Komedia · 11 min czytania
MRO - ŻEK
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
MRO – ŻEK
Wybraliśmy się kiedyś z Yerem na obchód antykwariatów. Przede wszystkim chodziło o to, że on szukał „Witaj smutku” Francoise Sagan. Ja nie szukałem niczego, zatem, co było do przewidzenia, to ja nabyłem dla siebie książkę. „Amor” Mrożka. Wziąłem nie najnowszy tomik do ręki i skrzywiłem się, bo nazwisko autora było wypisane na okładce wielgachnymi literami tak, że nie mieściło się w jednej linijce. Stało zatem: MRO – ŻEK. Nie wiem... ja nieszczególnie byłbym rad, gdyby poddano mnie takiej analizie. Tym niemniej kupiłem „Amora”. Całkiem fajny. Oprócz tytułowego scenariusza, był tam też „Krawiec”, „Garbus” i jeszcze coś – nieistotne. Jeszcze w antykwariacie na stronie tytułowej zamajaczyły mi jakieś bazgroły, ale w ogóle nie zwróciłem na to uwagi. Dopiero kiedyśmy z Yerem siedzieli już w barze, wmuszając w siebie kolejne kęsy monstrualnych hamburgerów, przeczytałem, co było tam napisane. Dedykacja. Sporządzono ją długopisem, raczej naprędce, bez śladów kaligrafii, ale pierwszą myślą (całkiem niekontrolowaną) jaka wpadła mi do głowy, gdy ją ujrzałem, było, że jest w niej – wybaczcie – serce. A więc widniało: Andrzejowi – Gen anno 79. Dokładnie tak. Od początku wprowadziło to pewien niepokój, ale dopiero potem, w autobusie i już w domu, zacząłem dokładniejszą analizę. Zacznijmy od Andrzeja i Gena. Kim byli, czy raczej – kim mogli być? Hipotezy narzucają się zdecydowanie trzy: przyjaciółmi, braćmi, lub partnerami – gejami. Dlaczego tak? To jasne – brak wzniosłej, czy grzecznościowej dedykacji wskazywał na dużą zażyłość między mężczyznami. W innym razie byłoby to spoufalenie czy wręcz faux pas. Brak jakiegokolwiek tytułu typu „dr”, „prof.” czy też po prostu „pan” przy którymkolwiek z imion sugerował, że mężczyźni są równolatkami, więc zażyłość nie mogła być relacją uczeń – mistrz. Pewna niedbałość pisma przekonuje zaś o tym, że istniało między nimi pozawerbalne zrozumienie, dzięki któremu niedbałość ta nie mogła być poczytana jako ignorancja, ani nic z tych rzeczy. Kwestia druga – o wiele bardziej frapująca: dlaczego Andrzej sprzedał książkę, którą dostał od Gena? Takich rzeczy się nie robi w normalnych sytuacjach. Dostałem raz książkę od Yera. Może kiedyś ją zgubię, ale na pewno nigdy nie sprzedam. Hipotezy? Ciężko, oj ciężko. Niby wpada do głowy prosta myśl: wielka zwada Andrzeja z Genem, koniec przyjaźni, początek niechęci, albo nawet nienawiści, książka nie ma już dla Andrzeja żadnej wartości – idzie ją sprzedać. Błąd. Niemożliwe. W takim wypadku książka nabrałaby innej wartości – stała by się obmierzła i drażniąca, co zaś nie mogłoby doprowadzić do jej sprzedania, ale raczej zniszczenia. Próbujmy dalej. Andrzej umarł. Rodzinę miał debilną, nie wiedzą, kto to Mrożek – sprzedają. Błąd. Najgłupszy człowiek połapałby się, że książka, którą zmarły otrzymał od drogiego przyjaciela (brata, kochanka), jest podwójnie cenną pamiątką. Kontynuujmy. Andrzej gdzieś nieopatrznie Mrożka zostawił. Kto inny znalazł, poszedł oddać w komis. Tak, możliwe, ale tu musiałbym wtedy zakończyć historię, a tak się składa, że świetnie się bawię, więc porzućmy czym prędzej tę mizerną hipotezę. Co jeszcze przychodzi do głowy? Hm... A może tak: Andrzej z Genem walą mózgojeba. A właściwie już go obalili, ale bynajmniej nie mają dosyć. Gen do Andrzeja: -Choć, kurwa, opchniemy tego okularnika, będzie na „Komandosa”. Zabawne i pogodne, bo niby poświęcają symbol przyjaźni, ale w imię czego? W imię jej pielęgnowania! Pięknie! Serce rośnie, moi mili, jakby nie patrzeć! Tylko znów zonk. O ile wiem, pieniądze w antykwariacie dostaje się, gdy już książki pójdą. Wątpię, że mieliby ochotę tyle czekać. Kolejna luka, do której za diabła nie potrafię znaleźć klina. Spać nie mogłem tamtej nocy, ani następnej. Z amerykańskich filmów wiem, że na każdego musi przyjść kryska, tj. prędzej czy później, każdemu przypada w udziale jakiś wielki czyn. Wiecie – oswobadza się opanowany przez terrorystów budynek, ląduje samolotem przy pomocy siwego pana z mikrofonem w wieży kontroli lotów, ratuje się przyjaciela w ekstremalnych warunkach, zdąża się, bez względu na wszystko, dotrzeć na lotnisko, aby pożegnać w ostatniej chwili drogą osobę, spuszcza się manto uzbrojonemu zbiegowi, udowadnia się czyjąś niewinność z błyskotliwością Herkulesa Poirota, wbrew wszelkim poszlakom. Albo ingeruje się w czyjeś życie i dopomaga w naprawianiu krzywd. Tak, to był ten moment, to był ten zew. Rozumiałem, że muszę odnaleźć Andrzeja i zapytać. Zapytać, dlaczego sprzedał Gena. Yer to był chłop mądrzejszy ode mnie, więc do niego udałem się po radę. Nakreśliłem mu, jak sprawa stoi. Zadumał się wielce, a potem rzekł: -Pamiętasz Nabokova? Humbert był w stanie poświęcić wiele czasu, aby być bliżej Lolity. Przypominasz sobie – wszedł w zażyłość z jej matką. Zażyłość przerodziła się z jej strony w miłość i już – był jej mężem. W ten sposób miał pełen dostęp do Lo. -Tak, tak pamiętam. – ochoczo przytaknąłem. -Musisz też tak zrobić. Musisz iść do antykwariatu i kupić jakąś cholernie mądrą książkę, a wtrącić jakąś uwagę na jej temat. Gdy przyjdziesz tam następnym razem, kobita już cię rozpozna. Tak musisz zacząć. – przytaknąłem – Potem, po paru wizytach umówisz się z nią... -Ehe, ehe! – gorliwie kiwałem głową. -No i będziesz się zbliżał i…