Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Akcja · 55 min czytania

Mortal Kombat - the True Story

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

1.

Zbliżał się wieczór, słońce tonęło w chmurach toksycznych substancji zalegających nieboskłon... Kolejny pracowity dzień kończył się w Rybniku, jednej z wielu podobnych do siebie metropolii zaśmiecających Górny Śląsk. Waldemar S. Chłopczyński, przez przyjaciół zwany Baryłą ze względu na przysadzistą sylwetkę (nadmienić należy, gdyż okaże się to ważne w tej historii, że o masie Baryły stanowiły bardziej mięśnie niż haniebny tłuszcz), wracał do domu z uczelni. Dzień, który miał za sobą, był naprawdę ciężki, zwłaszcza że ulubiona piwiarnia po drodze była nieczynna. Remont; podobno jakiś wariat zdetonował tam wczoraj ładunek wybuchowy. - Co za tałatajstwo kręci się teraz po porządnych barach... A taką miałem ochotę na zimny browarek - narzekał Baryła. Cóż, zawsze pozostają jeszcze rozrywki domowe. Baryła czym prędzej skierował się do zajmowanego przez siebie bloku nr 33 i już po chwili męczącej wspinaczki otwierał drzwi swego mieszkania na 6 piętrze. Mętny blask zdezelowanych żarówek nadał mrocznemu pokojowi niemal optymistyczny wygląd, a jeszcze weselej zrobiło się, gdy wzrok Baryły ślizgając się po sprzętach dosięgnął wreszcie ukochanego komputera. Natychmiast po zrzuceniu buciorów włączył stary monitor, ochlapał twarz zimną wodą, z lodówki wydobył ostałą się jeszcze od urodzin Dudusia puszkę piwa. Po wypiciu pierwszego łyku życie zrobiło się prawie niezłe. Wrócił do pokoju, zasiadł statecznie przed ekranem, i spośród wielu ikon na pulpicie wybrał tę najważniejszą... Gdy monumentalny, wysublimowany, uderzający boleśnie wszystkie zmysły swym ekspresyjnym pięknem obraz sylwetki smoka na tle orgii barw wypłynął na ekran przed ukojone złotym napojem oczy Waldemara, a cudowna muzyka zaczęła podniecającymi uderzeniami kołysać jego spragnioną duszę, w pokoju zrobiło się nieomal przytulnie. Zimny, ciemny Świat za oknami, szare niebo, odgłosy ulicy i ludzi ganiających za nic nie znaczącymi w obliczu Wieczności i Nieśmiertelności sprawami... Baryła złapał za pada. Rayden, tylko on. Na zawsze. Doszedł właśnie do Sub-Zera, gdy w słodką ciszę przerywaną tylko monotonnym chórem wrzasków bólu i trzasków kości wdarł się dzwonek telefonu. To PCScorpio. - Miron, czego chcesz tym razem? - burknął niechętnie do słuchawki. - Cześć, Baryła. Czekam na ciebie pod blokiem, mam ci coś ważnego do pokazania. - No to może rusz dupsko i przyjdź tu na górę? Gram. - Nie - przyjaciel musiał być naprawdę zdesperowany, skoro zignorował groźbę kryjącą się w ostatnim słowie Chłopczyńskiego - Wiesz, jaki ja jestem nieśmiały... Chodź, musimy koniecznie pogadać. - Dobra już, dobra, poczekaj jeszcze minutkę, kurrr...! - burknął, odkładając słuchawkę przed ostatnim wyrazem. Wrócił do komputera i zwolnił pauzę, ale dekoncentracja kosztowała go przegraną. Kilka za późno wykonanych bloków wystarczyło, żeby jego zmrożone wnętrzności zasłały dziedziniec. Niebieski ninja tryumfował. - Urwę PC syfowi łeb za to! - obiecywał sobie, schodząc po schodach. Narzucił kurtkę i powrócił do zimnego świata.

2.

