Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Kryminał · 20 min czytania

Mordercą zawsze jest szofer, część IV

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

- Dzień dobry, to pan. - powiedział z uśmiechem niski blondyn w okularach - Proszę wejść. Marek przez chwilę zastanawiał się, czy naprawdę jest tak mile widziany, czy u rozmówcy objawił się zawodowy nawyk. Pewnie to drugie - pomyślał. Szczerym uśmiechem mogła go obdarzyć sekretarka na komendzie. Nie automatyczna. - Wie pan – kontynuował mężczyzna. – żona jest w pracy, więc możemy spokojnie porozmawiać. Pół godziny starczy? Po dziewiątej muszę być w sklepie. Marek spojrzał na zegarek. Dwadzieścia kilka po ósmej. - To zależy, ile ma pan do powiedzenia. – odparł. Mieszkanie było niewielkie, przytulne, i bardzo jasne. - Właściwie to niewiele wiem. Janek był dość tajemniczą osobą. - Tajemniczą? Co pan ma na myśli? - No, może źle się wyraziłem. Kawy? - Nie, dziękuję. - Proszę usiąść. Może to zabrzmi dziwnie, ale czułem jakiś dystans między nami. - To znaczy? Wczoraj pan mówił, że znaliście się od lat. - Trudno to określić. Nie przyjaźniliśmy się w dosłownym znaczeniu, chociaż Janek bardzo mi pomógł. Rzadko rozmawialiśmy na tematy nie związane z pracą, a nawet jeśli, to o sporcie, polityce, takich przyziemnych rzeczach. Marek zatopił się głębiej w fotelu i wyjął notes. Udając, że coś pisze, dyskretnie zbadał pokój. Był niezwykle starannie wysprzątany, a każdy przedmiot stał na swoim miejscu. Nie dało się znaleźć ani jednej pozostawionej samej sobie szklanki, gazety, czy kupki drobnych. - Nie zwierzał mi się ze swoich prywatnych spraw. – mówił blondyn – Czasem coś mu się wymsknęło, ale szybko zmieniał temat. - I dlatego pan sądzi, że był osobą tajemniczą? - Nie tylko dlatego. Czasem do sklepu przychodziły, jak to się mówi, podejrzane typy. Pytali o Janka. Prawie nigdy nie było go w sklepie, w końcu od tego miał mnie. - Podejrzane typy, pan mówi? Po czym pan to poznał? - Sam nie wiem. To nie byli tacy łysi panowie z czarnej limuzyny, jak na filmach, ale wie pan, to da się wyczuć. - Rozumiem. – odparł Marek, chociaż nie do końca rozumiał. Niektórzy ludzie z natury są zbyt podejrzliwi. - Mówił pan o tym Krońskiemu? - Tak. Zawsze obracał to w żart. - A ci ludzie pojawiali się jeszcze w sklepie? - Nie wiem, czy ci sami. Ale przychodzili. - No dobrze, a rachunki firmy? Wszystko było w porządku? Mężczyzna spojrzał na Marka badawczo spod okularów. - Absolutnie tak. – uśmiechnął się – w końcu ja się tym zajmowałem. - Sklep miał duże dochody, prawda? - To zależy od skali, ale nie mieliśmy powodów do narzekań. - Mieszka pan dość skromnie, jak na swoje stanowisko. - Budujemy z żoną domek pod miastem. Niedługo tam się wprowadzimy. - No dobrze. – powiedział Marek – ale w zasadzie powinniśmy zacząć od początku. Jak się panowie poznali? - Studiowaliśmy ekonomię na jednym roku. - I po studiach utrzymywał pan z nim kontakt? - Nie. Dopiero trzy lata temu spadł jak z nieba. Akurat szukałem pracy, a on potrzebował zaufanego pracownika. - Jak to wyglądało? Zadzwonił nagle po kilku latach? - Spotkaliśmy się przypadkowo na mieście. Poszliśmy na piwo, powspominaliśmy stare czasy... Zaoferował dobre stanowisko. Na początku pracowałem jako księgowy, ale Janek był coraz bardziej zajęty i praktycznie to ja prowadziłem sklep. Nadal prowadzę – dodał po chwili – chociaż nie wiem, jak to teraz będzie. Powiedział to bez żadnego żalu,czy smutku. Panował nad uczuciami i zdawało się, że jeśli przejął się śmiercią Krońskiego, to tylko z obawy o swoje stanowisko. Ale Marek udał, że go rozumie, przytaknął i, żeby zrobić krótką pauzę, zajrzał do notesu. - Wiedział pan, że Jan Kroński wychowywał się w domu dziecka? - zmienił temat. - Tak, ale niechętnie o tym mówił. - To zrozumiałe. A mógł mieć wrogów? - Trudno powiedzieć, nie rozmawialiśmy o sprawach prywatnych. Ale wydaje mi się, że każdy bogaty człowiek ma wrogów. Całkiem niegłupie - pomyślał Marek - Mógłbyś wydać tomik swoich złotych myśli. - Czyli nie domyśla się pan, kto mógł to zrobić? - Nie. - I nie powie mi pan nic o jego życiu prywatnym? - Tylko to, co pewnie już pan wie. Nie miał żony, chociaż nie narzekał na brak powodzenia. Brzydki nie był, pieniądze też miał. Często pokazywał się w towarzystwie kobiet. Zawsze z inną. - Tego akurat nie wiedziałem. Nie pamięta pan żadnej z tych kobiet? - Pamiętam, że prawie wszystkie były blondynkami. Marek odniósł wrażenie, że jego rozmówca jest zniecierpliwiony, mimo że minęło najwyżej parę minut. - No cóż. - przyznał w końcu, kompletnie zawiedziony - szczerze mówiąc myślałem, że więcej się od pana dowiem. Gdyby pan coś sobie przypomniał, proszę mnie poinformować. - wyjął z kieszeni wizytówkę i położył ją na stole - Czas na mnie. - Wstał i udał się w stronę drzwi, ale zdążył dodać - Nie wygląda pan na zbyt zmartwionego jego śmiercią. Niski blondyn nie odpowiedział od razu. Najpierw spojrzał prosto w oczy Markowi. - Bo chyba nie jestem zmartwiony. Oczywiście wstrząsnęła mną informacja o morderstwie, ale z Jankiem łączyły mnie tylko sprawy zawodowe. Marek w duchu przyznał mu rację. - Dziwi mnie tylko - kontynuował mężczyzna - że nie spytał mnie pan, co robiłem tamtej nocy. Nie spytałem, bo wiem, że nie było cię wtedy w Manekinie, pomyślał. - A co pan robił tamtej nocy? - Spałem.

