zachowując kamienną twarz. Dalej sączyła piwo, choć knykcie wyraźnie jej zbielały od mocno ściskanego ucha kufla. – Nie masz mi nic do powiedzenia? Spojrzała na niego bez zainteresowania. – Podobno macie tam magika – ciągnął. Dalej uparcie milczała, ale kufel w jej ręce zadrżał niezauważalnie, tak że tylko ktoś, kto spodziewał się tego drgnięcia mógłby je dostrzec. – Ponoć zdolny, więc zapewne dostrzegł… – Nie dawał za wygraną. – A niech cię szlag – warknęła, odstawiając kufel nieco zbyt energicznie, rozpryskując piwo na stole. – Niech cię szlag i wszyscy diabli. Uśmiechnął się paskudnie. – No, to już jakiś postęp. Więc może zamiast mnie lżyć, powiesz mi coś konkretnego? – A na co ci to, skoro i tak wszystko wiesz? – syknęła. – Na cholerę ci to? Skoro masz takie możliwości, to na co ci my? Wiesz, że miłością cię darzyć po tym wszystkim nie będziemy. – Wy robicie, ja płacę. Żadnych pytań, spoufalania się z klientami, żadnych konsekwencji dla obu stron. Czyż to nie wasze zasady? – Szyderczy grymas nie znikał z jego twarzy. Ruda poczuła nieodpartą ochotę, by dać mu po pysku. – Zasady są po to, żeby je łamać. – Uśmiechnęła się słodko. – Oboje dobrze wiemy, że tego nie zrobisz. – Może i nie. – Wzruszyła ramionami. – Ale nie mam całego dnia, więc nie baw się w podchody. Tym razem to on zajął się swoim piwem. Wypił je duszkiem. – Jak już wiecie, ogień był magiczny. Taka pułapka, żeby was złapać. – Powiedz coś, czego nie wiem. – Może to, że nie zapłacę, dopóki nie skończycie zadania? – Znów obnażył kły. Z ust dziewczyny wyszła wiązanka bluzg, których nie powstydziłby się szewc. – Skoro tak, to mnie tu już nie ma. – Spojrzała przeciągle w stronę wyjścia. – Zapłacę wam podwójnie, jeśli skończycie robotę jak trzeba – ciągnął. – Spodziewają się was, więc i stawka wyższa ze względu na utrudnienia. Może nie wygląda, ale cenię sobie wasze usługi. Ruda uniosła brew, wyraźnie niedowierzając. – Trzy razy więcej i ani grosza mniej. Inaczej nie mamy o czym rozmawiać. Tym razem to on spojrzał na nią ze zdziwieniem. – Dwa i pół. – Trzy. I to nie „jeśli” wykonamy zadanie, a „kiedy” już to zrobimy. Postukał palcami w stół. – Zgoda – odparł po chwili zastanowienia. – A teraz czekam na informacje. – Rozsiadła się wygodnie i zamówiła kolejne piwo.
***
Trzeba było przyznać, że ludzie, których za nią wysłał byli nieźli. Ale ona była lepsza niż mogliby to sobie wyobrazić. Jeśli chodzi o konie, to nigdy nie żałowali pieniędzy. Zawsze procentowało to przy pogoni czy ucieczce albo – jak w tym wypadku – gubieniu ogona. Nawet najbardziej wyboiste i najwęższe ścieżki nie były im straszne. I nie była to tylko zasługa silnych i wytrzymałych zwierząt. Byli świetnymi jeźdźcami, co wchodziło w asortyment podstawowych umiejętności profesji, którą uczciwi ludzie się nie zajmowali. Ale oni nie byli ani dobrzy, ani uczciwi. Byli tymi, co cnoty wystawiali na pośmiewisko. Ale mieli swoją dumę i swój honor. Byli najlepsi, dlatego nigdy nie pozwalali sobie na niepowodzenie. Zgubiła ich szybciej niż się spodziewała. Jednak wyuczona ostrożność kazała jej kluczyć wśród ścieżek i pagórków jeszcze przez jakiś czas, zanim skierowała się do obozowiska. Zostawiła konia przy pozostałych i sprężystym krokiem przeszła przez nasłonecznioną polankę i weszła do szczeliny w urwisku. Oczy