Było już całkiem ciemno. Chuda sylwetka oczekiwała pod jedną z latarni. Ubrany jak zawsze na ciemno, okulary, kucyk z tyłu, PCScorpio i ta jego konspiracja... - Czołem, sadełko. - Witaj, padalcu. Dobra, czego chciałeś? - Baryła był niechętny pozostawaniu z dala od komputera - Śpieszy mi się. - Słyszałeś o wybuchu w Papaju? Dziwna sprawa, co? - Tak, nawet tego miejsca nie mogli uszanować. wszędzie teraz pełno przemocy. Wszystko przez te gry. I o tym chciałeś rozmawiać? - Nie. Widzisz, jakby to… Dobra, zacznę prosto z mostu - Scorpio wzdrygnął się i rozejrzał dookoła - Dostałem dzisiaj Internetem bardzo dziwne informacje... - wydobył z wewnętrznej kieszeni kurtki płytę CD i podał mu - Najlepiej będzie, jeżeli też to zaraz przeczytasz. Baryła obejrzał mieniącą się dziwnymi barwami płytę. Markerem napisano na niej: „Od Shao”. - Od kogo? - Przysłał mi to koleś podpisujący się: Shao Kahn. - Fajnych masz kolesi... - Nieważne, musisz to przeczytać. - Nie mogłeś wysłać mailem? - To może nie być bezpieczne. Cyborgi przeszukują sieć... ech, co ja ci będę mówił - PCScorpio wyraźnie stawał się coraz bardziej zdenerwowany - Sam musisz zobaczyć. - Ale o co ogóle chodzi? - Baryła schował dysk do kieszeni, z niechęcią myśląc o oglądaniu jego zawartości na ekranie zamiast Mortala, cokolwiek jego przyjaciel tam nagrał pod wpływem kolejnych psychicznych aberracji. - Chodzi o to, że... Jakby to… Widzisz, oni... oni naprawdę istnieją! - Mama znowu pozwoliła ci oglądać filmy o kosmitach? - Nie o tym mówię - chudzielec jeszcze raz rozejrzał się panicznie - To oni... oni wszyscy są tutaj i czekają na nas! Na ciebie! - Kto? Nagły hałas przerwał tę inteligentną rozmowę : huk, brzęk i nagłe zapadnięcie ciemności uświadomiło im, że latarnia, pod którą stali, została rozbita. - Kur... , co to było? - zapytał przytomnie Baryła. PCScorpio wykazał o wiele mniej przytomności. Właściwie nie posiadał jej wcale. Stał sztywny jak trup z oczami wbitymi w jakiś punkt za plecami rozmówcy. - O... nie... - wybełkotał po chwili. Podmuch wiatru targnął połami kurtki Baryły, każąc mu odwrócić się. W odległości kilku metrów stała tam, słabo widoczna w półmroku sylwetka wysokiego, wysportowanego mężczyzny w jakimś niecodziennym stroju. Strój ten zresztą wydawał się dziwnie znajomy. - O, fuck... - równie wyraźnie wypowiedział się Baryła. Trzask, z sąsiedniego dachu zeskoczyła druga postać. Jej strój był podobny, tyle że żółty, a oczy już zdecydowanie przerażająco płonęły ogniem piekielnym. - Onieonieonieonieonie! - PCScorpio biegał przez kilka sekund w miejscu, po czym zaczął regularnie spieprzać. - Nie uciekniesz, szczurze! - grobowym głosem krzyknął żółty ninja. Z jego wysuniętej dłoni wystrzeliła lina zakończona ostrym kolcem, aby pomknąć za uciekającym. Wydał on z siebie dramatyczny pisk i uskoczył w bok, ale szpikulec natychmiast zawrócił i okrążył kilkakrotnie jego szyję, owijając ją liną. PCScorpio padł, krztusząc się. - Rep, przejmij grubasa! - polecił Scorpion podholowując do siebie ofiarę. Ogłuszył ją następnie mocnym ciosem. Baryła nie czekał. Nie dając już posłuchu jękom maltretowanego kompana, rzucił się do ucieczki. Nie miał rzecz jasna większych szans - zielony ninja skoczył za nim, odbił się od najbliższej ściany i zagrodził drogę. Baryła cofnął się, kryjąc się za stojącym w pobliżu maluchem. Reptile zadał cios nogą z półobrotu - Baryła zrobił unik i stopa przeciwnika wybiła okno samochodu (?) grzęznąc w nim na parę sekund. To dało mu nieco czasu na kontynuowanie ucieczki. Spadając na łeb na szyję, dostrzegł