Komedia · 11 min czytania
Mr. Brukowske i Halloween
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Nagle usłyszał zgrzyt otwieranych, metalowych drzwi. Ciarki przeszły mu po plecach, dolnej ich części, która już dawno straciła szlachetną nazwę, po czym po prawej nodze zwiały do markowego laczka. Detektyw Brukowske wiedział, że w Halloween nie będzie miał lekko. Jednym ruchem wychylił koktajl z spirytusu, Red Bulla i trzech łyżek mocnej kawy. Taka mega-magiczna sprawiała, że był kimś więcej niźli człowiekiem. Stawał się teraz hero. Założył sygnet BBB (Brutal Butmen Brukowske) i filmowo odwrócił się w stronę, z której ktoś nadciągał. Biała paskudna morda, długie krzywe zęby, snop długich, splątanych, siwych i suchych jak siano włosów z rozdwajającymi się końcówkami. „Tak. Bez dwóch zdań wampir” – pomyślał z wstrętem Brukowske. Nigdy nie lubił truposzczaków. Z wzajemnością. I z tego właśnie powodu pewnie zawdzięczał tę wizytę. Wampir z pofałdowanej sterty szmat, które miał na sobie w charakterze ubrania wydobył prymitywną przeżartą przez rdzę maczetę. Brukowske wcale się nie przestraszył. Uśmiechnął się szeroko i kiwnął na wampira palcami. Rozwścieczony krwiopijca ruszył do ataku. I niebawem zwolnił, gdy sidła na niedźwiedzie zatrzasnęły mu się na nodze. Wywinął orła na wyciągniętym łańcuchu tylko po to, aby wylądować twarzą na małym dywanie, a raczej zamaskowanej nim pułapce. Runął w głąb dziury razem z kupą żelastwa. - Jeszcze cię dorwę! – dobiegło z dołu. - Nie sądzę. – odparł Brukowske – Skąd żeś się tu przyszwędał? - Z portalu w twojej piwnicy. A ze mną mnóstwo innych. Nie masz szans. - Z portalu? – zdziwił się Brukowske – Przecież zamknąłem go tydzień temu… - Zasłoniłeś szafą. Myślałeś, że nie przejdziemy, ty… - wampir nie dokończył zdania, gdyż ręczny miotacz kołków błyskawicznie go uciszył. - Są sprytniejsi niż się spodziewałem. Trza będzie to zasłonić jakąś lodówką, albo dwiema. A! I smacznego! – rzekł Brukowske rzucając do dziury worek czosnku – Jeśli się obudzi będzie miał przykrą niespodziankę. Brukowske wyszedł ze swojego małego czteropiętrowego warsztatu. Przeszedł kawałek piaszczystą ścieżką, aż doszedł do chodnika na obrzeżach miasta. Jak to zwykle w tym rejonie w dużej części domów ryczała głośna muzyka przygłuszając odgłosy wystrzałów z broni palnej i innych domowych rozrywek. Takie to było miasto. Brukowske wziął głęboki oddech i rozkaszlał się, gdy do płuc naleciał mu dym z zasypanego petami wciąż tlącego się chodnika. Wciąż kaszląc ruszył w kierunku wieżowca „DVCD-Powers”. Miał tam pewne sprawy do załatwienia. Ostatnio ci dranie wypuścili taką chałę oznaczoną jego nazwiskiem, że nie mógł pozostawić tego bez odwetu. Mianowicie: „Detektyw Brukowske: The Best of World”. Gra mu się wybitnie nie podobała. Nie było opcji „god mode”, a w multi ciągle przegrywał po jakimś headshoocie od jakiegoś campera. Musiał się teraz zemścić, bo ostatni atak napalmem trafił w inny wieżowiec. Tym razem wtargnie tam i trafi gdzie trzeba. Nie powstrzyma go ani ochrona, ani dresiarze, ani szalikowce, ani płaszczowce, ani żadne truposze. Szybko znudził się tym marszem. Na szczęście zobaczył przed sobą jakąś grupkę przebierańców zbierających cukierki i zaczepiającego ich dresiarza na BMXie. Jego łysa łepetyna rzucała odblaski, gdy padało na nią światło latarni. Brukowske podszedł bliżej szukając w kieszeni płaszcza swojego maszynowego muszkietu. - Stop! – rzucił w stronę dresiarza Brukowske – Zostaw te cukierki łysy! I w moim imieniu rekwiruję twór rower. - Że co *****? – rzekł w dresiarkim łysy – Ty chyba ***** jesteś, bo ***** i *****, albo *****. Zaraz ci *****. - Zobaczymy, kto komu. – odparł Brukowske dobywając swej broni i przeładowując magazynek w zamontowanym obrotowym działku. - Giń *****! – krzyknął dresiarz i natychmiast wystrzelił swoim przedwojennym poniemieckim pistoletem. Doniczka 10 metrów od Brukowske’ygo rozsypała się rozwalona pociskiem dresiarza. Kolejne dwa strzały dresiarza trafiły w hydrant po drugiej stronie ulicy. Dresiarzowi skończyły się naboje i teraz Brukowske skoczył w bój. Nacisnął spust i całą dzielnicę spowiły kłęby dymu. Gdy wreszcie magazynek się wypróżnił Brukowske naciągnął na oczy termowizor i ruszył śladem zmasakrowanego chodnika. Dresiarz zniknął gdzieś za rogiem, o czym świadczył zgubiony przezeń pozłacany łańcuch rowerowy oraz smycz z mnóstwem kluczy. Detektyw Brukowske podniósł leżącego na ziemi BMXa i paląc gumę ruszył w stronę wieżowca „DVCD-Powers”. Spokojnie grzał środkiem drogi. W Halloween nikt nie miał odwagi jeździć samochodem. Co chwile mijał, bądź niekiedy przejeżdżał przez grupki przebierańców lub prawdziwych potworów. Wreszcie dojechał do celu podróży. Przed budynkiem na szczęście było pusto. Brukowske zeskoczył z roweru i ruszył w stronę drzwi. Nagle usłyszał za plecami skrzypienie starych trampek. Obrócił się błyskawicznie dobywając pistoletu. - Vincent?! – zdziwił się Brukowske spoglądając na obdartusa – Myślałem, że nie żyjesz. - Bo tak było. – odparł tamten – Ale wiesz jak to jest w Halloween. - No. – rzekł inteligentnie Brukowske i widząc już w życiu niejedno nawet się nie przejął widokiem dawnego znajomego. Vincent był kiedyś w jego drużynie, gdy na wojnie szturmowali jakiś zamek, w którym ukrywali się kosmici. Vincent będąc zwiadowcą za bardzo się przybliżył, wdepnął w minę, oberwał trzema granatami i strzałem z rakietnicy