Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Filozofia · 17 min czytania

Moulin Blanche

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

„Moulin Blanche”

„Można z całym światem wygrać wojnę, a ze sobą przegrać jedną bitwę - i ponieść całkowitą klęskę.”

-Władysław Grzeszczyk

- Tęsknisz za jej zapachem? – powiedział do mnie żołnierz, kiedy wąchałem kremową apaszkę wyciągniętą z brudnego munduru. - Bardzo, ale to motywujące uczucie – uśmiecham się do niego, nie starając się ukarać go za wścibskość – nostalgia też jest tęsknotą i spójrz, do czego nas posunęła. Spojrzałem naokoło, szukając twarzy, która mogłaby mi coś przypomnieć. Byłem zmęczony i coraz dalej myśli, że kiedykolwiek powrócę do swojego kraju – do Stanów Zjednoczonych, które okazały się oazą dla uciekających przed wojną, głównie Żydów, a dla mnie, jako zawodowego żołnierza, jej powinność stała się katorgą. - Stephen Jackless – podał mi dłoń mężczyzna, który z zaciekawieniem dopytywał o właścicielkę apaszki i z żołnierską werwą i z charakterystycznym załączeniem zakomunikował - Salisbury. - Anglia? Wiedziałem, że nas zmieszają. Nie poznałem po akcencie. - Dużo przebywaliśmy z rodzicami przed wojną w Australii. - Było tam równie pięknie, jak w Europie? – uśmiecham się, zakładając na plecy karabin. - Nie wiem, czy były porównywalnie wyjątkowe właścicielki apaszek? Oficer woła nas na zbiórkę, niedługo podadzą posiłek, czekała nas jeszcze długa droga. - Przepraszam za śmiałość. Po prostu wzruszają mnie miłosne historie. - Nie mów tego na głos, w obozie wojskowym może być to opacznie zrozumiane. Przechodzi sanitariuszka ze strzykawkami, a wokół rozgrywają się salwy na jej widok. Dołącza do wiwatujących również Stephen, a przepuszczając ją przodem, wraca do rozmowy ze mną, trzymając w dłoniach ponad przeciętnie pakowny plecak. - A ciebie jak zwą? - Danny McDelay – wyciągam dłoń do uściśnięcia – Allentown. - Pensylwania? - Byłeś tam? - Nie, ale chyba spotkałem kogoś, kto stamtąd pochodzi. Macie tam pokaźne składy amunicji, prawda? - Tak, ale kogo spotkałeś? - Nie pamiętam dokładnie nazwiska… Na imię miał Jerry, ale nazwisko… „Szeregowy McDelay! Gdzie jest?” – dochodzi głos z namiotu sierżanta. - To ja! Tu jestem! – przedzieram się przez tłum ludzi i pozostawiam swojego kolegę w półsłowie, nie dochodząc, kogo mógł spotkać z mojej kompanii. Popycham młodą sanitariuszkę, podaję jej rękę. Zmierzam do namiotu. - Szeregowy McDelay! Melduję się – dodaję wojskowy salut i czekam na rozkazy - Jesteście starszym szeregowym, więc daję wam dodatkową funkcję w obozie. Nie panujemy nad wydawaniem funkcji nadrzędnych, więc musimy powołać mniejsze jednostki do przekazywania i rozdzielania zadań – tłumaczy mi sierżant, opiekujący się mną od momentu poboru, kiedy to przekazywano nam wstępne informacje, co do misji. - Nie pytam mnie sierżant o zgodę, więc słucham? – stojąc wciąż na baczność. - Dostaliśmy depeszę, że nasza misja musi obrać nieco innego wymiaru. Mieliśmy odbijać naszych żołnierzy z frontu, ale teraz szykuje się nalot, do którego musi dołączyć nasza kompania. Idź do ludzi i zbierz najlepszych spadochroniarzy. Zresztą w dokumentach mam informacje, że kilkoro z nich brało udział w atakach nalotowych. - Tak jest! Przyznaję, że sam brałem udział w przygotowaniach operacji Husky . - Dobrze, więc wiesz, co robić! Odmelduj się – zainstruował mnie sierżant Oldman.