szybko przyzwyczaiły się do ciemności, zanim jeszcze dotarła do słabo żarzącego się ogniska na środku niewielkiej pieczary. Usiadła na jakiejś niskiej półce i przeciągnęła się. – Nienawidzę drania – rzuciła do osób tu zebranych. Nikt nie zareagował na to niezwykle rozbudowane stwierdzenie. Słyszeli je już wiele razy. W sumie było ich pięcioro. I to od niedawna. Zaledwie kilka miesięcy wcześniej przyłączył się do nich młody mag, którego towarzystwo okazało się być nieocenione w tych podłych czasach, gdy coraz więcej podejrzliwych kupców zdawało się na magiczne alarmy i zabezpieczenia. Spotkali się w tawernie, gdzie już lekko podpity próbował przystawiać się do Rudej. Podczas szarpaniny, która się wywiązała, wyszło na jaw, że Red (skrót od imienia Redowil, którym rodzice okrutnie skrzywdzili młodzieńca) terminuje u tamtejszego maga i to tylko z polecenia własnego bogatego ojca. Chłopak był zdolny, jednak osobiście preferował inną formę nauki. Po kilku dniach znajomości poprosił ich, aby mógł się do nich przyłączyć, chcąc wyrwać się spod protekcji rodziny, by stać się niezależnym i wolnym. Nie wiedział wtedy jeszcze dokładnie czym się zajmują. Po kolejnym tygodniu przyznali się do swojej profesji. Jednak Red wbrew wszelkiemu rozsądkowi, ponowił swoją prośbę. Zbyt wiele lat podporządkowywania się życzeniom ojca, a później swego nauczyciela, wznieciły w nim groźny bunt. Zgodzili się, choć wciąż nie mieli doń pełnego zaufania. Na początku były tylko we dwie: Lena i Nelly. Brzmiało to dość zabawnie, jednak tym, którzy zwrócili na to uwagę, nie było wcale do śmiechu. Lena, niska córka kupca o ognistych włosach żyła w umiarkowanym dostatku, zależnym od powodzenia interesów ojca. Była młoda i pełna ideałów, gdy postanowiła uciec z domu w poszukiwaniu przygód, jak wiele dziewcząt przed nią i wiele po niej. Ale życie szybko dało jej w kość, rozwiało wizję idyllicznej podróży. Stwardniała, stała się sprytna i wyrachowana, straciła wszystko ze swej młodzieńczej niewinności. Tylko dlatego przeżyła. Pewnego dnia na trakcie spotkała Nelly, której koń okulał. Mimo grubej warstwy brudu i kurzu, wciąż można było rozpoznać szlachecki strój, choć nierówno obcięte czarne włosy mogły temu przeczyć. Po krótkiej rozmowie od razu przypadły sobie do gustu. Nelly była trzy lata młodsza od Leny. Uciekła z domu, gdy dowiedziała się, że ojciec chce ją „korzystnie” wydać za mąż. Niewiele się zastanawiając wsiadła na konia i pognała przed siebie. Lena widziała w niej absolutną nowicjuszkę w prawdziwym życiu, jaką sama niegdyś była. A że Nelly sprawiała wrażenie sympatycznej, postanowiła wziąć ją pod swoje skrzydła, zanim okrutna rzeczywistość brutalnie przemówi do uroczej szlachcianki. Nel na początku wędrówki miała niewielką wprawę w szermierce. Jedyne podstawy walki zawdzięczała synowi kowala, który się w niej podkochiwał i od czasu do czasu udzielał jej lekcji. Dopiero gdy spotkała Lenę, nauczyła się podstawowej zasady w walce o przeżycie: zabić tak, aby samemu wyjść z tego cało. Taneczne kroki i pozy nie miały tu żadnego zastosowania. Lena potrafiła bić się jak diabeł, nikt nie miał z nią szans w walce na gołe pięści, nawet jeśli przeciwnik był większy i silniejszy. W czasie licznych bójek nauczyła się jak wykorzystywać siłę przeciwnika przeciwko niemu. Jednak