Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Kryminał · 25 min czytania

Mordercą zawsze jest szofer, część II

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Marek był niemal pewien, że na liście osób spisanych w Manekinie nie ma mordercy. Według tego, co mówił lekarz, zwłoki znaleziono mniej więcej godzinę po zgonie. Nikt nie byłby na tyle głupi, żeby zostać na miejscu zbrodni i czekać na policję. Tak naprawdę interesowały go osoby, które opuściły lokal około drugiej, czyli zaraz po śmierci Krońskiego. Jednak ktoś z listy mógł dostarczyć paru cennych informacji. Popatrzył któryś raz z rzędu na zbiorowisko niby przypadkowych nazwisk, adresów zamieszkania czy miejsc pracy, i telefonów kontaktowych. Już widział jak ludzie pod nimi ukryci będą próbowali zataić swoje małe grzeszki, podsunąć głupie kłamstewka, świadomie lub nieświadomie rzucając mu kłody pod nogi. Z pewnością żonaty facet powie, że spotkał się ze znajomą z pracy w sprawach czysto służbowych i zasiedział się do trzeciej w nocy, a wyzywająco ubrana studentka w towarzystwie mężczyzny, który mógłby być jej ojcem, oświadczy, że to kolega taty i miał załatwić jej pracę. Zadaniem Marka było odrzucić kwestie nieistotne i dotrzeć do sedna sprawy, skrzętnie schowanego przez ludzi, którzy mieli ułatwiać, a często utrudniali mu robotę. Ludzi zwanych świadkami. Myśląc o szczegółach, które nie pasowały do typowego rabunku, mijał drzwi po obu stronach korytarza, który prowadził do pewnej osoby, mogącej pomóc mu rozwikłać sprawę morderstwa w Manekinie. Nieuzasadniona nadzieja, mimo zawodowej rutyny, zawsze gościła w jego sercu, gdy miał rozmawiać z pierwszym świadkiem. Świadek ten czekał na niego w banku, za uchylonymi drzwiami ozdobionymi tabliczką z napisem „wicedyrektor”, w niewielkim biurze skąpanym w letnim słońcu. Nie czuło się jednak naturalnego o tej porze roku gorąca. To pewnie przez dwa wiatraczki pracujące na wysokich obrotach. Marek przez chwilę miał problemy z rozróżnieniem pojedynczych przedmiotów, gdy nagle światło zaatakowało przywykłe do mroku korytarza oczy i niewyraźnie punkty zlały się w błękitną masę. - Dzień dobry, podkomisarz Marek Leśniewicz, policja. - odezwał się do bezkształtnego towarzysza. - Ach tak, pamiętam pana. Artur Kowalewski, miło mi. - jakaś ciemna postać zbliżyła się i uścisnęła jego dłoń. Był to przystojny brunet ubrany w granatowy garnitur i białą koszulę bez krawata. - Pan pewnie w sprawie tego zabójstwa, tak? - Zgadza się. Chciałbym panu zadać kilka pytań. Mam nadzieję, że nie gniewa się pan za ten wczorajszy incydent. Wypełnialiśmy tylko nasze obowiązki. - Obowiązki, każdy ma swoje. Niech pan siada. - wskazał miejsce przy biurku - bardzo przykre zdarzenie, to morderstwo. Napije się pan czegoś? - Nie, dziękuję. Nie zajmę panu wiele czasu. - Marek usiadł, wyciągnął notes z ołówkiem i przyjrzał się rozmówcy. Choć wyglądał na niecałe trzydzieści lat, miał w sobie powagę męża z długim stażem i odpowiedzialnego ojca. Brakowało jednak obrączki na palcu prawej dłoni. - O której przyszedł pan wczoraj do Manekina? - Mniej więcej o dziesiątej. Może parę minut przed. - Kto panu towarzyszył? - Moja przyjaciółka Marta... - Mógłby pan podać jej nazwisko? - przerwał