Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Rodzina · 35 min czytania

Motyl, który zbawił świat.

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

MOTYL, KTÓRY ZBAWIŁ ŚWIAT

Leżał na dachu starego budynku zasłaniając oczy przed żarłocznymi promieniami brazylijskiego słońca. Skóra zdążyła mu już przylgnąć do zaciśniętych powiek a nozdrza od dłuższego czasu wypełniał odór potu. Wyczuwał każdą cząstkę swojego ciała: chude, długie nogi wyciągnięte na gorącym asfalcie, szybko falującą, wypełnioną dziwnym bólem i napięciem klatkę piersiową i zdrętwiałą od twardości dachu głowę, głowę pokrytą szczeciną bujnych, kręconych włosów schowaną, rzekłbyś skuloną, pod ramionami ciemnoskórych rąk, próbującą osłonić się od żaru słonecznego. Dzień był słoneczny, pogodny, upalny, jak większość dni w Brazylii. Wokół faweli słychać było gwar przejeżdżających, starych samochodów, ryk mułów i wielbłądów poganianych przez utrudzonych handlarzy oraz odgłosy przechodniów dobiegające z niezliczonych targów i straganów w Rocinhi. Minęło jednak dopiero południe, co oznaczało, że godziny najżywszego handlu i największego ruchu na wąskich ulicach miasteczka rozpoczną się dopiero za około dziesięć godzin, gdy słońce schowa się za horyzont a handlarze i turyści wychyną ze swoich domów i hoteli. Ale Thiaga tamtego dnia nie interesowały te odległe, nic nieznaczące sprawy. Owszem, leżąc kolejną godzinę na dachu swojego domu wsłuchiwał się w dochodzące z dołu, wciskające się w szczelinę pomiędzy jego ramionami a asfaltem odgłosy miejskiego życia, owszem, te dźwięki niejako przynosiły mu nieco ulgi i pozwalały wciąż trzymać się nadziei, że nie jest sam i że wciąż potrafi nawiązać kontakt z innymi ludźmi i co prawda spodziewał się, że matka pośle go dzisiaj wieczorem do pobliskiego sklepu kupić trochę chleba i owoców, teraz jednak owe znaki zewnętrznej egzystencji nie stanowiły dla niego niczego więcej jak tylko nic nieznaczącego tła, zbioru bezosobowych dźwięków, tworzących jedynie szum z tyłu jego głowy. Spróbował się poruszyć, zdał sobie jednak sprawę, że jak tylko zaczął podnosić ramiona, promienie słońca brutalnie wbiły się w pole jego widzenia, toteż ponownie opadł na plecy i jeszcze silniej zacisnął powieki. Po chwili pomyślał, że dobrze mu się leży i że wcale nie ma jeszcze zamiaru wstawać. Ponownie wsłuchał się w dźwięki, w szum miejskiego życia i kolejny zadał sobie te same pytania. A one znowu bezlitośnie zaatakowały go ze wszystkich stron, osaczając i nie pozostawiając żadnej drogi ucieczki a Thiago wiedział, że musi sobie na nie w końcu odpowiedzieć. Mgliście zdawał sobie sprawę, że w tym wieku nie jest w stanie udzielić dobrych odpowiedzi i że nikt też od niego ich nie oczekiwał. Ale wiedział również, że sam musi dokonać tego wyboru, że to od niego w tym momencie wszystko zależało i że nikt nie mógł mu w tym pomóc poza nim samym i jego sercem. „Ale jakże jest mi ciężko to postanowić!” – pomyślał w rozpaczy po kilku minutach, wciąż leżąc w tej samej pozycji na dachu swojego domu i wciąż zmagając się z udzieleniem prawidłowej odpowiedzi. Jakby na chwilę próbując oderwać się od tych mrocznych rozmyślań, obrócił głowę i ułożył ją bokiem na asfalcie. Była cała zdrętwiała i zabolała go przy poruszeniu; usłyszał odgłos przekręcanych ścięgien. Wiedząc, że słońce już go teraz nie porazi, wolno otworzył oczy. Jego oczom ukazał się obrócony o dziewięćdziesiąt stopni krajobraz wynędzniałej, spalonej dotkliwym słońcem Rocinhi rozciągający się poza powierzchnią brunatnego dachu. Thiago zmrużył oczy, próbując nie rozproszyć się tym widokiem i skupić na tym co najważniejsze, ale