Inne · 7 min czytania
Morfina
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Morfina
Obudziłem się już - nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Widzę sufit, widzę ściany – tę na prawo, tę na lewo i tę przede mną. Widzę drzwi i szafy. Ogarniam to wszystko. Słyszę, słyszę deszcz. Słyszę głosy pielęgniarek; krzątają się po korytarzu. Słyszę swój oddech – jeszcze żyję. Podnoszę się i siadam na łóżku. Wiem już, przypomniałem sobie, że jestem w szpitalu. Kiedy usiadłem popatrzyłem za okno, do którego wcześniej byłem odwrócony. Noc. Warszawa. Ursynów. Spoglądam na zegarek – 3.41. Bardzo wcześnie lub bardzo późno.
Obudziłem się znowu; to już był dzień. Słyszę coraz więcej i więcej kroków. Ktoś otwiera drzwi. To lekaż i cała jego świta: nieśmiali praktykanci, pielęgniarki. - Dzień dobry. Jak się czujemy? – pyta mnie tak, jak co dzień. - Dzień dobry. Dobrze się czujemy – lubię, gdy forma odpowiedzi zgadza się z formą pytania. - A boli? - Boli. Czasami. Najbardziej przy wstawaniu, ale to oczywiste. - Tak – odpowiada chłodno, rzeczowo i dodaje – gdy będzie pana bolało, gdy pan leży, rozumie pan, to proszę dzwonić, na pewno któraś z pań poda panu środek przeciwbólowy. „Przecież wiem” – ciśnie mi się na usta, ale zamiast tego mrugam oczami na znak, że rozumiem a on podchodzi do drugiego łóżka. Potem wychodzi a z nim cała gromada ludzi w bieli. Wstaje. Boli. Ubieram szlafrok, idę do łazienki. Dość ciężko się myć, gdy masz w brzuchu dziurę o długości piętnastu centymetrów. Gdy wychodzę, na stole czeka na mnie śniadanie. Szpitalne śniadanie. - Ja już zjadłem – rozpoczął sąsiad z drugiego łóżka – nie znoszę tego żarcia, od kiedy miałem tu chemię. - Ja też. Wszystko śmierdzi. Jedzenie to jedna z największych przyjemności. Jest przyjemnością, od której nie ma ucieczki – moje myśli uciekają na inny, nieco filozoficzny tor, jednak zawracam z niego – jest przyjemnością. A chemia obrzydza ci tę przyjemność. - Masz rację. Przecież… - zamyśla się – przecież wszystkie święta kojarzą ci się z rodziną i… z jedzeniem. To tak, jakby chemia zabierała ci część świąt… – tu zaczyna się śmiać. Ja też się śmieję. Piotrek ma naprawdę genialne skojarzenia. Sekundy zamieniają się w minuty, minuty w godziny. O dziesiątej przychodzi mama. Uśmiecha się od progu. Nie wiem, czy ten uśmiech jest sztuczny, nie wiem, czy jest prawdziwy. Siada na krześle. - Jak się czujesz? Matka zawsze jest matką. Moja mama nie rozumie mnie, ale się stara, podczas gdy wielu rozumie, ale się nie stara. - W miarę OK. Nie zostawi. Na pewno nie zostawi w potrzebie. I milczy. Jak to dobrze, gdy człowiek milczy. Uwielbiam takich ludzi. Czas mija. Mama siedzi i rozwiązuje krzyżówki. Od czasu do czasu pyta mnie o różne rzeczy, tłumaczy, uspokaja, napomina. Nie krzyczy i nie wydaje rozkazów. Jest bardzo spokojna. Aura spokoju i ciszy, która roztacza się dokoła niej, uspokaja mnie. Zasypiam. Kiedy się budzę, Mama stoi nade mną. - Powoli będę się zbierała – mówi. Nie odpowiadam. Patrzę w sufit i staram się odzyskać pełnię świadomości. - Robi się ciemno – to stwierdzenie uświadamia mi, że musiałem długo spać – a ty i tak pewnie masz ochotę poczytać. Tak, ma zupełną rację. Mam ochotę poczytać, ale wcześniej chcę zapalić papierosa. Znów wstaję z łóżka… Ból jest duży, ale da się go wytrzymać. - Odprowadzę cię na dół – stwierdzam to z taką stanowczością, że nie protestuje.
Palę papierosa na poziomie minus jeden: taka piwnica szpitalna. Dużo tu ludzi:…