jeszcze kątem oka coś jakby ognisty wybuch w miejscu, gdzie zostawił Scorpiona i jego imiennika. Jasnym było, że ma już o jednego kumpla mniej. Rzucił się teraz do szalonej ucieczki przez mroczny labirynt blokowiska. Cholera jasna, co to za niesamowita sprawa? Co mogło być na płycie, która teraz podrygiwała beztrosko w kieszeni jego kurtki? Obiecywał sobie, że jeśli przeżyje, na pewno na nią zajrzy. Wyścig trwał i trwał, aż w końcu Baryła nie bez przykrości skonstatował, że nie ma już dokąd uciekać. Nie uważając na trasę, wbiegł w ślepy zaułek. Psiakrew, jak na tanim filmie! Latarnie zostały dawno pozbawione świetlistości i poza wątpliwej jakości księżycem nic nie oświetlało betonowych murów wokoło. Jego położenie było tym gorsze, że, jak przecież doskonale wiedział, Reptile potrafił stawać się niewidzialny. - Dobra - powiedział do siebie, stając pod murem w bojowej pozycji i ekspresowo przypominając sobie to, czego nauczył go swego czasu szkolny mistrz taekwondo, Kocio - Nie kochałem wprawdzie PCScorpia, ale pomszczę go straszliwie, jeżeli któryś z tych sk-synów tu się zbliży! Bum! Kolejny piorun z jasnego nieba oświetlił położenie Baryły. Nie, właściwie była to wiązka laserowego światła. Facet który ją wystrzelił stał tam, na dachu: w czarnym stroju, wysoki i muskularny. W świetle księżyca i płonącego jeszcze po wystrzale jasnym światłem oka wyraźnie było widać metaliczne odbłyski na lewej połowie jego twarzy. - He, he... Nic się nie bój, grubasku - powiedział, zeskakując z góry - Nie zrobimy ci nic złego. - Nie! - wrzasnął Chłopczyński i rzucił się znów do ucieczki, ale po kilku krokach jego klatka zetknęła się brutalnie z czymś twardym i upadł, zupełnie jakby uderzył go niewidzialny przeciwnik. Tak zresztą było istotnie; błysk, dym, Reptile wynurzył się z ciemności i stanął obok. U wylotu uliczki pojawił się też Scorpion. - Macie go? - spytał dołączając. - Kiedy wy, przebierańcy, bawicie się w berka, ktoś musi odwalać za was brudną robotę -oświadczył Kano drapiąc się po nieogolonej twarzy - To co teraz? - Tylko bez nerwów - zastrzegł ninja - Tsung zabronił nam go uszkadzać. Słuchaj, kolego, nie chcemy zrobić ci krzywdy... - Akurat! - stęknął Baryła zrywając się z ziemi. Kano i Reptile osaczyli go już. - Jeżeli nie pójdzie na współpracę, zawsze możemy go... Zbir nie dokończył, gdyż piorun, tym razem prawdziwy, rozwalił chodnik tuż obok niego. W miejscu jego uderzenia stała teraz wysoka postać w powłóczystej szacie. Spod tak dobrze znanego Baryle słomianego kapelusza wyglądały długie, siwe włosy. - Precz, robaki! - krzyknął nowo przybyły wielkim głosem. Reptile zasyczał, Scorpion zmiął w szczękach przekleństwo. - Zabić!! - ryknął Kano sięgając do pochwy z nożem. Boska istota uśmiechnęła się; z jej palców wytrysnęły wiązki błyskawic. Trafiony oprych upadł na ścianę, wrzasnął i znieruchomiał. - Sami nie damy mu rady. Spadamy! - polecił Scorpion. Skoczył na ścianę i tyle go widzieli. Reptile przerzucił sobie Kana przez ramię i znikł również. Zostali sami. - Lord Rayden? To naprawdę pan?... - Baryła z trudnym do wyobrażenia dla zwykłego śmiertelnika szacunkiem podał rękę przybyszowi. - We własnej osobie, chłopcze. Czy wszystko w porządku...? - przybysz przyjrzał się Baryle troskliwie, otrzepał i poprawił poły kurtki - Chodź, wszyscy czekamy na ciebie. - Kto? - Oczywiście Obrońcy Ziemi. Uważaj, teleportacja może być wstrząsającym przeżyciem dla niedoświadczonego podróżnika. - Nie docenia mnie pan... Ale powiedział pan: telepor... Obie sylwetki zmieniły się w białe światło i znikły.

3.