w tym momencie jakiś dziwny, żółty kształt przeciął pole jego widzenia. Rozwarł powieki, ciekawy cóż to mogło być. Zobaczył małego, żółtego motyla o czarnych wzorkach na skrzydłach, który właśnie przysiadł leniwie na dachu. Momentalnie rozwarł oczy jeszcze szerzej i zdjął ramiona z głowy. Gdy podnosił się z ziemi poczuł jak gorące promienie słońca ponownie wpijają mu w się w skórę, nie zwrócił jednak na to uwagi, gdyż w jednej chwili całą jego świadomość pochłonęła delikatna sylwetka ujrzanego motyla. Nie był w stanie powiedzieć dokładnie co, ale coś było w niej takiego, w delikatnym trzepotaniu tych żółto-czarnych skrzydeł, w ulotnym, trudno uchwytnym jak sam motyl uroku tego stworzenia, co momentalnie wytrąciło Thiaga z jego odrętwienia i apatii, w której tkwił od kilku godzin i w którą był zmuszony pogrążać się każdego dnia od niespełna miesiąca. Gdyby motyl miał dar świadomości własnego istnienia i inteligencji charakterystycznej dla ludzkich umysłów zapewne zadziwiłby się, gdyby ujrzał jaka przemiana w jednej chwili nastąpiła w tym ośmio-, może dziewięcioletnim niskim, ciemnoskórym chłopcu o bujnej czuprynie. Jego dorodne różowe usta rozszerzyły się w zdziwieniu, chude policzki zapadły jeszcze bardziej, a powieki ciemnoniebieskich oczu napełniły się wilgotną mgiełką. Wszystkie wychudzone kończyny napięły mu się w tym jednym, doniosłym wysiłku zrozumienia cudowności motyla, a zawieszone na nich łachmany, jakby na chwilę przestały być łachmanami, bo w ogóle przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. Następnie motyl zapewne przeraziłby się tą przedziwną przemianą i przestraszył tej dziwnej dużej istoty ludzkiej, która ni stąd ni z owąd zwróciła na niego taką uwagę. Odleciałby więc jak najdalej, tak jak i teraz to zrobił, postanawiając znaleźć sobie jakieś spokojniejsze miejsce do odpoczynku od nieznośnego gwaru ludzkiego z ulic poniżej. Stało się to nagle, w ułamku sekundy, nim Thiago zdążył choćby odetchnąć po doznanym szoku. Spróbował podbiec i złapać uciekającego motyla, ten jednak był już za wysoko i szybko się oddalał od dachu budynku. Chłopiec mógł jedynie przez chwilę wpatrywać się w znikające czarne wzorki na skrzydłach motyla, tak odcinające się od błękitnego tła czystego nieba, w ten specyficzny rodzaj szybowania ulotnego stworzenia i trzepoczące na lekkim wietrze płaskie skrzydła. Takoż ze wzbierającym sercem wpatrywał się w to wszystko, dopóki motyl nie zmalał do rozmiarów żółtawego ziarenka, nie skręcił w locie i nie zniknął za ścianą jakiegoś innego budynku. A gdy odwrócił wzrok zdał sobie nagle sprawę, że pierwszy raz od tych wszystkich dni, ma odpowiedź na nurtujące go pytanie. Odpowiedź przyszła sama, bez udziału jego woli i świadomości, jakby ukradkiem wkradła się gdzieś tylnymi drzwiami do jego mózgu, gdy podziwiał kształt siedzącego owada. Rozświetliła mu umysł nieznanym dotąd światłem słuszności i rozsądku, a on od razu zrozumiał, że jest właściwa, naturalna, pochodząca sama od siebie i że nie potrzebuje już szukać innej. Uśmiechnął się i zdał sobie sprawę, że dziwnie się czuje z tym wyrazem twarzy na ustach. Ułożenie ścięgien jakoś mu nie pasowało i skądś wiedział, że gdyby spojrzał teraz na siebie w lustrze, to z trudem by siebie poznał. Gdyby był starszy to by wiedział, że ludzie, którzy od miesiąca ani razu się nie uśmiechali, właśnie tak się czują, gdy uśmiech w końcu zagości na ich ustach. Z podejrzanym uczuciem lekkości na duchu i w nogach Thiago odwrócił się od przygnębiającego krajobrazu starej faweli i podskakując z radości skierował się do dziury w powierzchni dachu prowadzącej do wnętrza jego mieszkania.