Marek. - Marta Nowak. Była też jej koleżanka Aneta Wiśniak... - Ta znana autorka kryminałów? - Tak, właśnie ona. Czytał pan jej książki? Są wspaniałe. - Szczerze mówiąc jestem jej fanem. No, ale nie odbiegajmy od tematu. Kto jeszcze był wtedy z panem? - Znajomy z pracy, Rafał Domański. - Pracuje dziś? - Nie, jest sobota. Większość ludzi ma wolne. - My nie mamy, niestety. Pan również. - Marek posłał rozmówcy nic nie znaczący, urzędniczy uśmiech i wyciągnął z kieszeni dobrze znaną listę. Przesuwał wzrokiem po kolejnych pozycjach. - Lubię swoją pracę. - Ja też, na swój sposób. Na liście wczoraj obecnych nie ma Rafała Domańskiego. Anety Wiśniak też. - Wyszli wcześniej. - Kiedy? - Bo ja wiem... Chyba koło drugiej. Wtedy właśnie zabito Krońskiego - pomyślał Marek. - Niech pana nie zdziwi moje pytanie... - specjalnie zrobił krótką pauzę - Ile razy i o której wychodził pan do toalety? - Tam znaleziono zwłoki, tak? Raz, pięć minut po północy. Pamiętam dokładnie, bo popatrzyłem wtedy na zegarek. - Zobaczył pan tam coś podejrzanego? - Nic a nic. Żadnych trupów ani krwi. Nic z tych rzeczy. - uśmiechnął się. - Rozumiem. A w ogóle, w klubie? - Właściwie tak. Jakiś facet wpadł na Anetę i przewrócił ją. Rafał nawet chciał pójść za nim i nauczyć go dobrych manier, ale tamten szybko zniknął. Najwyraźniej gdzieś się spieszył. Aneta posiedziała jeszcze z dziesięć minut, a potem Rafał ją odprowadził. - Jak wyglądał ten mężczyzna? - Nie pamiętam. - Gdzie mógł pójść? - Chyba do toalety. Dlatego o tym wspomniałem. - Skąd pan wie, że właśnie tam znaleziono zwłoki? - Pomijając już wczorajsze zainteresowanie policji ubikacją o trzeciej w nocy, piszą o tym w gazecie. - Marek przyłapał się na tym, że nie przeczytał porannej prasy. Pomyślał, że rozmówca pokaże mu artykuł o morderstwie, lecz on tylko rozejrzał się po biurze. - Często bywa pan w Manekinie? - W każdy weekend. - Mówi coś panu nazwisko Jan Kroński? - Nie, a powinno? Marek zajrzał mu w oczy szukając odrobiny kłamstwa. Mówił prawdę... Albo dobrze udawał. - Tajemnica śledztwa. - odpowiedział wymijająco - No dobrze, nie zawracam już panu głowy. Czy mógłby mi pan tylko podać namiary na panią Anetę i pana Rafała? - Aneta mieszka z Martą... Chociaż ściśle mówiąc, to Marta mieszka u Anety. Ma pan ten adres? - Tak, tak. Mam. A pan Rafał? - Momencik - wziął jedną z małych biurowych kartek i nabazgrał jakiś adres. Podał ją Markowi. - Dziękuję, do widzenia. Wychodząc z biura obawiał się natłoku osób do przesłuchania. Bywalcy lokalu, pracownicy, właściciel, no i potencjalna rodzina ofiary... Ponad pięćdziesiąt osób na wstępie. Do podziału na dwóch. Nie zapomniał oczywiście zanalizować Artura Kowalewskiego zimnym, policyjnym okiem. Bardzo młody jak na wiceprezesa banku. Pewnie ambitny i dobry w tym, co robi. Albo ma wpływowych rodziców. Nie zabijałby faceta dla złotego zegarka i komórki. Chyba, że ta sprawa ma podwójne dno... Szybko odpowiadał na pytania, nie wahał się. Miał już przygotowaną wersję. No, ale to nic dziwnego, przecież byli umówieni. Ludzi z tych sfer wolał nie nachodzić bez zapowiedzi. Choć nie dał tego po sobie poznać, bardzo interesowała go postać Anety Wiśniak. Autorka kryminałów na miejscu zbrodni. Czyżby zbieg okoliczności?