gdy miała wybierać broń decydowała się na dwa długie noże lub krótki miecz, z którego potrafiła zrobić odpowiedni użytek zarówno na pustej przestrzeni, jak i w tłumie. Nelly natomiast ćwiczyła szermierkę z dwoma lekkimi mieczami, które wielu ludzi nazywało potocznie i równie niefachowo samurajkami. Była szczupła, szybka i zwinna, więc dwa wirujące ostrza ze świstem zapowiadały rychły koniec egzystencji. Już po kilku miesiącach krążyły legendy o dwóch młodych dziewczynach, na które w lesie natknął się jakiś pechowy dziesiętnik z podwładnymi, którzy nie chcąc tracić okazji postanowili wydupczyć pozornie bezbronne ślicznotki. Miała to być najbardziej niefortunna, a zarazem ostatnia decyzja w ich życiu. Jedyny ocalały, najmłodszy z oddziału, którego kolejka wypaść miała na szarym końcu, opowiadał później, że jeszcze nigdy nie widział, aby jakiekolwiek istoty ludzkie zabijały z tak szyderczym śmiechem na ustach. Diablice nie kobiety! Od tamtej pory z nieco większym szacunkiem odnoszono się do podróżujących dam. Następny był Terry – wytrawny szermierz, który stanął na czele buntu przeciwko swemu panu. Powstańcy przegrali i większość z nich została skazana na śmierć. Jednak on sam nie miał zamiaru tak szybko rozstawać się z życiem. Efektownie i z całkiem niepotrzebną brawurą poradził sobie z niedoszłym egzekutorem i uciekł. W swojej podróży całkiem szybko natrafił na dziewczyny, które właśnie brały udział w jakiejś burdzie. To było niczym grom z jasnego nieba, gdy Lena kopnęła z rozmachem Terry’ego w klejnoty rodowe, a on w odpowiedzi podciął jej nogi. Nim bójka się skończyła, wyszli z pomieszczenia ciasno objęci, śmiejąc się głośno i żartując. Nelly dość trudno było się przyzwyczaić do nowej sytuacji. Męskie towarzystwo wnosiło wiele nowego do ich obecnego życia. Na początku czuła się trochę odsunięta od pozostałej dwójki, ale gdy pojawiły się pierwsze różnice zdań, Lena i Terry postanowili zachować nieco dystansu, choć wciąż zdarzało im się razem odchodzić na stronę. Nie był to jednak koniec zmian. Pewnego chłodnego wieczoru do ich ogniska dosiadł się Leek. I już został. Leek był elfem. Wyruszył w świat w poszukiwaniu szczęścia, którego brakowało mu w jego rodzinnym domu po kłótni, w której padło zbyt wiele ciężkich słów. Miał dość tradycji, życia w zgodzie z naturą i innymi hasłami, które popierali jego przodkowie. Niestety przeliczył się. Ludzie wciąż byli ksenofobami i nie darzyli sympatią przedstawicieli innych ras. Został odrzucony, wyklęty, opluty. Dopiero Lena, Nelly i Terry nie mieli nic przeciwko temu kim był. Mieli zbyt wiele zatargów ze zwykłymi ludźmi by odrzucać kogoś tylko ze względu na jego pochodzenie. Każde z nich już swoje przeszło, może dlatego tak dobrze się rozumieli. Żyli z tego, co upolowali, ukradli czy zrabowali. Z czasem okazało się, że doskonale się uzupełniają i ich współpraca bywa niezwykle efektowna. Wtedy rozpoczęli działalność na większą skalę. Nikt nie był w stanie ich powstrzymać, pozostawali bezkarni nawet po najtrudniejszym skoku. Byli niezależni, byli najlepsi, byli legendą i niedoścignionym wzorem dla podrzędnych szajek. Ale za sławę trzeba płacić. Stali się jedną z najbardziej poszukiwanych grup w królestwie, co poczytywali sobie za niezwykły wręcz honor. Na każdym kroku mogli się