rodzina · 7 min czytania
Motyl
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Poznajcie Zosię...
Wrzesień w tym roku był wyjątkowo ciepły i słoneczny. To wspaniale, że wciąż mogłam nosić swoje letnie sukienki. Lubiłam sukienki a najbardziej te z lekkich zwiewnych materiałów, kolorowe i kwieciste. Tego dnia wcześniej skończyłam prace. Plan miałam tak ułożony, że w środę wychodziłam ze szkoły już o jedenastej trzydzieści. Adaś w przedszkolu, Maciej w szkole a Wojciech… no przecież w pracy – uspokoiłam się w myślach. Skierowałam swoje kroki w stronę parku miejskiego, który znajdował się w pobliżu szkoły, w której pracowałam. Nie mówiąc nikomu i zupełnie sama, czasami po pracy przychodziłam w to miejsce i siadałam na mojej ulubionej drewnianej ławce. Tego dnia, wrześniowe słońce grzało przyjemnie a wiatr delikatnie rozwiewał mi włosy. Nie spieszyłam się nigdzie. Obiad miałam praktycznie gotowy i nic więcej do zrobienia w domu. Poza tym nie wiedziałam czy będę miała, komu go podać. Adaś to niejadek, Maciek pewnie zje w drodze ze szkoły jakąś pizzę a Wojciech – zamyśliłam się - nie wiadomo, kiedy wróci – dodałam w myślach po chwili. Usiadłam pod wielkim klonem, którego liście zaczęły już przybierać żółtawy odcień i bez zbytniego zaangażowania obserwowałam przechodzących ludzi. Alejką szła kobieta, wyglądała na bezdomną. Dźwigała wypchaną reklamówkę z napisem „Biedronka”, na plecach miała mały plecaczek a jej długa spódnica zamiatała pierwsze liście, które pomimo pięknej pogody spadły już z drzew i przypominały o nadchodzącej jesieni. Szła alejką w moim kierunku. Będąc o krok od ławki, na której siedziałam zatrzymała się. Pewnie chce pieniądze – pomyślałam – miałam zamiar ofiarować jej kilka złotych. Jednak ona nie odezwała się, spojrzała tylko i lekko kiwnęła głową dając do zrozumienia, że chciałaby tu usiąść. W okolicy było dużo wolnych ławek jednak kobieta wybrała akurat to miejsce. Nie byłam zadowolona, w pierwszym odruchu chciałam zaprotestować, jednak nie wiedziałam jak powinnam to zrobić. Poczułam się zażenowana tą sytuacją. Kobieta nie czekając na odpowiedź usiadła. Nadal czułam się zdenerwowana, chyba nawet rozglądałam się nerwowo i chciałam wstać, już nawet lekko uniosłam się sięgając po torebkę. Spojrzałam wtedy w bok i zauważyłam ją siedzącą obok, zupełnie spokojną i rozluźnioną. Kobieta nie zwracała na mnie najmniejszej uwagi. Siedziała wystawiając twarz do słońca i uśmiechała się lekko. Ponownie poczułam się zawstydzona, ale teraz z innego powodu. Oparłam plecy. Próbowałam się rozluźnić jednak kątem oka zerkałam przez cały czas na siedzącą obok kobietę. Po chwili pozwoliłam sobie zamknąć oczy i zanurzyć się w tej chwili zwykłej przyjemności. Trwało to dłuższą chwilę, trudno określić ile. Jednak uznałam, że już dość. Mógłby ktoś z moich znajomych lub znajomych Wojciecha zobaczyć nas siedzące jak koleżanki. To wydało mi się bardzo niestosowne. Otworzyłam oczy, ponownie spojrzałam w bok. Moja torebka firmy Wittchen leżała obok brudnego plecaczka kobiety. Jakiś ostatni zbłąkany motyl, który powinien już dawno zasnąć lub odlecieć w swoją stronę przysiadł pomiędzy nimi. Wachlując skrzydłami, dotykał torebki i plecaczka będąc czymś w rodzaju zwodzonego mostu. Ona,…