Zebranie najlepszych skoczków spadochronowych zabrało mi ponad trzy bite godziny, więc nie było mowy o odpoczynku czy nawet o zjedzeniu czegokolwiek. Siedmioro zabiegało o stanowisko od dawna. Oprócz nich zebrałem również dwóch żołnierzy, którzy byli ranni i jednego o pochodzeniu francuskim, który nie mówił po angielsku, a tłumaczem w komunikacji była pielęgniarka. Ta sama, którą popchnąłem. Zaprowadziłem ochotników do sierżanta. - Szybko się McDelay uwinąłeś – chwali mnie Oldman, mierząc wzrokiem od góry do dołu dziesięciu rosłych mężczyzn, głodnych dokładnych informacji ataku. - Siedmiu jest właściwie gotowych, dwóch rannych i jeden Francuz. - Francuz, bardzo dobrze – mamrocze pod nosem sierżant, podczas odmierzania linii startu na mapie – drodzy panowie, dołączycie do 101 Dywizji Powietrznodesantowej. Zbieramy ludzi, aby posłać na miejsce taktyczne. Liczy się każdy żołnierz. - Niech tylko sierżant powie, kiedy ruszamy! – krzyknął jeden ze skoczków. - Już powinniśmy. Szykowaliśmy tę misję już od dawna, a teraz musimy się zbierać. Zabierzcie ze sobą wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy. Dalsze instrukcje w drodze. Zwołamy jeszcze kilku żołnierzy i ty – McDelay jedziesz z brygadą. - Tak jest! A gdzie się udajemy? – pytam, nieco naiwnie. - Do Francji. Normandii. I zapamiętajcie ten dzień, będzie ważny w historii tej wojny. Wychodząc z namiotu, patrzę do notesu, sprawdzając, jaki mamy dzień. Był 4 czerwca roku 1944. Schowałem notes głęboko w plecaku, aby go nie zgubić ze świadomością, że okoliczności nie pozwolą mi na zapisywanie przeżyć. Oddaliśmy się w ręce sierżanta, później ruszyliśmy na Normandię z misją utworzenia przyczółku, aby dostać się w głąb Europy. Atak na państwa Ententy rozpoczął się 6 lipca 1944 roku, lada świt, kiedy to nasza pozycja została wzmocniona przez mgłę. W operacji wzięło udział ponad trzy miliony żołnierzy państw alianckich, nalot opierał się głównie na bombardowaniu wybrzeża i obozów niemieckich. W ciągu kilku dni skończono operację, która wielokrotnie przekładana, została uznana za początek klęski III Rzeszy. Tysiące z uratowanych żołnierzy ruszyło w dalsze misje na rzecz ratowania lądów Europy. Ja byłem w centrum jednego z kilkunastu małych kontrataków wroga i przez to zdążyłem odnaleźć Stephena, który został ranny w nogę. Niewiele co zastanawiając się, wziąłem go na mocne barki i ruszyłem w stronę miejscowości Avranches, nie znając terenu, czekając na wroga, kryjącego się za każdym rogiem. Przemierzyliśmy kilka mil wśród lasów, mając ze sobą zasób wody tylko dla jednej osoby. Wszędzie były znaki po ingerencji Niemców – rozwalone domy, podpalone gospodarstwa. Samochody, które wpadły na miny leżały wśród spalonych ciał, głównie sanitariuszy Czerwonego Krzyża. - Jak oni mogli? Przecież ich chroni prawo! – burzył się Stephen, który omdlewał z gorąca i bólu. - Prawo na wojnie nie obowiązuje – poprawiłem mu opaskę mocno uciskając – tchórze zawsze likwidują najsłabszych. - Mam nadzieję, że dojdziemy gdzieś rychło, coraz mniej mam sił. - Kiedy schodziliśmy ze wzgórza widziałem młyn w dolinie. Może nie został zniszczony – przecież obozy musiały skądś brać jedzenie. Szedłem ostatkami sił, jedynie zstępując z nogi na nogę. Pomagałem Stephenowi, którego kompletnie nie znałem, ale musiałem mu pomóc. Wydawało mi się, że przyjemniej będzie się dowiedzieć o niepowodzeniu misji z przyjacielem, łatwiej będzie umierać. - Chcesz wody, może przystaniemy? – zatroszczyłem się o wycieńczonego żołnierza. - Nie, już widać budynek zza drzew. Chodźmy tam, cokolwiek ma się wydarzyć. Budynek rzeczywiście rozświetlał nam drogę. Był to młyn, wybielony wapnem, porośnięty wszędy krzewami. Niemcy tu raczej nie dotarli, nie znaleźliśmy żadnych śladów po ataku. Nie było nikogo słychać, więc podszedłem bliżej, łapiąc za mały pistolet przy udzie. Zacząłem walić w okno wołając pomocy, nikt się nie zjawił. Zostawiłem Stephena na podjeździe i zacząłem szukać ludzi. Drzwi się delikatnie otworzyły, wyciągnąłem niepostrzeżenie pistolet. Zza wnęki pojawił się starszy, brodaty mężczyzna z karabinem starego typu w dłoni. Krzyczał coś po francusku, ale nic nie zrozumiałem. Nagle Stephen zaczął przeraźliwie lamentować z bólu, otworzyła mu się rana, opaska nasiąkła krwią. Jedyne co potrafiłem powiedzieć po francusku to, aby nie strzelał. Starszy zabrał mnie i Stephena do środka. Poczułem ulgę, odbezpieczyłem pistolet i schowałem go. Stephen potrzebował pomocy. Po chwili mężczyzna zaczął wołać kobietę o imieniu Marion. Pojawiła się w brudnobiałym nocnym przebraniu i zasłoniła twarz, widząc ranę Stephena. Po chwili pojawiła się z miednicą wody, nićmi i strzykawką. Zgadłem, że była pielęgniarką. Złapałem Stephena za rękę, aby nie ruszał się, kiedy kobieta będzie szyła jego ranę. Włożyłem mu w usta kawałek drzazgi od kominka, aby nie przygryzł sobie języka. Uspokoił się, w pokoju pojawiły się jeszcze dwie kobiety i krzyczały po francusku. Z obserwacji wynikało, że mieszkała w młynie rodzina, która mimo wojny i niepokoju przyjęła nas i pomogła Stephenowi. Byłem zmęczony tułaczką, więc próbowałem…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%