Fantasy · 52 min czytania
Motyl w kolorze krwi
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Strażnicy starali się zatrzymać napierający tłum. Krzyczeli głośno, odpychając zaciekawioną tłuszczę drzewcami halabard. Bronili, leżącego w wielkiej kałuży krwi, człowieka. A raczej tego, co z niego zostało. - Nie ma tu nic do oglądania, chamy! – wrzeszczał przeciągle dowódca straży. – Odstąpcie, na litość Boską! To nie wasza sprawa! - Jak nie nasza – odkrzyknął ktoś z tłumu – jak to nasz wójt cały we krwi leży! Ludzie widocznie poglądy mieli podobne do krzykacza, gdyż natarli mocniej. Tłuszcza, składająca się z mieszkańców wioski – niewykształconych, brudnych chłopów - nie dawała za wygraną. Otaczała broniących ciała strażników. Całe zdarzenie miało miejsce w środku lasu, na polanie. Między ludźmi począł przepychać się mężczyzna w czarnym, drelichowym płaszczu. Klął szpetnie, roztrącając ściskających go wieśniaków. - Przepuście mnie! Do cholery jasnej! – krzyczał. Jakieś grube łapsko capnęło go za ramię. - Chwila, ponie! – czyjś niski głos zabrzęczał mu koło ucha. – A pon dokąd się wybiera, hę? Właścicielką owej pulchnej dłoni okazała się równie puszysta kobieta o szmaragdowych oczach. Nie można jej było uznać ani za młodą, ani tym bardziej za ładną. Lata swej świetności musiała mieć, o ile w ogóle miała, dawno za sobą. - Detektyw Turm – warknął mężczyzna, strącając tłuste łapsko z ramienia. – A teraz, wybaczy pani… Nim zdążyła cokolwiek zrobić, nim zdążyła się w ogóle odezwać, detektyw już niknął w tłumie. Zagubił się w zgiełku, połknął go chaos kłębiących się ciał. Dął silny wiatr, płaszcze i sukienki zebranych ludzi trzepotały głośno, powiewając niczym chorągwie. Słońce chyliło się ku zachodowi, promienie zalewały polanę ciepłym, mandarynkowym światłem. Niebo było czyste, bezchmurne, przy horyzoncie nasączone barwą pomarańczy. Panował zgiełk i hałas, ludzie przekrzykiwali się wzajemnie. Kiedy wreszcie Turm stanął w kręgu bronionym przez strażników i zobaczył leżące ciało, mimowolnie odwrócił wzrok. Z dwóch powodów. Po pierwsze: szczątki były szczątkami w dosłownym tego słowa znaczeniu. Ciało było tak poharatane, tak przeorane i tak zakrwawione, że ciężko było jednoznacznie oznajmić – „to człowiek”. Drugi powód sprawił, że serce detektywa zabiło mocniej. Widział już tę scenę. Śniła mu się. Dokładnie noc przed morderstwem. Ktoś chrząknął. - Detektywie? – rozległ się głos dowódcy, tuż za jego plecami. - Mhm? - Przy ciele znaleźliśmy to. Serce Turma na chwilę jeszcze zamarło. Myśli jeszcze na chwilę pobiegły w kierunku wspomnień. A później wróciły do drżącego w rycerskiej dłoni, małego truchełka motyla. - Motyl… Moja matka… Strażnik odchrząknął raz jeszcze. - Słucham? – Dowódca zatopił wzrok w rozmarzonych oczach detektywa. Michał Turm postawił kołnierz płaszcza, roztarł dłonie. I spojrzał się ponownie na strażnika. Oczyma pełnymi trzeźwości. - Moja matka kochała motyle. Tłum napierał.