* * *

Ostrze widelca delikatnie ukłuło ją w palec, gdy Yara obróciła naczynie pod wodą, próbując umyć je pod nieco innym kątem. Prawie nie zwróciła na to uwagi, pogrążona w swoich myślach, zaledwie machinalnie poruszając zniszczonymi dłońmi pod wodą i próbując zmyć tygodniowy brud z naczyń. Jednostajny szum płynącej z kranu wody oraz brzęk uderzanego o siebie pod wodą metalu i porcelany wypełniał kuchnię głośnym, miłym dla ucha odgłosem domowej pracy, a zapach płynów do mycia naczyń potęgował jeszcze to wrażenie. Niemniej podobnie jak jej syn leżący na górze, po drugiej stronie powierzchni kuchennego sufitu, do Yary również nie docierała świadomość ani tych dźwięków, ani zapachów ani nawet w całości pozycji w jakiej znajdowało się jej ciało. Nieledwie zdawała sobie sprawę, że od dłuższego czasu stoi w fartuchu przy zlewie zmywając naczynia, bezwiednie manipulując ich pozycjami, kształtem i długością pod powierzchnią brudnej wody i skrywającej ją piany pochodzącej ze środków czyszczących. Jej myśli były bowiem skupione na strefie znajdującej się dokładnie nad nią, czyli na dachu jej mieszkania. Wiedziała, że Thiago znów tam jest i sama myśl co ten chłopiec musiał tam przeżywać wywoływała dziwną galaretowatość jej nóg i mglistość spojrzenia utkwionego w brudnoszarych powierzchniach kuchennej wody. Jak sobie radził z podjęciem tej straszliwej decyzji? Czy w ogóle sobie poradzi? Czy kiedy codziennie wychodzi tam na górę i kładzie się na tym asfalcie to czy o tym myśli czy może jego umysł sam już dawno zrezygnował z prób znalezienia właściwej odpowiedzi? I dlaczego ona, ona nie była w stanie mu w tym pomóc, dlaczego? Poczuła znajomy ucisk w brzuchu, jakby ktoś zaciskał jej pętlę naokoło talii i dusił. Dobrze wiedziała co teraz nastąpi – nagły zawrót głowy, słabość kolan, szybszy oddech. Obraz zawirował jej przed oczami. Szybkim ruchem wyciągnęła mokre ręce z wody i uchwyciła się szafki, bojąc się przewrócić. Drugą dłonią przytrzymała się przepony i zaczęła uspokajać oddech. Zamknęła oczy, siłą woli nakazując swojemu polu widzenia, aby przestał wirować jak szalony i aby pozwolił jej dokończyć zmywanie… Mogła mu pomóc, powinna mu pomóc. Nie umiała mu pomóc. Co z niej za matka, jeśli nie potrafi pomóc swojemu dziecku w podjęciu tak fundamentalnych decyzji? Ale jak ma mu pomóc, no jak, skoro ona sama jest częścią pytania, którym zamęcza się ten biedny chłopiec…? Za każdym razem, gdy traciła kontrolę nad swoim umysłem a myśli wymykały jej się spod kontroli i wędrowały w stronę Thiaga robiło jej się słabo, a nieraz prawie mdlała. To zapewne oznaki nerwicy. Była jednak na dobrej drodze do opanowania tego – nauczyła się już odwracać swoją uwagę pobocznymi myślami, zajmować się błahymi czynnościami, czymkolwiek, aby tylko nie myśleć o synu, aby nie zamęczać go swoją obecnością i pozwolić mu rozważyć to, co musiał rozważyć. Ale czasem, tylko czasem, po prostu nie była w stanie dłużej trzymać tego w sobie. Woda nadal lała się z kranu wywołując bulgotanie płynu do mycia naczyń. W zlewie wciąż znajdowały się dwa talerze, cztery szklanki i kilka sztuk sztućców. Uspokoiwszy się już całkowicie spojrzała na całe to wodne piekiełko z odrazą. Machinalnym ruchem zlustrowała też całą swoją obskurną kuchnię niewidzącym wzrokiem, jakby jeszcze próbowała znaleźć wokół siebie coś, co odsunęłoby perspektywę dalszego przeklętego zmywania. Niczego jednak takiego nie znalazłszy, odjęła dłonie od szafy i brzucha i wznowiła czynność. Lecz nie zdążyła nawet uchwycić jakiegoś naczynia, nie zdążyła przestawić toru swoich myśli na wtórną apatię, gdy jej uszu dobiegł odgłos schodzenia z drabiny z korytarza po prawej stronie. Momentalnie dokonała się przemiana w całej jej figurze. O ile jej piękna, latynoska twarz należąca do jeszcze nie trzydziestoletniej kobiety nie zmieniła jakoś specjalnie wyrazu o tyle zniszczone pracami domowymi ręce, długie, piękne nogi, brzuch i szyja na sekundę napięły się do granic możliwości, aby przy pomocy kilku prostych czynności owo