Spacer po starówce okazał się świetnym pomysłem. Letnie słońce od zawsze działało pozytywnie, dodawało optymizmu, budziło jakąś naturalną nadzieję śpiącą niekiedy w nieprzyjemnych momentach. Nawet widok klubu Manekin nie był ani trochę straszny. Chociaż powinien. Aneta sama dziwiła się swojej pierwszej reakcji. Tyle razy pisała o śmierci, ofiarach, mordercach, często bardzo brutalnych. Trzy powieści, dziesiątki opowiadań, skomplikowane intrygi, fałszywe tropy, nieuchwytni sprawcy... A mimo to, wiadomość o realnym trupie w miejscu, w którym przebywała, wywołała u niej niepokój. Nie o wydarzenia przyszłe, lecz przeszłe. Było to uczucie, które czują niedoszli pasażerowie rozbitego samolotu, albo piloci, którzy w ostatnim momencie zostali przekierowani na inną maszynę. Była to świadomość, że śmierć przeszła blisko, prawie potknęła się, nadepnęła na nogi bezbronnej ludzkiej istoty i upuściła kosę. Zostawiła przy tym pewien ślad, pewien niezmywalny, przykry zapach, chociaż sama nie zwróciła uwagi na ten incydent. To rozumowanie przypomniało mężczyznę, który potrącił ją poprzedniego dnia. Szedł w stronę toalety. Spieszył się. Nie miał co prawda kosy, ani ciemnej szaty z wielkim kapturem, ale mógł być istotą, która niesie ze sobą śmierć. Lecz te najczarniejsze myśli były już odegnane za pomocą magicznej mocy czekoladowych lodów, prawie bezchmurnego nieba, i towarzystwa przyjaciółki. Kilka drinków, na które namówiła ją Marta z pewnością też miało w tym swój udział. Wracały właśnie ze śmiechem do kamienicy, do starodawnego pokoju z wielkim oknem, już były przy samym budynku, gdy Aneta zobaczyła, że drewniane drzwi frontowe są uchylone. Co to może być? Czyżby złodziej? No tak, kto inny? Ale w tej spokojnej dzielnicy? A może to morderca z Manekina? Może spragniony wrażeń przyszedł popełnić następną zbrodnię? - Marta... Widzisz to? - spytała drżącym głosem. - Co? O cholera... Myślisz, że to złodziej? - Nie wiem. Dzwonimy po policję? - Nawet nie przyjadą na wezwanie. Co im powiesz? Że drzwi są otwarte? - To za mało? - A jak sądzisz? - To co? - Nie wiem. Może wejdziemy i sprawdzimy? - Zwariowałaś? Tam może być jakiś niebezpieczny typ. - Eee tam. No chodź! Aneta, choć była ciekawa sytuacji, bała się wchodzić do własnego domu. Serce biło szybciej niż zwykle, oddech stał się płytszy, a po skórze przechodził dreszcz, jaki częściej znała z książek niż z rzeczywistości. Nie opierała się jednak i ciągnięta za rękę, przekroczyła próg zaraz po Marcie. Stare drzwi zaskrzypiały przeraźliwie i rozerwały ciszę. Dźwięk wydawał się ogłuszający, zwłaszcza, że z zewnątrz dobiegał tylko lekki szum. W korytarzu, jak zawsze, panował półmrok. Obie zatrzymały się i nasłuchiwały. Co za szaleństwo, pomyślała Aneta. Chciała powiedzieć Marcie, żeby wrócić i pójść po sąsiada, ale wypowiedzenie choćby słowa napawało ją lękiem. Nagle usłyszała czyjeś kroki na schodach po prawej stronie. Ręce kobiet samowolnie ścisnęły się mocniej. Aneta zamarła. Bicie serce wydawało jej się głośne jak krzyki ludzi obdzieranych ze skóry. Dźwięki na schodach nie powtórzyły się. - Mam broń - powiedziała