•
Praca była czasochłonna i uciążliwa. Turm siedział w swoim gabinecie, zatopiony w fotelu już od dobrych paru godzin. Za oknem cykały świerszcze, czasem pohukiwała sowa, sporadycznie dało się słyszeć skrzek żaby. Jedyne światło zapewniały trzy, mocno nadpalone już, świece. Z ich knotów sączyło się mizerne światło, zalewało delikatnym blaskiem okolice biurka, rzucało długi cień zgarbionej nad blatem postaci. Pióro, którym detektyw od czasu do czasu notował coś na kawałku papieru, skrzypiało pod naciskiem. Stary smok chrapał spokojnie, ułożony na czerwonej poduszce. Zegar, powieszony nad posłaniem stwora, złowieszczo tykał. „Czas się kończy… Za parę godzin świtać będzie.” – myślał detektyw, wsłuchując się w rytmiczną melodię wskazówek zegara. Przed nim, na blacie, leżał martwy motylek. Wiatr, wlatujący do środka pokoju przez uchylone okno, targał jego skrzydełkami. Jakby znów chciały wzbić się w powietrze. „Myśl, Michał, myśl… Jedyną poszlaką jest ten mały motylek. To koniec sznurka, po którym dojdziesz do kłębka. Musisz przedostać się do centrum labiryntu i pokonać Minotaura. Myśl. Motylek. Motyl. Motylątko. Nie ma żadnych dowodów. Tylko ten cholerny insekt. Żeby chociaż zabójca pozostawił jakikolwiek ślad, choć cienką nitkę z ubrania! Nic. Nic nie da się z tego ułożyć. Jak zimno… Trzeba zamknąć okno. Zimno. Motyl. Motylek. Malutki. Chodź do mnie… Chodź do taty. Motylku! Matka… uwielbiała… motyle… Nie mogę… zasnąć… Nie mogę.” Zasnął.
• Sen przyniósł ukojenie. Nie można powiedzieć, że był dziwny, bo dziwność swą stracił, gdy śnił się Michałowi po raz trzeci. To było dawno temu. Od tamtej pory nawiedzał go co noc. Widział matkę, w białej, nieskazitelnej sukni, biegnącą ze śmiechem po zielonej łące. Widział słońce, zalewające jasnym blaskiem jej piękne lico. Widział jej perlisty uśmiech. A później widział masakrę. Widział sztylet zagłębiający się raz po raz w ciele starego, brodatego człowieka. Widział tryskające fontanny krwi. Zielona łąka w jednej chwili zalała się posoką, słońce skryło się za chmurami. Widział gasnące, przerażone oczy mężczyzny. Później widział te same oczy spadające na czerwoną trawę. Widział latające wokoło błękitne motylki. Jeden z nich upadł na zmasakrowane ciało. Nie poruszył się więcej. Pojawiła się matka. Z radosnym śmiechem obserwowała całe zdarzenie. Motylki! Jakie piękne motylki! Dziękuję ci! Dziękuje za twoje motyle! Są śliczne! Chcę mieć ich więcej! Przynieś mi motylka! Przynieś, proszę! Obudził się. • Ze snu wyrwała go wilgoć na twarzy. - Boże święty, krew! – wrzasnął i otworzył oczy. Liżący go smok cofnął się przerażony. Turm dotknął ręką twarzy i odetchnął z ulgą. Znajdował się na swym łóżku, przykryty grubą warstwą pierzyny. Smok machał radośnie ogonkiem i wpatrywał się w pana zawadiacko. - Już wychodzę, poczekaj chwilę – szepnął Michał, klepnąwszy zwierzę w czoło. Smok zajęczał. Słońce wpadało przez wysokie okno sypialni. Ptaki świergotały radośnie. Turm wstał z łóżka, naciągnął spodnie i koszulę, wzuł buty. Stanął przed lustrem, liznął się w rękę, przygładził zmierzwione włosy. Wtedy usłyszał głos. Cichy, ledwie słyszalny krok. Zareagował błyskawicznie. Doskoczył do łóżka, wyszarpnął leżący pod poduszką sztylet i stanął przy drzwiach. Wstrzymał oddech, zamarł. Przylgnął do ściany. Ptaki świergotały, nie przejmując się niczym. Drzwi, powoli, niemal niezauważalnie, poczęły się otwierać. Pot zrosił się detektywowi na