- ... tacja? - spytał Baryła, otwierając po chwili oślepione gałki. Miejsce, w którym się znalazł, nie mogło być niczym innym, jak Katowicami. - Dziwisz się? Musieliśmy zatrzymać się gdzieś w pobliżu w oczekiwaniu na twoje przybycie - rzekł bóg, zapraszając, by poszedł za nim - Ciężko tu znaleźć odpowiedni hotel... Johnny Cage ma wymagania jak francuski piesek. Chodź, to niedaleko. Baryła, z każdą chwilą coraz bardziej osłupiały, ruszył za nim do wejścia, a potem do windy, by za chwilę znaleźć się na ostatnim piętrze hotelu "Courtyard". Stanęli przed wejściem do najbardziej luksusowego z apartamentów oferowanych przez tenże. Wewnątrz była tylko młoda dziewczyna i czarnoskóry olbrzym o rękach lśniących stalą. - Jax, Sonya... Czy wszystko w porządku? Gdzie reszta? - Liu Kang ćwiczy na dachu, a Johnny ogląda jak zwykle jakieś pierdoły. - No no, mała, bez takich! - odparł głos z drugiego pokoju - Na tym całym Polsacie właśnie dają mój ostatni film! I to chyba piracki. - Dobrze... Jakieś wiadomości od innych? - Kabal jest w drodze, od Kung Lao i Strykera nie ma na razie wieści. Nightwolf jest jeszcze w rezerwacie. Poza tym wszystko OK. - Cieszę się. To jest pan Chłopczyński, o którym wam mówiłem. - Miło cię poznać. - Dobrze, że jesteś z nami - Jax ścisnął rękę oszołomionego Baryły. - Sie masz - rzucił Cage, przechodząc przez pokój w drodze po paczkę popcornu. Liu Kang ukazał się w drzwiach i skinął mu milcząco głową. - Tobie chyba nie muszę nas przedstawiać?... Proszę cię, siadaj - bóg piorunu usiadł i roziskrzonym palcem zapalił sobie papierosa - Mam ci niejedno do wytłumaczenia. - Ja... ja... ale - bąkał Chłopczyński, siadając - No... To dla mnie zaszczyt was wszystkich poznać. Ale, prawdę mówiąc, sądziłem że jesteście postaciami z gry komputerowej. - I słusznie. Wszyscy mają tak myśleć - zgodził się Rayden - Widzisz, po zakończeniu trzeciego turnieju Stryker wpadł na pomysł, aby zasilić nasze szeregi nowymi rekrutami. Odnalezienie i wytrenowanie odpowiednich ludzi wymagałoby mnóstwa środków... wtajemniczenia armii, rządów... Jasne jest chyba, że nikt na Ziemi nie uwierzyłby w możliwość inwazji Outworldu. Ale popularność filmów z Johnnym nasunęła mi pewien pomysł: gdyby stworzyć grę video, która byłaby doskonałą symulacją poprzednich turniei, młodzi ludzie grając w nią trenowaliby swoje umiejętności walki. Jednocześnie historia ta była tak niewiarygodna, że zapewniała nam tajność. - A więc... to ty wymyśliłeś "Mortal Kombat"? - szacunek w głosie Baryły stał się jeszcze większy. - Tak. To ja sfinansowałem wydanie wszystkich gier, i to ode mnie panowie Boon i Tobias otrzymali wszystkie ważne pomysły. Teraz, kiedy zbliża się czwarty turniej, wyszukujemy najlepszych graczy, aby przyłączyli się do nas i rozpoczęli prawdziwy trening w sztukach walki, aby stanąć w szranki z żołnierzami Shao Kahna. Dlatego właśnie jesteś tutaj... - Chcecie powiedzieć... że JA jestem jednym z najlepszych? - Dokładnie tak. Twoje kilkuletnie doświadczenie i mistrzostwo w grze czyni się godnym dołączenia do Obrońców. Niestety, szpiedzy Kahna donieśli mu o naszej inicjatywie i zaczął już wysyłać swoich wojowników, aby likwidowali najlepszych graczy. Ciebie cudem udało nam się uratować, twój przyjaciel nie miał takiego szczęścia... - Prawda... Zabili go! Biedny idiota. Dowiedział się wcześniej o całej tej aferze i przekazał mi właśnie wiadomość, kiedy... Co jest? - Baryła obmacał kieszenie kurtki, ale nie znalazł w nich dyskietki - Och, psiakrew! Reptile musiał ją zabrać, kiedy mi przyp... dolił! Rayden strzepnął popiół z papierosa. - Cóż, to już i tak bez znaczenia, skoro znasz całą sprawę. Zresztą pal diabli PCScorpia, ty jesteś ważniejszy. Witaj wśród Obrońców Ziemi! - Tak... ja... no... Trudno mi w to wszystko uwierzyć... - plątał się Baryła - Czy jesteście absolutnie pewni, że chodzi wam o mnie? - Czy myślisz, że lord Rayden pomyliłby się? - rzucił dotąd milczący Liu Kang. - Takiego wślizgu jak ty nie ma nikt - uwodzicielsko zauważyła porucznik Blade. Baryła nie dopytując się już więcej wymienił uściski dłoni z całą grupą. Przy okazji dostał zdjęcie Cage'a z autografem. - Zatem formalności mamy za sobą - stwierdził Rayden - To na razie wszystko. Możesz wracać do domu. Czekaj na nasz sygnał. - Moment! Mam tam wracać? Przecież te zbiry na pewno wrócą. - Nie bój się, obronimy cię w razie czego. - Pamiętaj: jesteś już jednym z nas!