napięcie rozładować. Tymi czynnościami były kolejno: wyciągnięcie rąk ze zlewu, wytarcie ich o pobliski ręcznik, nerwowe wygładzenie fartucha na piersi, zakręcenie kurka i próba przywołania bladego uśmiechu na oblicze pięknej, umęczonej twarzy. Próba niemal się udała – matczyny uśmiech rozjaśnił to opalone, kobiece oblicze naznaczone dojrzałymi, czerwonymi ustami i długim kształtem niebieskich oczu, ozdobione długimi, czarnymi włosami prosto opadającymi na plecy. Nawet zniszczone zmywaniem ręce miały w sobie pewien urok, a zgrabna, smukła sylwetka sprawiała wrażenie jakby pasowała do każdego ubioru, nawet do stroju gospodyni domowej w jaki teraz była przyodziana. Tak chyba pomyślał też Thiago, gdy wszedł do kuchni gdyż ujrzawszy matkę jego wciąż uśmiechnięta twarz rozjaśniła się jeszcze bardziej. Ciepły, pogodny, choć nieco zmęczony i smutny uśmiech pani Yary dodał mu otuchy przed tym co miał powiedzieć, a i miał wrażenie, że matka również trochę się rozpogodziła, gdy pierwszy raz od miesiąca ujrzała uśmiech na twarzy syna. Takoż Thiago zatrzymał się w progu pomieszczenia i stał tam przez chwilę, jakby chcąc coś powiedzieć, ale nie mogąc się przemóc. Yara kolejny raz rozrzewniła się widząc jak piękny jest jej syn. Tak się cieszyła, że znowu się uśmiecha, tak bardzo się cieszyła… ostatnio rozmawiali ze sobą coraz mniej i z rozpaczą obserwowała jak z każdym dniem stawał się coraz bardziej ponury i zamknięty w sobie, coraz bardziej oddalał się od niej i zagłębiał w swoich czarnych myślach, w swoim nieznośnym dylemacie. - Już wiem, mamo – rzekł chłopiec z progu. – Zostanę z tobą. Tak. Właśnie tak postanowiłem i tak zrobię. W zewnętrznym stanie psychicznym Yary trudno było dostrzec jakiekolwiek zmiany, gdy usłyszała to stwierdzenie, jednak w wewnętrznym dokonało się kilka rzeczy jednocześnie i to tak szybko, że nawet ona sama nie była zdolna wychwycić wszystkich. Najpierw poczuła jak zabrakło jej oddechu i znowu ma ochotę się dusić, tym razem jednak rodzaj bodźca, który spowodował ten stan był całkowicie odmienny, żeby nie rzec przeciwstawny, od poprzedniego. Następnie przed oczami ujrzała mnóstwo mglistych kolorów, trochę przypominających paletę tęczy, a trochę brazylijskich traw, gdy odbija się w nich promień zachodzącego słońca. Chwilę później przestała zdawać sobie sprawę, że ma ciało, bo miała wrażenie, że niezmierzona radość unosi ją nad kuchnię w kierunku syna, aby go przytulić i przemówić do niego czułymi słowami. A potem, na sam koniec, wszystko minęło, pozostała tylko ona i Thiago, ich uśmiechy i ich wspólna radość, której nie czuli od tak dawna, a którą wystarczyło znów przywołać tymi prostymi słowami „zostanę z tobą”. Zawiesiła się na tym uczuciu i obrazie, przez ułamek sekundy napawając się nim i sycąc, tak, żeby starczył jej na całą wieczność. Wszystkie te uczucia przeleciały przez jej duszę tak szybko, że Bóg nie zdążyłby w tym czasie tchnąć życia choćby w listek martwego brazylijskiego kwiatu. Ale z zewnątrz było widać jedynie jej trochę szerszy uśmiech, gdy usłyszała deklarację syna. Wiedziała, że nie musi robić nic więcej, że ona i Thiago w tym momencie rozumieli się bez słów i że nie były jej potrzebne. - Jesteś tego pewien, synku? – zapytała tylko. – To decyzja na wiele przyszłych lat. Jej głos przypominał Thiago szum Oceanu Atlantyckiego. - Jestem, jestem, mamo. Tak postanowiłem i tak zrobię. - Rozumiem… Chcesz, żebym teraz zadzwoniła do taty i mu powiedziała? - Może później trochę, co? Chyba jest teraz jeszcze zajęty, a potem wraca do domu… - Dobrze więc, później. Thiago odwrócił się i wyszedł z kuchni. Yara skierowawszy się w stronę zlewu zdała sobie sprawę, że ręce jej drżą. - Thiago? – zawołała słabym głosem. Chłopiec wrócił się. – Dlaczego ja, a nie on? Jej syn przekręcił głowę o dziewięćdziesiąt stopni, z ciekawością tak charakterystyczną dla jego wieku, jakby nagle przyszło mu do głowy badać jakieś ciekawe zjawisko czy fenomen. Po chwili powiedział: - Wiesz, że kiedy się uśmiechasz przypominasz motyla?