czole. „Zaraz tu wejdzie…”, pomyślał. Kiedy niespodziewanie rozległ się głos, zadziałał odruchowo. Szarpnął za drzwi, przewrócił stojącego tam człowieka, zablokował mu ramię i przyłożył sztylet do szyi. - Panie! – wrzasnął leżący mężczyzna. – Ja tylko posłańcem jestem! Nie bij, panie, proszę! - Kto cię na mnie nasłał? – warknął Turm, mocniej przyciskając sztylet do ciała ofiary. - Panie, nie „nasłał”, jak to waść raczył ująć, a „przysłał” – tłumaczył się mężczyzna. – Ja od pana Michała Turowa jestem! - Co robisz w moim domu? - Powtarzam raz jeszcze panie, przysłał mnie pan Michał Turow! Błagam, nieco łagodniej z tym sztyletem! Detektyw wolną ręką starł pot z czoła. - Przepraszam. Muszę być gotowy na każdą okoliczność. Przepraszam za pytanie, ale jak pan się tu dostał? - Drzwi były otwarte. Proszę mi wybaczyć za to niespodziewane najście. A teraz, mam nadzieję, że pan zrozumie, czas nagli. Pan Turow kazał mi pana przyprowadzić jak najszybciej się da. Jest pan gotowy do drogi? Turm spojrzał się na jęczącego smoka. - Zaraz. Tylko z Burzą wyjdę. Posłaniec oddychał głęboko. - Jednakże… Czy mógłby pan ze mnie zejść? Dech mi zapiera. - Słucham? A, tak, już schodzę. Nie jęcz pan, jak baba. Taki ciężki nie byłem chyba, nie? Mężczyzna o szpakowatej twarzy spojrzał na Michała spode łba. - Lekki jak motylek waść był. Doprawdy. Lekki jak motylek…
• Lot smoka wygląda majestatycznie. Szerokie, niemal przezroczyste błony skrzydeł biją z rozmachem w powietrze. Stwór mknie przez niebo, przestaje machać skrzydłami, na chwilę opada, po czym znów wznosi się wyżej. Wygląda jak fala, pnąca się w górę, wydawałoby się nieskończenie wysoko, a później, zupełnie niespodziewanie, opadająca. „Bez wątpienia smoki to piękne stworzenia”, myślał Turm, wpatrzony we własne zwierzę, szybujące beztrosko po niebie. I rzeczywiście, trudno było znaleźć coś piękniejszego w całym Flüglandzie. Można by szukać czegoś takiego wśród każdej rasy, zamieszkującej wyspę. Mieszkające na południu, za rzeką Schlägt i pasmem gór Tollskich, okolone długimi, wartkimi rzekami, Niskoczłeki powiedziałaby, że piękniejsze od smoka jest złoto, lub ewentualnie srebro, a później poszczułyby cię ogarami. Żyjące we wszystkich lasach, to jest, na zachodzie, tuż przy morzu, na południowym-wschodzie i w centrum, Älfowie rzekliby, że piękniejsze od smoka są drzewa i jelenie. Wojujące z Älfami Skreetche, wieczni myśliwi, człekokształtne lisy o chytrym, przenikliwym spojrzeniu, wyśmiałyby cię i wyjaśniły, że na świecie nie ma już nic pięknego. Zamieszkujący równiny i pola ludzie, po wypiciu sporego kufla piwa, powiedzieliby ci, bełkocząc pod nosem, że najpiękniejsza to jest, proszę ciebie, o, ta dzieweczka w kącie. A spójrz tylko na jej zgrabne nóżki! Orkowie, służący u ludzi, stwierdziliby, że najpiękniejsza na świecie jest wolność. Ale mało która rasa docenia smoki. Tylko niektórzy, bogatsi, ludzie. Tylko, co bardziej szaleni, Älfowie. I niektóre Niskoczłeki, jeżeliby smok ten pracował w kopalni. A przecież to zwierzę jest takie cudowne! Tak wspaniale lata! - Panie detektywie, musimy się spieszyć – głos posłańca wyrwał Turma z zamyślenia. Skinął powoli głową i gwizdnął głośno, wzywając swego pupila. Smok wylądował na trawie, pomachał ogonem i wmaszerował do domu. Detektyw zamknął drzwi na klucz i ruszył za posłańcem, przez ścieżkę, która przecinała ogród jego rezydencji jak długi, elegancki sztylet. Słońce powoli wznosiło się.