spodziewać zasadzki, zwłaszcza od kiedy postanowili podzielić się swoimi umiejętnościami za rozsądną cenę. Obecnie stawka wynosiła równowartość małego księstwa. W rubinach i diamentach. – Nie zapłacił, co? – odezwał się Leek. – No a jakże – odparła Lena. – „Spieprzyliście na całej lini”, tfu! – Splunęła siarczyście. – A niech się chędoży popapraniec jeden! Odetchnęła ciężko i przeniosła się bliżej reszty. Usiadła koło Terry’ego i wyciągnęła nogi ku lekko żarzącym się węglom. Nikt się nie odzywał. Gdy Ruda, znana w szerszych kręgach także jako Smoczyca, ze względu na równie drapieżny charakter, wpadała w zły humor, trzeba było po prostu przeczekać. Albo podstawić jej Terry’ego. – Vander ma nas na widelcu, a na dodatek coś kręci. – Twarz wykrzywił jej brzydki grymas. – Gdy horrendalnie podbiłam cenę, nawet okiem nie mrugnął. Od razu było widać, ze się zgodzi niezależnie od ceny jaką postawię. A na dodatek ma szpicli chyba na każdym zadupiu w okolicy. – Westchnęła ciężko. – Pytanie tylko, jak go wyrolować, zanim on wyroluje nas. – Ruda, chrzanić go było trzeba – zabrała głos Nelly, która już niemal całkowicie wyzbyła się manier przynależnych stanowi swojego urodzenia. Lena pokręciła głową. – Po pierwsze: to zbyt ważna persona, żeby go, ot tak. – Pstryknęła palcami. – Po drugie: może nam nieźle nabruździć, jeśli go zlekceważymy. Po trzecie: robota zaczęta musi być zakończona, to sprawa honoru – Nacisnęła na ostatnie słowo, które miało kończyć dyskusję. Ruda cierpiała na lekki przerost ambicji w tej kwestii. Zaległa cisza. Słychać było tylko nerwowy oddech Rudej. – Słońce, zanim znów wpadniesz w ten swój uroczy nastrój, może powiesz czego się dowiedziałaś? – zapytała Nelly słodkim głosem, choć z wyraźną irytacją. Lena rzuciła jej spojrzenie numer pięć: „I tak miałam to zrobić”. – Sprawa nie wygląda za wesoło – zaczęła, zastanawiając się wciąż, jak ubrać swoje wątpliwości w słowa. – Jak już ustaliliśmy ogień nie był przypadkiem, tyle że nasz zleceniodawca uważa, że to była jakaś pułapka. Ale jak dla mnie to gówno prawda. W takich chwilach powinni czekać, aż Ruda sama podejmie urwany wątek. Takie rozmowy były na swój sposób ceremonią, która powtarzała się w niezmiennej formie, ale Red wciąż nie mógł pojąć tych subtelności. – Więc, co to… – Stul pysk, Red – odezwali się chórem. – Odnoszę nieodparte wrażenie, że to była jego sprawka – wyznała w końcu. Zanim coś powiedzieli, dogłębnie przeanalizowali jej słowa. – Wybacz Ruda, ale nie łapię. – Leek był inteligentny, ale prostolinijny. W jego świecie nie było skrupulatnych intryg i złożonych problemów. Wciąż się uczył o świecie ludzi. – Dlaczego miałby przerywać własną akcję? – Dla przestrogi – Pojęła Nelly. – Tak, Lena? Nie podobało mu się, że nie działamy według jego ‘cudownego’ planu. Dziewczyna potrząsnęła rudą czupryną. – A to gnój! – skwitował Leek. Lena wzruszyła ramionami. – Pewnie i tym razem ma jakieś ‘genialne’ dyspozycje? – zapytał magik. – A jakże! Ale na razie nie ma się tym co przejmować – odparła już nieco spokojniej. – Trzeba się zastanowić, jaki jest prawdziwy cel całej tej szopki: my czy przesyłka. – Jak mocno podbiłaś stawkę? – zapytał po chwili milczenia Terry. Może na to nie wyglądało, ale pod powłoką waligóry o zabójczych szermierczych zdolnościach krył się błyskotliwy