* * *

Zmierzchające niebo koloru ciemnego granatu rozpostarło swe podwoje nad suchą, nagą brazylijską ziemią i ukradkiem przeciągniętą przez nią drogą, prowadzącą z Rio de Janeiro na wschodnie wybrzeże. Połowa słońca, zmęczonego całodzienną wędrówką po niebie, schowała się już za horyzont nadając drugiej połowie intensywny, złoty poblask ozdobiony szkarłatną obwódką i rzucający swe niebiańskie światło na ziemie poniżej. Wszystko zdawało się znikać i rozpływać w tej złotej poświacie falującej pod purpurowym sklepieniem, jakby cały świat kładł się do snu. Wokół drogi nie było widać żadnych przechodniów, zwierząt, miasteczek czy choćby przydrożnych zajazdów; jedynie w oddali światło zmierzchu załamywało się na wzgórzach Wyżyny Brazylijskiej, a położone wiele kilometrów dalej miasteczka odznaczały się na tle pustyni mrocznymi, kanciastymi sylwetkami budynków. Po drodze mknął z dużą prędkością pewien szary, malutki kształt. Zachodzące słońce zdawało się rozpalać swym blaskiem przednią szybę samochodu przemierzającego pustynną, śpiącą drogę, a pomimo godzin wieczornych i włączonej klimatyzacji temperatura panująca w pojeździe sięgała niemal trzydziestu stopni Celsjusza. Dinho musiał nieustannie wachlować się zwiniętym zwitkiem porannej gazety, żeby utrzymać jaką taką przytomność umysłu i nie rozbić się o jakiś przydrożny kaktus. Przyszło mu do głowy, że brazylijskie drogi przypominają brzydkie, rzucające się w oczy szare taśmy, którymi zaklejono pogrążoną w ciemnościach makietę pustyni. Ciągnące się w nieskończoność, zawiłe i zdradzieckie nitki ulic zawieszone w nicości płaskowyżu i majaczących w oddali wzgórz musiały z góry wyglądać wyjątkowo nienaturalnie. Tak jakby jedna ręka stworzyła właśnie je, a druga otaczający je krajobraz. Pomyślał też, że ten komu nie było dane zobaczyć czegoś takiego, nigdy nie zrozumie ciężkiej, realistycznej cudowności tych ziem i tej bezkresnej, pomarańczowo-żółto-szarej pustki ciągnącej się w

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%