• Za żeliwnym płotem, otaczającym cały teren domu Turma, czekała na nich dorożka. Czarne, zaprzężone do powozu konie parskały głośno i stukały kopytami o ziemię. Na koźle siedział, zgarbiony nieco, Ork o topornych rysach twarzy. Spod krzaczastych brwi i wysuniętego czoła, patrzyły na zmierzającą ku niemu parę, dwoje zamglonych, brązowych oczu, pozbawione tęczówek. Stwór był postawny, dobrze zbudowany, w zielonych, ogromnych łapskach trzymał kurczowo lejce. Okutany był w obdrapany, brązowy płaszcz z wysokim kołnierzem. Woźnica skinął idącym głową. Chwilę później siedzieli już obaj w środku. Ork krzyknął coś w charkotliwym, dziwnym języku, smagnął batem grzbiety koni i powóz ruszył. Pojazd podskakiwał na wybojach, chybotało nim jak okrętem. Turm obserwował mijany, znany mu dobrze, krajobraz, przez małą, okrągłą szybkę. Jechali leśnym duktem, przez puszczę, która przylegała niemalże do terenu rezydencji detektywa. - Czy teraz powiesz mi, o co chodzi? – zapytał Turm posłańca, nie odwracając się. - Cóż, sam za dużo nie wiem, proszę pana. Ale jedno jest pewne. Zabili kolejnego. Detektyw aż się zachłysnął z wrażenia. - Na następny dzień! – wysapał, kręcąc głową. – Są szybcy. Niesamowicie. Kto zginął? - Zdaje się, że to był sekretarz pana Turowa – odpowiedział zgodnie z prawdą posłaniec. – Zaszlachtowali go nożem. - Gdzie? - Na peryferiach Svernheim. Niemalże, przepraszam za wyrażenie, pod dupą pana Turowa. Turm uśmiechnął się, zrozumiawszy jakiego rodzaju był ów posłaniec. Turow nazywał ich „ochotnikami z poboru”. Detektyw spróbował sobie przypomnieć , kiedy ostatnio widział się z Andrzejem Turowem, wójtem wioski Svernheim, w której się urodził i wychował. Z szybkiego obliczenia wynikło, że było to ponad siedem lat temu. Szmat czasu. Rozmawiał z nim wtedy o sprawie zaginionych brylantów najbogatszej mieszkanki miasta. Pamiętał, jakie było ich rozbawienie, gdy po paru godzinach ciężkiej pracy, kobieta przyszła i powiedziała, że brylant miała cały czas na szyi, lecz o tym zapomniała. Najpierw chcieli ją udusić gołymi rękoma, później przypiec na ogniu, a ostatecznie wybuchnęli gromkim śmiechem. Kobieta wyszła sfrustrowana. Pamiętał jego błyszczące, błękitne oczy i pożółkłe zęby, wyszczerzone w szerokim uśmiechu. I zmarszczki na policzkach, zabawnie pogłębiające się podczas śmiechu. Pamiętał jego czarne, długie włosy, lekko siwe przy skroniach. „Ciekawe, jak wygląda teraz, po tylu latach…”, pomyślał. - Hroghtä! Ïe! – wrzasnął Ork, popędzając konie. - Skąd go masz? – zaciekawił się Turm. - Hm? – posłaniec odkleił wzrok od szyby i spojrzał zdezorientowany na detektywa. - Skąd masz tego Orka? – powtórzył pytanie Turm. – Nie wygląda na zadowolonego. - Och, to nie mój Ork! – Posłaniec wzruszył ramionami. – To pana Turowa. - Aha, zapytam się go, jak tylko dojedziemy. Posłaniec zaciekawił się nieco sprawą. - Pan wybaczy, ale czy może pan jest z ruchu „Wyzwólmy ich”? – zagadnął. - Słucham? – Tym razem detektyw niedosłyszał, wpatrzony w mijane drzewa i krzaki. Rozmowa nie kleiła się. Posłaniec powtórzył pytanie. - Ach, nie, nie! – powiedział Turm. – Po prostu zastanawiam się nad kupnem… Posłaniec nie przyznał się, że należy do owej organizacji. Zmarszczył brwi i więcej nie odzywał się, może obrażony na detektywa za jego bestialstwo. Turm był z tego zadowolony, bo mógł w spokoju oglądać krajobraz. Droga była uciążliwa.
