Muzyka · 11 min czytania
Morderstwo struną fortepianową
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Mówi się, że jak człowiek wejdzie wreszcie na wyżyny, to wszyscy naokoło chcą go znowu zepchnąć w dół. Byłem pianistą, uwielbiały mnie tłumy. Jednak wśród stada potulnych owieczek zawsze znajdzie się zachłanny wilk, który wciąż chce więcej i więcej. Szkocka whisky wirowała jak szalona w szklaneczce, która stała na moim ukochanym fortepianie. Grałem właśnie jeden z moich ulubionych utworów – „Etiudę Rewolucyjną” Chopina. Dźwięk muzyki przepełniał mnie smutkiem i nostalgią, ale również wściekłością. Te wszystkie emocje wybuchały z „Etiudy Rewolucyjnej” jak szalone. Nagle okno otworzyło się z hukiem, wywarzył je podmuch wiatru. Kryształowy żyrandol ciążący na suficie zachwiał się. Podszedłem do okna i z trudem je zamknąłem. Zadzwonił telefon. Dryń, dryń. Podniosłem słuchawkę. Powiedziałem: - Halo? - Erick, na kiedy napiszesz nowy utwór? – rozpoznałem w słuchawce głos Jonesa Gritta – mojego producenta. - Powoli go kończę… -Nie zapominaj, że twoja nowa płyta ma ukazać się już za cztery miesiące, a mamy dopiero sześć utworów. Aha – zamyślił się – i jaki miał być jej tytuł w końcu? - Morderstwo Struną C, na 50 cięć i 33 machnięcia. - Chwytliwe. – uciął krótko i rozłączył się. Odłożyłem słuchawkę i znów wróciłem do fortepianu. Wśród stosu papierów, znalazłem mój niedokończony utwór „Eve”. Skomponowałem go specjalnie dla mojej małżonki. Eve była piękna. Miała wielkie, zielone oczy i ogniste włosy, skórę niczym płatki róż. Poruszała się po ziemi lekko, a raczej unosiła się nad jej powierzchnią. Eve była tancerką, a dokładniej baletnicą. Nacisnąłem kilka klawiszy. Próbowałem z różnymi kombinacjami akordów, ale nie pasowały mi do całości, wstawiłem jakiś pasaż – wynik był równie mizerny. Zastanowiłem się przez chwilę. Wyobraziłem sobie jej występy na scenie, wpadł mi do głowy pewien pomysł. Zacząłem opisywać muzyką jej taniec. Każdy piruet, podskok został odwzorowany idealnie. Minęła niespełna godzina, a utwór był skończony. Wysłałem SMS do Jonesa, że utwór numer siedem został skończony. Przechodziłem ulicą, wracałem ze spożywczego. W rękach niosłem siatki z zakupami. Wokół jeździły samochody, a spieszący się niewiadomo dokąd kierowcy trąbili na innych. Usłyszałem krzyk: -Nie możecie mnie tak po prostu wyrzucić! -Nie płaciłeś czynszu to wyjazd na ulicę! Co ty sobie myślisz, że będziemy utrzymywać darmozjadów? Tacy jak ty nie zasługują nawet na istnienie! – wydzierał się tłusty jegomość, wyrzucający czyjeś rzeczy przez drzwi. -Ale panie Richard, ja zapłacę, niech pan da mi szansę. – mężczyzna miał załamany głos. - Którą z kolei? Wyobraź sobie, że tobie odpuszczę. Jeśli to zrobię, to inni zaczną prosić o to samo, a wtedy kto będzie mi płacił czynsz? Za co wykarmię rodzinę? Gadasz jakbyś myślał tylko o sobie, egoisto! – skończył i zatrzasnął mu drzwi. Mężczyzna w łachmanach siedział na chodniku. Z jego oczu wypływały ciężkie łzy, które oczyszczały zabrudzoną twarz. Mężczyzna płakał, ale spieszący się donikąd ludzie nie zauważali tego. Tylko ja patrzyłem się, trzymając siatki z zakupami, ale nie miałem odwagi podejść. Nie raz już widziałem taką scenę, ale dzisiaj dopiero dotarło do mnie znaczenie tego problemu. Ten ból wypływający ze szczerych łez….musiałem to uwiecznić…musiałem to skomponować… Zawsze zaczynałem od wymyślenia nazwy dla utworu. Przychodziło mi to niezwykle łatwo. Jednak teraz w ogóle nie mogłem się skupić. Nie miałem pojęcia jak nazwać utwór. Siedziałem przy fortepianie i piórem stukałem o pulpit. Wielki mętlik w głowie i pustka jednocześnie. Okno było lekko uchylone, a wiatr bawił się zasłonką. Na przeciwległej ścianie wisiał ogromny miecz obosieczny, pamiątka mojego świętej pamięci dziadka. Podobno ta broń była w naszej rodzinie od pokoleń. Miecz miał bogato zdobioną rękojeść, a na ostrzu wygrawerowany napis w obcym języku, ale wiem, że oznaczał : „Zawsze pracuj na taką przeszłość, abyś nigdy nie musiał się jej wstydzić”. Pomyślałem o tytule mojej nowej płyty i wpadłem na pomysł tytułu dla utworu. Zawsze jedno z mych dzieł nosi nazwę „markującą” płytę. Tytuł brzmiał : „Morderstwo struną fortepianową”. - Erick, skończyłeś już? - usłyszałem znajomy, kobiecy głos. To Eve wróciła z pracy. - Nie kochanie, mam dopiero stronę…ale mówię ci! To będzie coś genialnego. Najlepszy mój utwór! - Słonko, każdy twój utwór jest genialny. - podeszła do mnie i cmoknęła w policzek. Tak słodko pachniała… - Nie….wszystko inne to gniot w porównaniu z tym. Przewyższę „Etiudę Rewolucyjną”! - wykrzyknąłem radośnie. Po chwili dotarło do mnie co powiedziałem. Zakryłem usta dłońmi. - Nie….nie mogę przewyższyć mistrza….wybacz mi, Chopinie… - Oj Erick, on na pewno się nie obrazi za te słowa. Zmęczony całym dniem poszedłem do łazienki. Nalałem do wanny gorącej wody i olejków zapachowych. Popatrzyłem się w lustro. Patrzył stamtąd na mnie średnio zbudowany mężczyzna, o czarnych włosach i niebieskich jak niebo oczach. Pod okiem miał on małą bliznę - pozostałość po wypadku, w którym zginęli jego rodzice. Zanurzyłem się w ciepłej wodzie i zrelaksowałem się. Przymknąłem oczy. Analizowałem to, co do tej pory stworzyłem w „Morderstwie…”. Tak, każdy dźwięk był dopasowany wręcz perfekcyjnie. Zanuciłem. Czułem na swojej rozgrzanej skórze zimne łzy tego starego łachmaniarza… Obudziłem się. Poranne, delikatne światło kłuło mnie w oczy. Eve spała jeszcze wtulona we mnie. Boże, jakże była ona piękna. I co widziała w takim, jak ja? Poszedłem do kuchni i otworzyłem lodówkę. Wyjąłem z