„Pożar na ulicy Różanej”, „Wystawa sztuki lokalnej”... Marek przewrócił kilka stron i znalazł artykuł o remoncie starych budynków w centrum. Właśnie tu, w czeluściach biblioteki miejskiej, w archiwalnych numerach lokalnej gazety, musiał kryć się choć jeden artykuł o sprawie narkotyków z sprzed kilku lat. W czytelni wypełnionej drewnianymi stolikami ciszę przerywały tylko nieliczne szepty obecnych, szelest przewracanych kartek i, dochodzące z półotwartego okna, odległe odgłosy ulicy. Marek przeglądał właśnie gruby tom z napisem 2002 i zatrzymał się na stronie oznaczonej datą 17 kwietnia. „Pięciu dilerów aresztowanych” - wrzeszczał nagłówek. Niżej, drobnym drukiem, opisane były szczegóły. - „Wczoraj w nocy w jednym z nocnych klubów aresztowano kilku podejrzanych o handel narkotykami. Mieli przy sobie po kilka gramów kokainy. To dosyć ekskluzywny narkotyk - stwierdza Katarzyna Lisiak, rzecznik Komendy Wojewódzkiej.” Na końcu artykułu znalazło się zdanie: „Policja ma nadzieję, że idąc tym śladem dotrze do...”. Nigdzie nie dotarła, pomyślał Marek. Na zdjęciu zobaczył jednego z dilerów z zasłoniętą twarzą i rękami skutymi z tyłu. W tłumie gapiów stał wysoki blondyn w towarzystwie blondynki. Wyglądał podobnie do Krońskiego, chociaż zdjęcie było zbyt niewyraźne. Marek zapisał datę i nagłówek. To zdjęcie mogło się przydać. Oczywiście w lepszej wersji. „Wystawa sztuki lokalnej”... Jeszcze raz rzucił okiem na ten artykuł i pewnie zapomniałby o nim, gdyby na zdjęciu obok nie było tej samej blondynki. A przynajmniej bardzo podobnej. „Marta Nowak jest dobrze zapowiadającą się artystką...”. No tak, Marta, przyjaciółka Anety. Przypomniał sobie obrazy w tamtym dziwnym pokoju. To już coś. Ale na zdjęciu było znacznie więcej. W tle, obok ciemnego Peugeota 406 stało dwóch mężczyzn - odwrócony plecami brunet i facet podobny do Krońskiego. Z tablicy rejestracyjnej dało się odczytać cztery cyfry i ostatnią literę - X lub K. Marek poczuł, że zmierza w dobrym kierunku. Przeszukał jeszcze inne artykuły i opuścił bibliotekę.