• Do Svernheim dotarli godzinę po południu. Dorożka mijała pierwsze zabudowania – wiejskie chałupy, domki, gospodarstwa. Czasami za płotem mijanego domu pojawiał się ogier. Obszczekiwał ich głośno, próbując zerwać się z trzymającego go łańcucha. - Wartët! Haïtarthak! Frâtanka seith! – warknął woźnica. Turm obiecał sobie, że później sprawdzi to w słowniku języka Orków. Parenaście minut później wiejskie domy ustąpiły miejsca wysokim, stylowym kamienicom, a leśną, wydeptaną drogę, zastąpił bruk. Kopyta stukały głośno. - Przejeżdżamy przez miasto? – zaciekawił się Turm, obserwując chodzących po ulicy ludzi. - Tak, tak. Zbrodnia miała miejsce po drugiej stronie miasta. Po drodze podjedziemy pod pana Turowa. - Rozumiem. Dorożka kołysała się, skacząc po kamiennych łbach.
Część 22 / 2
• Kiedy zatrzymali się pod rezydencją wójta, Turma szczerze zatkało. Przed bramą stał mężczyzna, który wyglądał, gdyby tylko pominąć parę rzeczy, niemalże jak Turow. Trochę czasu zajęło, nim Turm zidentyfikował w nim swojego starego przyjaciela. Najbardziej zszokował detektywa sposób, w jakim jego wygląd uległ zmianie. Otóż zmarszczki, które widniały siedem lat temu na jego licu, teraz zniknęły. Pasemka siwizny, które biegły wzdłuż jego skroni, nasączyły się kolorem. Zmęczone oczy, niegdyś wiecznie nabiegłe krwią, błyskały radośnie. Ręce, w dawnych czasach wiotkie i pozbawione mięśni, wyglądały teraz silnie i grubo. Brzuch też, w ślad za ramionami, nieco się zaokrąglił. Z całej postaci biło życie, emanowało jasnym światłem, zalewało wszystko dookoła. Turm nie mógł się nie uśmiechnąć, gdy przyjaciel począł gramolić się do dorożki, stękając. - Witaj, stary przyjacielu! – Turow zawołał głośno, gdy już się usadowił. – Czemu tak na mnie patrzysz? Zmieniłem się, co? - Jak… - zaczął Turm. - Poczekaj. Zwrócił się do posłańca. Wyciągnął sakiewkę zza pazuchy, zabrzęczało. - Oto nagroda, dziękuję ci. Możesz wyjść. Posłaniec ukłonił się i niemalże wyszarpnął mieszek z dłoni wójta. - Do widzenia – powiedział, otwierając drzwiczki i wychodząc. Ork popędził zaprzęg. - Medycyna Älfów czyni cuda, drogi Michale – uśmiechnął się Andrzej. Jego białe, nieskazitelne zęby zalśniły w świetle. – Poczekaj, niech ci tylko opowiem…
• Opowiedział.
