Kryminał · 19 min czytania
Mordercą zawsze jest szofer, część I
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Po mrocznej ulicy, do której dostęp miały tylko pojedyncze promienie świateł odległych latarni, szła samotna postać. W tych, wydawałoby się, nieskończonych, ciemnościach trudno było rozpoznać płeć, wiek, wzrost, czy budowę, a jedyną informacją była ta, że jej niewyraźny kształt za chwilę minie bramę wjazdową wiodącą na osiedle cygańskie. Postać kroczyła powoli, zajęta własnymi myślami, które nie uprzedziły jej przed niebezpieczeństwem czyhającym tuż obok... Hmm, całkiem niezłe - stwierdziła w myślach Aneta - pasuje na początek rozdziału. Spojrzała za okno. Przed nią rozpościerał się widok skraju starego miasta nocą, miejsca, gdzie przeszłość stapiała się z teraźniejszością, gdzie czuło się atmosferę poprzednich epok, można było odpocząć, popracować, zwyczajnie tworzyć, nie martwiąc się dudniącymi dźwiękami dyskotek i klubów, hałasami miasta i warkotem silników, na które często narzekają mieszkańcy metropolii. Do wąskiej, asfaltowej uliczki, wijącej się w dół, z prawej strony tuliły się liczne zniszczone kamienice, z lewej zaś, otoczony ogrodem, stał wspaniały barokowy kościół, który współlokatorka Anety, Marta, malowała we wszystkich porach dnia i nocy, niczym impresjonista Claude Monet katedrę w Rouen. Jakie to szczęście, że mogę mieszkać w tak cudownym miejscu - pomyślała Aneta i sama przyłapała się na czymś obrzydliwym w jej oczach. Przecież fakt, że zajmowała jedną z kamienic, wiązał się z bardzo przykrym zdarzeniem, które na zawsze utkwiło w pamięci młodej kobiety. Ze śmiercią pani Dąbrowskiej. Panią Katarzynę Dąbrowską z rodziną Anety łączyła niepisana umowa, którą obie strony sumiennie realizowały. Pani Kasia, jak ją nazywano, zastępowała młodej Anetce zmarłą babcię, w zamian otrzymując lekarstwo na samotność i pustkę w sercu. Ta biedna kobieta po śmierci męża nie miała nikogo, mieszkała sama w starym budynku przy kościele św. Alberta. Tym chętniej przyjmowała zaprzyjaźnioną rodzinę w sobotnie popołudnia. Gdy pani Dąbrowska zmarła, okazało się, że zapisała Anecie cały swój majątek, który składał się z kamienicy i kilkunastu tysięcy złotych. Dziewczyna była wtedy szesnastoletnią licealistką. Teraz, po ośmiu latach od jej śmierci, będąc już dorosłą osobą, Aneta przebywała w miejscu, w którym kiedyś była tylko, a być może aż, gościem. Jaka to była dobra kobieta - pomyślała - i jaka życzliwa...
Pokój zamieszkiwany przez Anetę i Martę był pokojem wprost wyjętym z przeszłości, pokojem, w którym każdy mebel i każdy gadżet równie dobrze mógłby być antykiem, jak i bezwartościowym gratem. Gdyby ktoś obcy w nim się znalazł, z pewnością pomyślałby, że jest w muzeum i wyraziłby zdziwienie, że eksponaty nie są odgrodzone szybami i opisane. Mógłby zajrzeć tu i tam, sprawdzając, czy książki na półce nie są makietami, mógłby przejść obojętnie z myślą „to już widziałem”, mógłby nawet ukraść jakiś drobiazg licząc na to, że będzie coś wart. Lecz do miejsca tego miały dostęp tylko nieliczne osoby i żadna kradzież nie wchodziła w grę. Te czterdzieści dwa metry kwadratowe starego, wytartego już dębowego parkietu zapełnione były przedmiotami tak licznymi, że trudno było rozpoznać, które z nich naprawdę są potrzebne, a które wystawiono tylko na pokaz. A jeszcze trudniej było domyślić się, że potrzebne były wszystkie. Dwa drewniane łóżka pamiętające jeszcze czasy okupacji, oba naprzeciw siebie w rogach pomieszczenia, szafa, kredens i regał przylegające do ścian, biurko przy oknie i stół z dwoma krzesłami pośrodku. Niby niewiele. Ale oprócz tych trwałych elementów były inne gadżety, które nadawały miejscu taki, a nie inny charakter. Przybory malarskie - pędzle, farby, palety, sztalugi, płótna, ramy, szkice i co najważniejsze gotowe obrazy zajmowały miejsce przy łóżku Marty, kradnąc przy okazji cenną przestrzeń życiową. Porcelana w kredensie, zegar na ścianie, książki na półkach, sterty kartek na biurku, damskie ubrania na krzesłach, i, o zgrozo, telefon komórkowy obok wazonu z uschniętymi kwiatami na stole. Na szczególną uwagę zasługuje jednak okno. Jedyne w tym pokoju, dlatego tak ważne. Ogromne, w drewnianych ramach, nie osłonięte żadnymi firankami, nieszczelne, zatem wiecznie uchylone, skrzypiące przy silniejszych podmuchach wiatru. To ono dawało obu lokatorkom możliwość oddychania świeżym powietrzem, a Marcie pozwalało malować kościół św. Alberta z dobrej perspektywy bez wychodzenia na zewnątrz, gdy otwierała je na oścież. To przez nie wdzierały się teraz promienie letniego słońca i powiew popołudnia. Aneta już od kilku godzin nie spała i siedziała za biurkiem pisząc