i trafnie kojarzący fakty umysł. Co innego, że był typem milczka. – Trzy razy. Nelly zagwizdała, unosząc brwi, Leek poprawił swoją pozycję, aby lepiej widzieć Rudą, Red uniósł głowę i popatrzył na dziewczynę wyraźnie zaskoczony. – To już wygląda poważnie – odezwała się Nelly, a głos jej lekko drżał. – Istnieje kilka możliwości – zaczęła Lena, tonem wskazującym na dłuższy wywód. – Jakiś pieprzony nowobogacki – cena nie ma znaczenia. Niestety tacy ludzie istnieją tylko w bajkach. Dwa – przesyłka jest o wiele cenniejsza, więc nas chce wyrolować z ceną – to już brzmi sensownie. Trzy – chce nas wystawić, więc i tak nie zapłaci. Cztery – wszystko naraz. Popatrzyli po sobie ponuro. Przyszłość nie malowała się przed nimi w jaskrawych barwach. Prawdą jest, że nigdy nie było im łatwo, ale nigdy nie mieli tak twardego orzecha do zgryzienia, a trzeba zaznaczyć, że mieli wytrzymałe zęby. – Przez kogo do nas dotarł? – zapytał rzeczowo Terry. Lena poczochrała włosy, nerwowym ruchem. – To był stary Jey. Ale nie wydaje mi się, żebyśmy mu jakoś specjalnie zaleźli za skórę – odparła. – No chyba, że o czymś nie wiem… – Popatrzyła oskarżycielsko na Nelly i Leeka. Szlachcianka machnęła ręką. – Stary Jey grał czysto. Wywiązał się z umowy, my też – powiedziała. – Nikomu nie spadł włosek z głowy, ani niczego mu nie ubyło. Nie ma o co chować urazy. Lena zagryzła dolną wargę, co było oznaką intensywnej analizy. – Dobra, zamiast siedzieć i gadać, co do niczego nie prowadzi, bierzmy byka za rogi. – Wstała i z zaciętą miną obchodziła ognisko dookoła. – O towarzyszu zleceniodawcy wiemy niewiele, choć wiem gdzie go znaleźć. – Uśmiechnęła się z niebezpiecznym błyskiem w oku. – Nelly i Red, wy pojedziecie i dokładnie wybadacie co tam knuje po kątach. Terry, Leek i ja pojedziemy obejrzeć nową twierdzę. Mam jakieś dziwne przeczucie, że będzie ciekawie... Spotkamy się tutaj za cztery, nie, pięć dni. Mamy dwa tygodnie na przygotowania. Jakieś pytania? Zaległa cisza. Nikt nie miał nic do powiedzenia. Lena dowodziła, choć właściwie nikt nie potrafił określić dlaczego. Nie była najsilniejsza, ani nie posiadała tego specjalnego typu charyzmy, którym odznaczają się wielcy dowódcy. Była sprytna, potrafiła się targować, szybko myśleć, błyskawicznie podejmować trudne decyzje i trafnie oceniać sytuację. Mówiła prosto i z sensem. Może właśnie dlatego tak chętnie jej słuchali. I miała fenomenalną intuicję, choć gdyby ich zapytać, to wcale w takie bzdury nie wierzyli. Nigdy nie zdawali się na szczęście, czy przypadkowy uśmiech losu. Opierali się na faktach, własnych umiejętnościach, ilości broni jaką posiadali. Co innego magia. Ale gdy Lena mówiła na wschód, jechali na wschód. Gdy kazała zawracać, zawracali bez szemrania. Nie raz, nie dwa dzięki temu trafiali na niezły łup, czy wymykali się z obławy bądź innych kłopotów o czym dowiadywali się później. Oficjalnie nie mieli lidera. Jednak w praktyce to właśnie Ruda cieszyła się największym posłuchem. Ale to może tylko dlatego, że lubiła stawiać na swoim. Nikt nie wiedział czemu Lena, ale bynajmniej z tego powodu nie cierpieli. Przynajmniej nie za bardzo. – No, to jeśli wszystko sobie wyjaśniliśmy to… – Wyciągnęła miecz z pochwy. – Idziemy, Terry. Muszę się wyładować. Wyszli z jaskini – Lena ciężkim krokiem, zdradzającym