• Mówiąc szczerze, Turm w ogóle nie słuchał opowieści wójta. W ogóle nie obchodziło go, w jaki sposób należy smarować twarz olejkiem z mandragory, aby pozbyć się zmarszczek. Obserwował miasto, machinalnie przytakując gadaninie starego znajomego. Turow chyba zauważył brak zainteresowania detektywa i zamilkł na dłuższą chwilę. Kiedy znowu się odezwał, jego głos brzmiał zupełnie inaczej. Był spokojny, trzeźwy i poważny. - Cholerna sprawa – powiedział, stukając palcami o kolano. Ubrany był w gustowne, granatowe spodnie, o szerokich zakończeniach, marynarkę tego samego koloru, czarne, dwurzędowe palto, zawiązane pod brodą, i podłużny kapelusz – znak jego statusu i rangi. Turm zmienił pozycję na wygodniejszą; założył nogę na nogę. - Niestety – przytaknął, patrząc w błękitne oczy przyjaciela. – Zero dowodów, zero świadków, zero wiadomości. Jeżeli chcesz znać moje zdanie, Turow, to oni, lub on, albo w ogóle ona, szlag by to - nie wiemy kim są zbrodniarze - po prostu, najzwyczajniej w świecie, nas dymają. Są sprytni. Są niesamowicie szybcy. Są niewidoczni. Tak, jakbyśmy chcieli złapać cień, uwięzić powietrze. - Lub motylka. – Turow uśmiechnął się krzywo. Zapadła chwila milczenia. - Lub motylka – przytaknąłem i kontynuowałem wywód. – Jeżeli chcemy ich złapać, musimy coś wymyślić. Musimy przechytrzyć prawdopodobnie najpotężniejsze umysły całego zbrodniczego pół-światka. Trzeba ich wziąć podstępem, należy ich wyprzedzić. Przejąć inicjatywę. - Jak zawsze masz rację, Michale. Jest tylko jeden problem… - Słucham. - To jest niewykonalne. Póki nie wiemy jakim systemem się poruszają, póki nie wiemy kto będzie następnym celem. Turm podrapał się w skroń. Przez całą drogę do Svernheim myślał nad sprawą. I postanowił. - Jest pewien sposób – powiedział. - Doprawdy? Detektyw zaczerpnął głęboko powietrza i wypalił: - Magia. Wójt parsknął głośno, jak za starych czasów. Śmiał się do rozpuku, chwytając za żebra. Ślina leciała kropelkami z jego rozdziawionych ust. Błękitne oczy zdradzały niesamowite rozbawienie. Turm cierpliwie czekał, aż atak śmiechu przyjaciela zakończy się. Kiedy, po paru naprawdę długich minutach, stało się to, Turow otarł łzę z oka i rzekł: - I co? Ty to zrobisz? Użyjesz tego, co już dawno wymarło, czego używa już tylko kilku wariatów, może jeden profesor i jedno opętane dziecko? Michale, szanowny detektywie, ty chyba nawet nie wiesz, co powiedziałeś! Magia! Ha, to ci się udało. - Turow, ja nie żartuję – odparł chłodno Turm, zaciskając dłonie na kolanach. - Ależ oczywiście, że żartujesz. Nie pozwolę ci użyć magii. Rozumiesz!? To cię tylko zniszczy. Niekoniecznie zabije, zdarzają się różne przypadki, ale zniszczy. Może urwie ci nogę, może obudzisz się ślepy, może postradasz zmysły… Nie oszukujmy się, o wielki detektywie, uczyłeś się o magii na uniwerku. Wiesz, że każdy czar wymaga poświęcenia, ze strony zaklinacza. Wiesz o tym dobrze. I powiem ci coś, najdoskonalszy detektywie, wydedukuj to sobie, ja, twój stary przyjaciel, chociażby ci zbrodniarze zabili pół miasta, nie pozwolę ci się zniszczyć, jasne? - Jasne – powiedział Turm, w głowie jednak układając sobie już plan całej akcji. – Czyli zrobimy to normalnie. Bez magii. Turow odetchnął głęboko, ale jego oczy uważnie badały Turma. - Nie wiem czemu, ale coś mi mówi, że mnie nie posłuchasz, Michał. Nie zrób niczego głupiego, błagam cię. - Jasne. Obaj przez dłuższą chwilę zatopili się w myślach. Ciszę przerwał Turm. - Skąd masz tego Orka? – Pytanie przeszyło powietrze między siedzącymi i trafiło w tył głowy wójta. Ten milczał długo. Detektyw, chociażby usilnie starał się to wydedukować, nie mógł odkryć prawdy. Turow płakał cicho. Odpowiedział przyjacielowi po dłuższej chwili. Był to ledwie słyszalny, żałosny szept, brzmiący niczym oddech śpiącego dziecka. - To mój syn. Turm nie drążył tematu.