4.

Baryła fatalnie spał tej nocy. Pomimo zamknięcia drzwi mieszkania na wszystkie zamki i zastawienia ich kredensem, pod wpływem ostatnich wydarzeń nie był w stanie zmrużyć oka. Obudził się około piątej czując się naprawdę tragicznie. Ranek był ciemny i pochmurny, ekspres do kawy wysiadł. Na dodatek na stole znalazł wczorajszy rachunek za prąd. W kiblu natomiast - PCScorpia. - Scorpio! - ryknął sopranem, natychmiast opuszczając kibel - Co to, kur... , znaczy? Przecież ty nie żyjesz! - Spokojnie, tylko spokojnie - duch uniósł ręce w geście pokoju. Na jego ciele nie było znać śladu ciosów, liny ani ognia, ani jeden długi włos nie spadł mu z głowy - Musimy koniecznie porozmawiać. - Z trupami nie rozmawiam! - Baryła na wszelki wypadek wycofał się na z góry upatrzoną pozycję do kuchni. - Przede wszystkim musimy wyjaśnić to małe nieporozumienie. Przybrałem postać twojego kolegi tylko po to, aby cię nie przestraszyć. - Faktycznie udało ci się! - Naprawdę, powinieneś się uspokoić. Mam ci dużo do wyjaśnienia. - Myślę sobie! - Baryła nie zdążył jeszcze do końca wyartykułować tych słów, gdy facjata i cała postać PCScorpia zaczęła zmieniać się w oczach. Po sekundzie zamiast niego zobaczył przed sobą umięśnionego Azjatę o ponurej twarzy. - Shang Tsung!!! - Baryle odebrało głos. Chociaż bezgłośny, nie był jednak bezbronny. W jego ręku natychmiast pojawił się ciężki kuchenny tasak. - Nie zbliżaj się, albo zginiesz!! - Doprawdy, nie mamy czasu na takie ceregiele - skrzywił się Tsung. Zabrzmiał nieokreślony dźwięk wywołany wyładowaniem jakiejś energii; Baryła poczuł przeraźliwe zimno w palcach - tasak był cały w lodzie! Upuszczony, rozbił się na tysiąc kawałków. Sub-Zero wynurzył się zza kuchennego stołu. - Nie ruszaj się tak gwałtownie! Mogłem trafić w ciebie - powiedział surowo - Nie chcę mieć na sumieniu niepotrzebnych morderstw. - Akurat!! - wyszczękał zębami Baryła, kuląc się pod ścianą. Obaj prześladowcy otoczyli go. - Nie ma czasu na długie rozmowy - Shang Tsung naprawdę starał się go uspokoić - Musisz nas wysłuchać. Rayden kłamie! Wiemy, że zdążyłeś już przejść niezłe pranie mózgu, ale prawda jest taka, że to on i jego banda chcą zniszczyć Ziemię. - Nie rozśmieszaj mnie! - Nie jest mi do śmiechu. Po wojnie z Raydenem nasz świat zmienił się w ruinę, ale wraz z garstką ocalałych wojowników postanowiliśmy nie dopuścić, aby ten rzeźnik zrobił to samo z Ziemią. - Jak śmiesz, ty złamańcu! - krzyknął Baryła. Chciał nauczyć kłamcę szacunku do swego idola, ale Sub-Zero zerknął na niego ostrzegawczo. - To prawda! Rayden nie jest tym, za kogo się podaje. To faszystowski tyran, niszczy wszystko co nie odpowiada jego ideałom piękności. Outworld był naszym domem, dopóki nie zjawił się tam ten szaleniec z misją poszukiwania doskonałego świata. Teraz jest zrujnowany i wyludniony. Rayden dalej realizuje swoje chore plany, a do ich realizacji potrzebuje ciebie. - A i owszem! - wypalił Baryła - Powiedział mi to wczoraj! Uratował mnie przed waszymi siepaczami i włączył do swojego oddziału. Jestem teraz jednym z Obrońców Ziemi! Zniszczymy was, sukinsyny! - Biedny, głupi graczu komputerowy - czarownik pokręcił głową - Propaganda Raydena całkowicie omamiła twój umysł. Ktoś taki jak ty w jego oczach nie