niebezpieczne stężenie toksycznych emocji w organizmie, Terry powoli i spokojnie. Po chwili pozostałą trójkę dobiegł szczęk krzyżowanej stali. Nelly wyszła, żeby popatrzeć. Nie można było nazwać tego wytrawną szermierką. Ba, mistrz fechtunku niechybnie dostałby palpitacji serca widząc postawę i ruchy Leny. Ale ta walka nie miała przecież nic wspólnego z treningową wymianą ciosów. Lena uderzała na ślepo z maksimum siły, całkowicie do tego niepotrzebnej. Waliła, rąbała, pchała, cięła, a Terry z lekkością i bez wyraźnego wysiłku odbijał każdy padający cios. Po kilku minutach Lena usiadła wyczerpana na ziemi. – No, od razu mi lepiej – oznajmiła światu. – A nie pomyślałaś kiedyś, żeby zamiast tego, powiedzmy, pobiegać? – rzuciła Nelly zgryźliwie. – Też byś się zmęczyła. – Ale jaka byłaby z tego frajda? – Wyszczerzyła zęby. – Reeeed! – wrzasnęła nie bacząc na wszelkie środki ostrożności. – Magusie ty mój! Wyczaruj mi trochę woooody! Red wyszedł z jaskini, bawiąc się zdobywczym nożem, zdobionym w piękne, roślinne ornamenty. – Lena, dobrze wiesz… – zaczął. – Nie pieprz! – ucięła. – Za krzakiem płynie strumień. Powiel, rozmnóż ją czy jak to tam zowiesz. Chcę kąpiel! Mag wzruszył ramionami. Pomruczał coś pod nosem. machnął ręką w jedną, potem w drugą stronę, a w powietrzu zasrebrzyła się smuga wody. Z cichym pluskiem zmoczyła Rudą od stóp do głów. – Na życzenie. – Red uśmiechnął się z wyższością. – Ciekawe czy będzie ci do śmiechu, jak skopię ci tyłek – warknęła, odgarniając kosmyk włosów, z którego wciąż kapała woda. – Nie znasz dnia, ani godziny. – Myślę, że jakoś to przeżyję. – Wzruszył ramionami i schował się w cieniu jaskini. Nelly z trudem powstrzymała parsknięcie, widząc mordercze spojrzenie Leny, którego nie powstydziłby się bazyliszek.
***
Spotkali się w obozie po pięciu dniach. Grupa Leny dotarła jeszcze przed południem. Czekali na powrót Nelly i Reda jedną godzinę, później drugą. W końcu Lena, znudzona czekaniem, poszła się wykąpać do oddalonego o kilkaset metrów stawu. Kiedy wychodziła z wody, na brzegu dostrzegła Reda. Mag, gdy tylko zauważył jej spojrzenie, wyraźnie speszony wymruczał coś w stylu: „Już jesteśmy” i odwrócił się, by odejść. Ruda wyprzedziła go i stanęła przed nim, opierając się o drzewo w wiele sugerującej pozie. Była całkiem naga. Gdyby istniała taka fizyczna możliwość, Redowi zaczęłoby dymić z uszu. A mimo to, w jego oczach dostrzegła błysk zachwytu i podziwu… i pożądania. – Co, miałbyś ochotę? – Mrugnęła zalotnie. Mag przełknął ślinę. Dziewczyna podeszła bliżej. Krople wody lśniły na jej jasnej, gładkiej skórze. Wspięła się na palce i wyszeptała mu do ucha: – Ja bym miała. Ale wiesz… chyba jednak wolę facetów z inicjatywą. Takich co działają, zamiast się zastanawiać. I odeszła po swoje ubranie, kręcąc biodrami. Red jeszcze przez kilka minut nie mógł ochłonąć. – Działo się coś ciekawego? – zapytała Lena, siadając przy ogniu kilkanaście minut później. – Nic specjalnego – burknął Red. Nelly go szturchnęła. Dość mocno biorąc pod uwagę jej drobną posturę. – Znaleźliśmy go szybko. Latał po mieście jakby miał ogon… – Wzruszył ramionami. – Przecież miał. Nas. – Nelly zgromiła go wzrokiem. – W końcu udał się do jakiegoś kupca, który suto go ugościł. Z tego co się dowiedzieliśmy nazywał się… – Volfen de Bringham – dokończyła Nelly. Ruda skamieniała. Gdyby była Leną sprzed kilku lat, pewnie zaczęłaby się jąkać z przejęcia. Teraz jednak tylko zagryzła wargę i zamyśliła się. – De Bringham… – Znasz go? – zapytał mag. – Można tak chyba powiedzieć – odparła zasępiona. – To znaczy…? – drążył Red. – Innym razem – ucięła Lena. – O czym rozmawiali? Teraz inicjatywę przejęła Nelly. Miała dość humorów maga. – O jakiejś ‘niej’. Niewiele to mówi, ale niestety nie podali jej dokładnych personaliów – uprzedziła komentarz. – No i co w związku z tym? – Ruda zmarszczyła brwi. – Bringham pytał jak się miewa. Ona. Vander, że wciąż dobrze, choć nie spodziewałby się po niej. Wtedy Bringham zapytał go, czy przekazał jej jego propozycję. Jakoś tak dziwnie niefrasobliwie odpowiedział, że nie. Sądził, że dla niej i tak nic już nie można zrobić i trzeba ją spisać na straty. Że mu współczuje… taaa, akurat… ale ona na pewno na propozycję by nie przystała. Bringham coś mu odpowiedział, że lepiej ją zna, czy coś… Vander zarechotał, ale już nic nie powiedział. Lena wciąż znęcała się nad swoimi ustami z krzywym wyrazem twarzy. – Rozumiesz coś z tego? – zapytała Nelly, widząc jej minę. – Niewiele – przyznała. – Coś więcej? – Później przeszli na gospodarkę. Kursy walut, ceny przypraw, tkanin klejnotów… – Jasne, jasne, rozumiem – mruknęła Lena, wciąż zasępiona. – Coś poza tym? – Polityka – wtrącił Red. – De Bringham dał Vanderowi forsę; łapówki dla kilku klientów z góry na umorzenie kilku machlojek i przymknięcie oka na kolejne… – Zrozumiałam – ucięła Lena. Gdy tylko dochodziło do polityki, dostawała nerwicy. – Nie było innych podejrzanych zachowań? – Żadnych spotkań w ciemnych zaułkach jeśli o to ci chodzi. Raz zajrzał do przyjezdnego burdelu, zatrzymał się w jednej czy drugiej karczmie, ale spotkania czysto tow… – Wróć – przerwała Ruda. – Co powiedziałeś? – Zatrzymał się w karczmie – zaczął niepewnie. – Nie, nie to, wcześniej. – Burdel, o to ci chodzi? – Tak. Był przyjezdny, tak? – Właśnie. – I co tam robił? – A co mógł robić – żachnął się. – Przecież nie jeść owsiankę. Lena jęknęła. – Znaczy, nie monitorowałeś go? Red popatrzył na nią jakoś tak dziwnie, jakby posądzając ją o jedzenie owsianki w burdelach. – Raczej nie interesowały mnie jego ekscesy seksualne. Ale nie, monitorowałem go na tyle, aby sprawdzić czy wciąż tam jest. Ruda jęknęła. Dłużej. Bardziej potępieńczo. – Nelly, a ty gdzie wtedy byłaś? – W mieście, zasięgnąć języka – odparła usprawiedliwiająco. – Red, jesteś skończonym idiotą – rzuciła mu w twarz Ruda. – Skrewiłeś. Ten goguś cię wyprowadził w pole. – Znaczy…? – Tak! Wcale się szedł się zabawić, ty matole! Wyciągnęła miecz. Red odskoczył zaskoczony. Ale Lena odwróciła się i weszła w gąszcz, torując sobie orężem drogę. Znalazła jakiś samotny kamień i usiadła na nim, dysząc ciężko. Miała sporo do przemyślenia. Jakiś czas później usłyszała, że ktoś jej śladem przedziera się przez chaszcze. W końcu ujrzała Terry’ego. Kamień był jeden, więc bezceremonialnie usiadł na ziemi, a mimo to jego twarz znajdowała się na wysokości twarzy Leny, bo dziewczyna do najwyższych nie należała. Siedzieli tak w ciszy. – Bringham, znasz go? – zapytał. – Znam – odparła, wpatrując się w przestrzeń. – I to całkiem dobrze? – Terry miał co najmniej osobliwy sposób zadawania pytań, które