• Do końca drogi przyjaciele nie odzywali się. Dopiero kiedy dorożka zatrzymała się, zrzucili z siebie smutek i zamyślenie. Zaczęli pracę. Turm założył swoje ulubione, brązowe rękawiczki i kapelusz, który całą drogę trzymał na siedzeniu obok siebie. Stanął na zewnątrz i rozejrzał się, poprawiając ułożenie kapelusza na głowie. Znajdowali się na szerokiej i rozległej łące, niedaleko małej kępki młodych drzewek. Przed nimi majaczyła w oddali ściana klifu, na prawo widzieli Svernheim. Nieopodal owego małego zagajnika stał duży, biały, płócienny namiot, wokoło którego kręciło się mnóstwo ludzi w stalowych zbrojach. Dął silny wiatr, rozwiewający poły płaszcza detektywa i poruszający z szelestem listkami rachitycznych drzew. Sporadycznie dało się słyszeć krzyki i rozkazy krzątających się ludzi. Detektyw włożył ręce do kieszeni i ruszył do namiotu, czując na sobie ciężki oddech przyjaciela. Turm poruszał się dziwnie. Szeroko rozkładał nogi, lekko kuśtykał, był idealnie wyprostowany. Jego ramiona i głowa trwały w bezruchu. Szedł wolno, ale rytmicznie, wyglądało to niczym skromny taniec, w wykonaniu starca. Dwa kroczki w przód, głowa przekręca się w lewo, oczy bacznie obserwują okolicę, płaszcz powiewa na wietrze, ręce spokojnie spoczywają w kieszeniach. Rusza dalej, powoli ześlizgując wzrok na krajobraz z prawej. Idzie przed siebie, nie zważa na mijających go ludzi, kieruje się do namiotu. Przed wejściem przystaje, wdycha głęboko powietrze, poprawia kapelusz ręką, oprawioną w błyszczącą, skórzaną rękawiczkę. Energicznym szarpnięciem stawia wysoki kołnierz, wkłada ręce z powrotem do kieszeni i znika w namiocie. Turow cmoknął z wrażenia. - Ma swój, kurwa, styl – rzekł, kręcąc głową. Ruszył w ślad za przyjacielem.
• W środku namiotu Turm znalazł to, czego się spodziewał. Mówiąc ogólnie – nie znalazł nic nowego. I chociaż powinien przejąć się losem zaszlachtowanej ofiary, to tego nie zrobił. Czuł głęboki, nieznośny zawód. Wszystko wyglądało niemal identycznie, co dzień wcześniej. Na trawie leżał trup człowieka, w pozycji przypominającej tak zwanego „aniołka” – ręce i nogi rozpostarte, głowa ułożona idealnie prostopadle do ramion. Na ciele, w okolicach szyi, leżał mały, cytrynowy motyl. Całość, okiem detektywa, zapowiadała się marnie. Zero dowodów. Należało jednak spróbować. Turm zawołał stojącego przy wejściu strażnika. Rycerz podszedł, zasalutował i uniósł brwi. - Czy ktoś już oglądał ciało? – spytał detektyw, rozcierając dłonie. - Nie, panie, czekaliśmy na kogoś o lepszych… - zlustrował Turma od stóp do głów –predyspozycjach. Detektyw uśmiechnął się zdawkowo. - Rozumiem. Kiedy znaleźliście ciało? - O świcie. - Kto je znalazł? - Zawołać go? - O, nie, nie… Chociaż tak! Zawołaj go, ale nie do mnie. Każ mu się stawić w rezydencji pana Turowa za półtorej godziny. – Turm spojrzał się na stojącego nieopodal przyjaciela, jakby szukając w jego oczach zezwolenia. Turow kiwnął głową. - Tak jest. Czy potrzeba panu czegoś jeszcze? W oczach detektywa pojawiła się iskra. - Macie piwo? Strażnika zatkało na chwilę, Turowa zresztą też. Kłopotliwe milczenie panowało despotycznie jeszcze przez chwilę, dopóki demokratyczna rozmowa nie wyparła go. - No… Mamy jeszcze trochę… - powiedział rycerz, przestępując z nogi na nogę. Turm ponownie roztarł dłonie. - To świetnie. Przygotujcie dwie butelki. Idę obejrzeć ciało. - Tak jest. – Strażnik oddalił się. Turow zmarszczył brwi i spojrzał