jest godzien walczyć u jego boku, ani wogóle żyć. Nie, Baryła... - Kłamiesz! - ... nie, nie. On chce jedynie drzemiącej w tobie Mocy. - Zgadza się! Jestem jednym z najlepszych wojowników i zależy mu na mnie! - Przestań na chwilę pleść te brednie i posłuchaj. Wiele lat temu, jeszcze przed pierwszym turniejem, nasz władca Shao Kahn uznał, że nasza garstka niedobitków nie wystarczy do obrony Ziemi przed Raydenem. Postanowiliśmy zdobyć rekrutów także na Ziemi. Rayden prowadził te praktyki od dawna, otaczając się oczywiście tylko ludźmi odpowiadającymi jego ideałom. Efektem naszej akcji było przyłączenie się Scorpiona i Reptile'a, ale to nie wszystko. Shao Kahn zebrał część swojej, mocno już nadszarpniętej w wojnie z Raydenem mocy i przekazał ją na Ziemię. Moc trafiła do kilkunastu przypadkowych ludzi, wnikając w nich i łącząc się z nimi. Miała dojrzewać w nich do czasu nadejścia odpowiedniej chwili, aby stali się prawdziwymi wojownikami, dzięki zwiększonym przez Moc umiejętnościom zdolnymi do walki z Raydenem. Właśnie TY jesteś jednym z tych, którzy ją otrzymali. - Bzdura! - Niestety Rayden dowiedział się o tym. Od czasu zakończenia trzeciego turnieju systematycznie wyłapuje posiadaczy Mocy i wysysa ją z nich, zwiększając swoją potęgę. Ty jesteś jednym z ostatnich. Na szczęście udało nam się dotrzeć do ciebie przed nim. - Niezła bajeczka - wycedził Baryła - Niestety ma mnóstwo słabych punktów. Byłem u niego już wczoraj! Skoro mnie miał, to dlaczego nie wyssał tej waszej mocy? - Pora nie była odpowiednia. Jutrzejszej nocy Księżyc wchodzi w znak Skorpiona; wówczas można odprawić tajemny rytuał, w czasie którego wyssie z ciebie moc Shao Kahna razem z wszelką pozostałą energią. Efektem ubocznym jest twoja śmierć. - To jakaś brednia! - Możesz mi wierzyć, znam się na magii. Gdyby nasze miasta i uczelnie jeszcze istniały, byłbym dziś doktorem nauk tajemnych siódmego stopnia. Cóż, co było a nie jest... - Shang pociągnął nosem - W każdym razie znaleźliśmy cię przed nim. Teraz musimy cię stąd zabrać. - A to niby dokąd? - Do naszej bazy, tam Rayden cię nie znajdzie. - Prędzej zginę, niż tam z tobą pójdę! - Och, myślałem że już to sobie wyjaśniliśmy? Właśnie tego chcemy uniknąć - westchnął Tsung - Musisz nam zaufać, jesteśmy twoimi przyjaciółmi. - Faktycznie! Scorpion i Reptile byli wczoraj cholernie przyjacielscy! - Oni już są tacy niedelikatni - wtrącił Sub-Zero - W ich klanie takie praktyki są na porządku dziennym. - PCScorpia też pewnie zabiliście z przyjaźni? - Sprawa z PCScorpiem jest nieco niemiła - Tsung zaczął drapać w zakłopotaniu wąsa -Przykro przyznać, ale był on agentem Raydena. - Nigdy jakoś nic mi nie mówił!... - Wiesz zapewne, że na usługach Raydena jest już kilka działających na Ziemi organizacji? Jedną z nich jest klan Lin Kuei. - Mój własny klan - rzucił ponuro niebieski ninja - Rayden skorumpował Radę Najstarszych i przejął władzę już dawno temu. To na jego polecenie zaczęli robić te eksperymenty z cyborgizacjami. Zmusili najlepszych wojowników, aby poddali się operacjom. Za to, że się z tym nie zgadzałem, skazano mnie na śmierć. To przez niego musiałem uciekać przed egzekutorami. Dlatego przyłączyłem się do Outworldu. - Chwali ci się to - odparł kwaśno Baryła. - Pół roku