głośno Marta. - zejdź powoli. Aneta przeraziła się jej zachowania. Co ona robi? Przecież złodziej zobaczy, że są bezbronne i nie będzie miał żadnych skrupułów. - Ja też - odparł męski głos. - I co zrobimy z tym fantem? Marta wydawała się zmieszana... i przestraszona. Wyraźnie szukała haka na złodzieja, ale nie mogła wymyślić nic sensownego. - Kim jesteś? - spytała chcąc zyskać na czasie. - A ty? Aneta wyjęła z torebki telefon komórkowy i wybrała numer 112. - Mieszkam tutaj. - powiedziała Marta. - To ciekawe. A ja jestem z policji. - Pokaż odznakę. - zza ściany wyłonił się jakiś metaliczny przedmiot. Odbijało się w nim oślepiające światło słoneczne. Równie dobrze mógł być odznaką policyjną, jak i zgniecioną puszką po piwie. Mimo wszystko Marta uspokoiła się, a Aneta przerwała połączenie. - No dobra, a jak się tu dostałeś? - Było otwarte. - Jezus! - krzyknęła Aneta. - Nie zamknęłam drzwi przed wyjściem. To z tych nerwów... - Ech... - To co? - odezwał się mężczyzna - Mogę wyjść i się pokazać? - Nie czekając na odpowiedź zszedł po schodach i podszedł do Marty. - No, no. Niezły blef. Dałem się nabrać. - Czy ja pana skądś nie znam? - Podkomisarz Marek Leśniewicz. Byłem wczoraj w Manekinie. Pani Marta, prawda? A to nasza sławna autorka kryminałów? - zwrócił się do Anety. - Czy ja wiem, czy sławna - odpowiedziała. Czuła, jak krew napływa do jej twarzy powodując rumieńce. - Niech pani nie będzie zbyt skromna. Wszyscy moi koledzy z pracy czytają pani książki. Przepraszam za tę sytuację, ale drzwi były uchylone. Myślałem, że to złodziej. - My też... - Widzę, że napędziłem paniom strachu. Tak naprawdę przyszedłem, żeby zadać kilka pytań. Mogę zająć parę minut? - Proszę na górę. Może herbaty? - Aneta spojrzała na policjanta. Ten szatyn o młodzieńczej twarzy, ubrany w kraciastą koszulę i dżinsy przypominał bardziej studenta nauk ścisłych niż oficera policji. - Czemu nie. - odparł. - Nie wygląda pan na policjanta. - zauważyła Marta. - Tak, wiem. - zaśmiał się od ucha do ucha - wszyscy mi to mówią. Bardzo pomaga w pracy.

Prowadzony najpierw po schodach, potem przez krótki korytarz, znalazł się w pokoju, jakiego jeszcze nigdy nie widział. Ogromne pomieszczenie z wielkim oknem naprzeciw drzwi, obładowane meblami żywcem wziętymi z muzeum, z jednej strony zawalone narzędziami malarskimi i obrazami, zrobiło na nim niesamowite wrażenie. Pomimo przedmiotów rozrzuconych we wszystkich kierunkach, było wiele wolnego miejsca. - Ta cała kamienica należy do pani? - spytał. - Tak. Dostałam ją w spadku. - Nie wynajmuje pani pokojów na dole? - Kiedyś wynajmowałam. Ale moja pasja wymaga spokoju i ciszy, a dobrych lokatorów ciężko jest znaleźć. - Rozumiem. - rozejrzał się jeszcze raz po wnętrzu. Dało się zauważyć jakiś ukryty porządek, niedostrzegalny przy pierwszym spojrzeniu. Łóżka były posłane, kurze pościerane, biurko puste, nie licząc grubego stosu kartek A4, który przykuł jego uwagę. - Pracuje pani nad nową książką? - Tak, ale mam pewne trudności. Proszę usiąść. Marek zajął miejsce na krześle przy stole,…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%