Inne · 6 min czytania
Mordą w śniegu
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Mordą w śniegu
Był to styczniowy wieczór, a na dworze wszystko tak białe bielą, że prawie całkiem biało. Ja piłem zieloną herbatę (fusa ohydnego połknąłem) i jakoś mi było nijako nijak, że niemal nijakość mnie ogarnęła. Ale żeby choć biało było bez tego „prawie”, a nijakość wszechobecna bez „niemal”! Patrzę za okno – biało. Patrzę po izbie – nie biało. Patrzę na chodnik – biały. Patrzę na dywan – nie biały. Poszedłem ja zatem po rozum do głowy i tak sobie myślę: „Cóż ja tu będę siedział, skoro nie biało?”. I wyszedłem. Nieśpiesznie – opatuliłem się w swetry i szale, buty solidne na nogi przywdziałem. Poszedłem w dół mojego osiedla. Domki cicho ciche i biało białe. Domek, domek, domek. Tu i tam jeszcze paliły się lampki na choinkach i balustradach, choć już dawno było po Trzech Króli. Chodnik się skończył – szedłem jezdnią. Koniecznie po prawej stronie, no bo taki też ruch u nas obowiązuje, prawda? W pewnym momencie stwierdziłem jednak, że coś mi każe zejść na lewo, a za chwilę zdałem sobie sprawę, że to mijałem właśnie ten ogródek, z którego kiedyś latem na mnie wilczur wyskoczył. I choć teraz brama była zamknięta, to uraz pozostał, więc mijałem posesję, zerkając niespokojnie w czarną biel jej zakamarków i wypatrując ślepiów zwierza. Wtedy dotarło do mnie poraz pierwszy, że zbyt cicho ciche jest osiedle tego wieczoru. Przechadzałem ja się po nim już o różnych porach i nawet jeśli nie zawsze napotkałem innych ludzi, to na psie ujadania i powarkiwania zza płotów zawsze mogłem liczyć. Tym razem nic – głucho. Przystanąłem i nasłuchiwałem, ale na próżno. Gdy tak czuwałem przez moment, kolejny szczegół cokolwiek mnie zaniepokoił. Wpatrzyłem się w rząd latarni. Świeciły. Lustrowałem uważnie cztery z nich – wybrane losowo. Świeciły. Ja stoję i się gapię, bo mówię: „łatwo za wygraną nie dam”, już mi się w oczach trochę mieni, już rozmazują się coraz bardziej nieliczne płatki śniegu na ich tle. A one świeciły. „Nie może być”, powiadam do siebie, „żeby ci one tak świeciły”. Na moim osiedlu latarnie – owszem – świeciły, ale nigdy non stop. To jedna, to druga miała kaprys i gasła na parę minut. Żeby tak bezustannie i uporczywie – świat nie widział! A jeszcze jedna koło drugiej stała i stała, i jakżem się tak gapił i ślepia wybałuszał, to nie omieszkała ona (jedna z drugą) stać i stać. Gdybyż wieczór ten był przynajmniej cudownie cudaczny, ale on był cudacznie cudaczny i nie wróżyło to niczego dobrego, ani wesołością nie pałało. Rozejrzałem się jeszcze raz dokoła, a przysiągłbym, że wszystko wraz zawirowało i niby było dalej na swoim miejscu, ale ja wiedziałem, że oto względem wszechświata układ ten wykonał obrót pewnie o dobre 1800. Poszedłem sytuację zbadać na mieście. Było już dobrze po 1 w nocy. Nie zaskoczę was teraz. I na mieście puste pustki, a okna ciemno ciemne. Pośrodku głównej ulicy stał tylko autobus – całkiem