temu, pachołki o imionach Sektor i Smoke porwali PCScorpia do ukrytej bazy Lin Kuei - kontynuował Shang Tsung - Wszczepiono mu tam w mózg chip, dzięki któremu w pełni kontrolowali jego poczynania. Śledził cię od tego czasu i donosił o wszystkim Raydenowi. - Ten gapa szpiegiem? Zesram się raczej kaktusem, niż w to uwierzę. - Takie są fakty. Scorpio miał jednak od czasu do czasu przebłyski świadomości; korzystając z jednego z nich wysłaliśmy do niego list, w którym opisaliśmy całą sytuację. Niestety, dowiedzieliśmy się, że ludzie Raydena są już w pobliżu, dlatego wysłaliśmy trójkę naszych, aby przejęli was obu przed nim. Nie udało im się; dostali jednak PCScorpia. W tej chwili jest w naszej bazie; nasi ludzie wymontowują mu procesor. - Sranie w bambus! Widziałem jak Scorpion go spalił! - Nic podobnego, widziałeś tylko teleportację. W każdym razie, zdążył przekazać ci płytę z informacjami? - Znowu słaby punkt bajeczki! Reptile zabrał mi ją, kiedy mnie napadliście! - Co takiego? - pozbawione tęczówek oczy Tsunga rozbłysły autentycznym zdziwieniem. Spojrzał na Suba; ten wzruszył ramionami - Na pewno tego nie zrobił - powiedział. - To co się z nią stało? Ja jej na pewno nie mam. - Tego już nie wiem. Skoro jednak ty wiesz już wszystko, możemy ruszać. Chodź! - Nigdy!! - Baryła odskoczył. Rękami szukał szuflady z nożami kuchennymi. - Czy nie rozumiesz, że chcemy ci pomóc? - Sub-Zero tłumaczył łagodnie, niczym wściekłemu dziecku - Jesteśmy po twojej stronie. - Wsadźcie sobie w d... waszą stronę! Ratunku! Na pomoc! Rayden, Liu, Johnny! Help!!! Wrzask Baryły jeszcze nie przebrzmiał, gdy zagłuszył go huk. Huk kredensu wpadającego do mieszkania razem z drzwiami, wywalonymi potężnym kopniakiem. W pozostałym po nich otworze ukazało się dwóch mężczyzn. - Tam są! Wyrzutek Zero jest twój! - polecił Liu Kang, bez zbędnych uprzejmości wskakując o środka i od razu z wściekłym okrzykiem skoczył z wysuniętą nogą w stronę Shang Tsunga. Ten nie był jednak pozbawiony refleksu; tak samo płynnie, jak poprzednio przeszedł w siebie samego z postaci PCScorpia, tak teraz, tyle że tysiąc razy szybciej, przeistoczył się w samego Raydena. Przeteleportował się natychmiast w drugi kąt kuchni i wyskok Kanga dosięgnął jedynie szafki ze sztućcami, rozkładając ją w całości na czynniki pierwsze. - Z drogi, śledzie! - krzyknął Johnny Cage, wbiegając w ślad za nim. Ninja rozumiejąc, że to on jest jego celem, błyskawicznie wykonał wślizg. Gwiazdor zrobił fikołka w powietrzu i wyrżnął w kuchenkę elektryczną. - To ci nie przejdzie! - oświadczył wstając. Rozgorzała walka. - Jesteście w samą porę! - krzyknął Baryła uciekając do przedpokoju. - Nie odchodź, zaraz zabierzemy cię do Raydena! - odkrzyknął Liu Kang, unikając błyskawicy wypuszczonej właśnie przez podróbkę wyżej wymienionego. - Po moim trupie! - syknął Tsung. Powracając znów do własnej postaci, wyprowadził dwie ogniste czachy. W związku z tym, iż Kang uskoczył, wywaliły one tylko dziurę w ścianie działowej. Liu przemknął przez nią do pokoju Baryły, jego śmiertelny wróg podążył za nim. Bitwa podzieliła się teraz: Kang i Tsung toczyli pojedynek w pokoju, podczas gdy Cage i Sub-Zero kontynuowali walkę w kuchni. Baryła leżąc na podłodze w przedpokoju mógł się jedynie