coś, co miało stać się przełomową powieścią kryminalną. Zapełniała w milczeniu kolejne kartki drobnym, kobiecym pismem, czasami tylko kreśliła coś lub patrzyła za okno. Zawsze to robiła, gdy jej myśli urywały się, lub przelała na papier wszystko, co przyszło jej do głowy. Widok kościoła był taki uspokajający, taki niezmienny. Lecz martwiła się. O Martę. Już od dłuższego czasu prowadziła nocny tryb życia. Wracała nad ranem, spała w dzień. To tak niezdrowo. Druga po południu. Zegar wybijał godzinę równo z dzwonami kościoła. Marta na drugim końcu pokoju obudziła się i przywitała z Anetą. - Cześć słonko. Dlaczego słonko? - pomyślała Aneta - dlaczego zawsze tak mnie nazywa? - Cześć - odpowiedziała - Co porabiałaś wczoraj? Romantyczny wieczór z Arturem? Artur. Wspaniały facet. Przystojny, miły, inteligentny, dowcipny. Aneta zawsze zazdrościła Marcie powodzenia u mężczyzn. Sama uważała się za szarą myszkę, co najwyżej przeciętnej urody. - Coś w tym rodzaju. A ty pewnie pisałaś całą noc? - Uhm - przytaknęła. Patrzyła na piękne oblicze Marty, na jej idealną sylwetkę ukrytą pod koszulą nocną, na gładką skórę, na długie blond włosy, zielone oczy, delikatne rysy. Jaka ona ładna - pomyślała i posmutniała widząc siebie oczami wyobraźni - a ja... Czy na mnie kiedyś zwróci uwagę jakiś nieprzeciętny facet? Mężczyźni zwracali na nią uwagę, starsi i młodsi, przystojni i mniej przystojni, choć nie zdawała sobie z tego sprawy. Zawsze pochłonięta pracą lub pisaniem, nie myśląca o rozrywkach, nie widziała jak na nią zerkali, nie czuła zainteresowania w ich głosach, a zaproszenia na kawę kolegów z pracy traktowała wyłącznie służbowo. W tych dniach, gdy szef wymusił na niej urlop, poranki, popołudnia i większość wieczorów spędzała przy biurku, czasem tylko Marta zdołała namówić ją na zakupy lub szaloną noc w klubie. I przez wrodzoną skromność nie domyśliła się, że od pewnego czasu współlokatorka swatała ją ze znajomym Marka, Rafałem. - Masz jakieś plany na dzisiejszy wieczór? - Nie. - No to już masz. Zabieramy cię do Manekina. - Znowu tam? Nie lubię ich muzyki. - Polubisz. Będziesz musiała. Będzie Artur... i Rafał. - Marta specjalnie zaakcentowała to drugie imię i spojrzała w oczy Anety szukając w nich choćby nutki zainteresowania. Niczego jednak nie znalazła. - No dobra, skoro nalegasz. Ale robię to tylko dla ciebie. Dla ciebie poświęcę te kilkanaście stron powieści, które mogłabym napisać. Marta spojrzała na nią ze zdziwieniem. Czy ona naprawdę nie ma nic innego w głowie oprócz pracy i pisania? - spytała w myślach. Znały się już ponad dwa lata, a ta ciemnowłosa, skromna dziewczyna zaskakiwała ją na każdym kroku. - To może przestań spać - powiedziała - będziesz miała więcej czasu na pisanie. - Już próbowałam - uśmiechnęła się Aneta - Będziesz malować? - zmieniła temat. - Może. - Nowy obraz z serii katedry w Rouen dla ubogich? - Ha, właśnie, że nie. To będzie surrealistyczna wizja życia w mieście... - zamyśliła się -Zrobię coś do jedzenia, okej? - I opowiesz mi co robiłaś wczoraj... ze szczegółami. - dodała Aneta, po czym obie zachichotały.
Wieczór mijał w miłej atmosferze. Artur i Rafał wypytywali dziewczyny o najnowsze owoce ich twórczości, zabawiali je opowieściami ze studiów, obgadywali znajomych z pracy, swoich szefów. Wszyscy rozmawiali, tańczyli i bawili się coraz lepiej, wprost proporcjonalnie do ilości wypitych drinków. Aneta spojrzała na Rafała. Przystojny brunet o prostokątnej twarzy, wysoki, dobrze zbudowany. Zupełnie podobny do Marka, tyle, że ma większy nos - pomyślała - i poważniejsze spojrzenie. Rafał też zerkał na Anetę, z zainteresowaniem, lecz nie nachalnie. Gdy mówił do niej, patrzył prosto w oczy, uśmiechał się. Nie oglądał się za innymi kobietami. Prawdziwy dżentelmen - przyszło jej do głowy - Ciekawe, czy interesuje się mną, czy po prostu jest miły i uprzejmy. Przyłapała się na tym, że od kilkunastu sekund bezustannie wpatruje się w jego twarz. On też to spostrzegł. Poprosił ją do tańca, nie pierwszy raz tego wieczora. - Czy ktoś ci kiedyś mówił, że jesteś wyjątkową kobietą? - spytał, gdy już znaleźli się na parkiecie. Właściwie tak, przyszło jej do głowy, chociaż... Nauczyciel matematyki powiedział, że jest wyjątkową dziewczynką. Ale to było w trzeciej klasie podstawówki. - Chyba nie. Nie przypominam sobie. - To niewybaczalny błąd - szepnął i chwycił ją mocniej, odważniej. Ich twarze zbliżyły się do siebie. O rany - pomyślała - o co mu chodzi? To błąd, że nie pamiętam, czy że nikt mi wcześniej tego nie mówił? - Jak się bawisz? - zmieniła temat. - Dobrze, bo ty jesteś. Aneta poczuła przyjemny dreszcz przechodzący przez całe ciało. Wmawiała sobie, że to przez alkohol, że za…