- Nie uwierzysz, co znaleziono w mieszkaniu tego blondyna. - powiedział Sadowski na powitanie. Mylił się. Marek mógłby uwierzyć w cokolwiek. - Świętego Grala? - odparł automatycznie. - Prawie. Zdjęcie Krońskiego. - Ciekawe. Jak to wytłumaczył? Kolekcjonuje zdjęcia przystojnych panów? - Mówi, że był w Manekinie, bo jakiś facet mu za to zapłacił. Miał puścić sygnał na konkretny numer telefonu, kiedy zobaczy Krońskiego. - Co to za numer? - Zgadnij. - Konto na kartę. - No. A rysopis tamtego typa pasuje do Bazyla. - Domyślam się, że nie można go teraz znaleźć. - Dobrze się domyślasz. Jest zameldowany u jakiejś dawnej kochanki, ale nie pokazywał się tam od miesięcy. Rozmawialiśmy z nią. Podobno nie wie nic o jego przestępczej przeszłości. - A złoty zegarek? - Nie było go u blondyna. Tak na marginesie, żebyś widział jego matkę. Niezłą aferę nam zrobiła. Najpierw, że zamknęliśmy jej kochanego synka, a potem przy przeszukaniu. Straszyła skargami i w ogóle. - Może nam skoczyć. Zresztą to nie nasze zmartwienie. Zastanawia mnie co innego. Prawdziwy morderca wziął złoty zegarek i kartę kredytową, a telefon zostawił. To nie żaden grat, nowy model wart kilka stów. Jeśli chciał upozorować rabunek, to coś tu nie pasuje. - Pewnie dlatego, żebyśmy go nie namierzyli. Zresztą dużo rzeczy tu nie pasuje. Czemu Bazyl miałby brać do pomocy blondyna? Po co mu dodatkowy świadek? - Prawdopodobnie żeby go wrobić. Ale jeszcze zbyt mało wiemy. Co z nim? - Komendant kazał przetrzymać go regulaminowe czterdzieści osiem godzin, a potem wypuścić. Z jednym z naszych na ogonie. - Ostrożności nigdy za wiele. Słuchaj... - zaczął, lecz w tym momencie zadzwonił telefon. Marek podniósł słuchawkę i po paru sekundach odłożył ją z powrotem. - To z izby skarbowej. Kroński był czysty. - Masz jakiś inny trop? - Nie. Przynajmniej nic konkretnego. Jeszcze nie chciał chwalić się odkryciem z biblioteki. Najpierw musiał się upewnić.

Ciemne garnitury wisiały w jednym rzędzie, a za nimi dobre wrażenie robił szeroki asortyment krawatów. Tu i tam stało parę nieruchomych posągów, skazanych na noszenie tego samego ubrania przez wiele dni. Jasnokremowy wystrój wnętrza działał uspokajająco, ale przede wszystkim odznaczał się dyskretną elegancją. Wydawało się, że każdy element, każdy najmniejszy szczegół był unikalny, a bez niego sklep wyglądałby zupełnie inaczej. Ktoś rozmawiał przy kasie, ktoś inny oglądał koszule, każdy pochłonięty swoim zajęciem. - To znowu pan. Mam nadzieję, że tym razem już nie służbowo. Marek odwrócił się i spotkał się z roześmianymi oczami Piweckiego. - Dzień dobry. Właściwie to tak i nie. - W czym mogę pomóc? - Najpierw chciałbym, żeby rozpoznał pan pewną osobę. - powiedział, i zaraz dodał -

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%