modlić o to, aby dobra strona zwyciężyła i jak najszybciej zabrała go do przyjaciół. Liu Kang wbiegając do pokoju ukrył się; gdy Shang Tsung wszedł tam za nim, z zaskoczenia rąbnął go w głowę. Skopał go następnie dotkliwie, złapał za kark i z całej siły walił głową czarodzieja o ścianę; w końcu cisnął nim o oblepioną plakatami szafę. Przyparł go do niej i zaczął dusić. - Nie przypuszczałem, że pójdzie tak łatwo. Koniec z tobą, ty... - warczał. Jednak za kolejnym ruchem ręki zorientował się, że ściska za gardło samego siebie... Szok zatrzymał go na chwilę, to wystarczyło. Tsung potężnie uderzył go w czoło z bańki; ogłuszonego kopnął w brzuch i pchnął na stół. Odszedł od szafy, odlepiając od niej przyklejony z powodu krwi plakat z gołą Chun-Li. - Ten psychologiczny chwyt zawsze działa - mruknął z zadowoleniem - Dalej, broń się! Walka stała się teraz jeszcze trudniejsza do relacjonowania, gdyż walczyło ze sobą dwóch Liu Kangów. Różnili się tylko kolorem opaski - transformacje Shanga zawsze odbiegały od perfekcji w jakimś detalu. Jeden miał opaskę czerwoną, drugi zieloną. Baryła jak na złość nie zauważył przy jego wejściu, jaką opaskę nosił autentyczny Liu Kang, ale z gier pamiętał przecież wszystko... - Łotrze! - krzyknął Kang w czerwonej opasce, kopniakiem posyłając swój duplikat w stronę półek. Kang w zielonej rozwalił regał, rozrzucając piętrzący się tam stos czasopism komputerowych, ale zaraz skokiem wrócił do walki. Obaj z furią wymieniali ciosy, co chwila twarde pięści i metalowe obręcze na przegubach zostawiały ślady na ich torsach. Wreszcie wojownik w czerwonej uzyskał przewagę; uderzył przeciwnika w samo czoło tak, że ów zachwiał się na moment, Kang rzucił go wtedy w kierunku biurka z komputerem. Ukochany sprzęt podskoczył gwałtownie; pad spadł na podłogę, wypadła szuflada z płytami. Kang w zielonej był jeszcze mniej od Baryły zadowolony z tego obrotu sprawy. Tocząc z ust ślinę, wstał i znienacka złożył ręce w charakterystyczny sposób. Wystrzeliła z nich kula ognista. Jego przeciwnik zdążył zasłonić się; pocisk rozbił się na chronionych stalą przegubach, ale eksplozja wybiła go z pozycji stojącej. Na to czekał Kang w zielonej opasce; dopadł i kopnął leżącego kilka razy w brzuch i żebra. Przycisnąwszy stopą jego tułów do podłogi, Tsung - Baryła był już pewien, że to właśnie był on - złapał następnie za przewrócony monitor. Najwyraźniej zamierzał rozkwasić nim głowę Liu Kanga. - Nie mój monitor - poprosił cichutko Baryła. W czasie tych mrożących krew w żyłach wydarzeń, nie mniej ciekawy pojedynek rozgrywał się w kuchni. Cage i Sub-Zero byli obaj świetnie wyszkoleni; przez jakiś czas bardzo sprawnie wymieniali ciosy i bloki. Wreszcie ninja wskoczył na stół; uniknąwszy kilku ciosów zeskoczył z niego, wysuwając jednocześnie obie nogi do przodu. Cage został trafiony prosto w głowę, upadając rąbnął dodatkowo o kant stołu. Wściekłość orzeźwiła go bardzo szybko. - Koniec z fair-play - mruknął do siebie i gdy Sub-Zero uniósł nogę nie trafiając w cel, błyskawicznie wykonał szpagat i, ciosem wyćwiczonym już podczas pierwszego turnieju, uderzył go w odsłonięte krocze. Sub-Zero…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Mortal Kombat - the True Story — czytnik · opowiadania