się na Michała. Nie wyrzekł ani słowa. Obaj podeszli do leżącego ciała. Detektyw klęknął przy nim, począł uważnie oglądać każdy szczegół jego wyglądu. ”Tak, tak… Typowe cięcia sztyletem. Miał długie, szerokie ostrze, to widać po wielkości ran. Tutaj dostał pięścią, wyraźne wgniecenie i siniec. Nos złamany, tutaj również mu się oberwało”- myślał, dotykając różnych miejsc na ciele zmarłego - „Auuć… Ręka złamana, kość wystaje z zewnętrznej części łokcia. To musiało cholernie boleć. Trawa dookoła mówi wiele, dobrze, że rycerze trzymali się od ciała z daleka. Ciekawe… Spróbujmy to sobie odtworzyć. Widać, że szamotali się długo. Ofiara pełzła po ziemi, próbowała się bronić. Miała tylko pięści, a jednak… To tylko rozjuszyło mordercę. Widać mnóstwo cięć w jednym miejscu, musiał być wściekły. Może jest chory psychicznie? Niby wszystko jest jasne, a jednak wciąż coś mi nie pasuje. Coś jest tutaj nie tak.” Wydawało się, że na Turma spadła błyskawica zrozumienia. „Obejrzyjmy jeszcze plecy, a będziemy mieli jakiś trop. Już tak blisko… Ale ciężki, bydlak. No tak, w końcu służył u Turowa, tam wszyscy tak… O cholera! Plecy są gorsze niż przód! To jest obrzydliwe! No nic, trzeba to obejrzeć… Mhm, tutaj został nieźle przeorany, ciekawe dlaczego. A gdyby tak pominąć te wierzchnie rany? Zaraz, zaraz… No tak, cholera, wszystko jasne! Wiedziałem!” Turm spojrzał się na Turowa. - Kiedy ostatnio widziałeś się z sekretarzem? – zapytał spokojnym głosem. - Parę godzin przed zabójstwem. Rozmawialiśmy wtedy o pewnej sprawie, stary nie uwierzysz jacy głupi mogą być… - Turow, przestań pieprzyć. Konkrety, poproszę. Co mówił, gdzie miał zamiar jechać, jak się zachowywał? Wójt zmrużył oczy, przejechał palcem po lśniących, kruczoczarnych włosach, na których niegdyś widniały pasemka siwizny. - No, był zupełnie normalny. Rozmawiał, pił… Mówił, że jedzie… Mówił, że jedzie… - Pot wystąpił Andrzejowi na czoło. – Mówił, że jedzie… Turow spojrzał na przyjaciela oczyma, w których igrało wiele uczuć. Szok, zdumienie, strach, radość... - Cholera jasna! – wrzasnął, aż jakiś rycerz podskoczył ze strachu. – Cholera! Kurwa! Szlag! On mówił, że jedzie do domu! Do swojego domu! Jego rezydencja jest po drugiej stronie miasta! Turm oblizał spieczone wargi, uśmiechnął się. - Mamy cię, motylku – wyszeptał w przestrzeń. – Mamy pierwszy trop.
• - A więc twierdzisz, że ten ktoś musiał zaciągnąć mojego sekretarza w tamto miejsce? – zapytał Turow, kiedy już siedzieli w salonie jego domu, popijając wino z kieliszków. - Dokładnie tak, Andrzej. Zabójca musiał ogłuszyć ofiarę, podczas gdy ta jechała do domu. Sądząc po ranach, mamy do czynienia z kimś cholernie zawziętym. A kto, kochany przyjacielu, jest cholernie zawzięty? No? Kto? - Wariat – rzekł Turow. - Dokładnie tak! – Turm strzelił palcami. – Jestem niemal pewien, że mamy do czynienia z groźnym wariatem! Żaden zawodowy morderca nie czyniłby tego całego rozgardiaszu. Nie zwracał by na siebie uwagi, nie drwiłby tak z nas. Po prostu by zaszedł cię kiedyś od tyłu i poderżnął gardło. Ale ten nie… Ten jest zawzięty, postępuje wbrew logice, jakby jego głównym celem było najpierw nastraszenie cię, a później widowiskowe morderstwo. Jakby już dawno pożegnał się z życiem i teraz chciał je jak najefektowniej zakończyć. Poza tym widziałem na plecach, oprócz ran pozostawionych przez nóż, jeszcze inne. - Inne? - Tak. Nie jestem tego pewien, ale widziałem tam ślady