Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Akcja · 13 min czytania

Mroczne niebo - Rozdział 4

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Rozdział V - jak kaczki na strzelnicy

Widmo po prostu chłonął każde moje słowo nie zważając na to, że z każdym słowem tracę siły. -I co było dalej? - zapytał Andrieja z wyraźnym zniecierpliwieniem w głosie.

Jak to inni? Jak to kto inny siedzi teraz za szperaczami?- spytałem z niedowierzaniem i zrezygnowaniem. Obok Bankier otwierał z głośnym skrzekiem skrzynię w której siedział Michaił. -Nie wiem k***a, nie wiem. Jest sporo opcji ale obawiam się, że mogli ich przyskrzynić za otrzymywane wyrazy wdzięczności w kopertach. Jeżeli zaczną gadać jestem udupiony. Idę z wami, teraz wszędzie będzie mi lepiej niż tutaj... -Przecież będziemy jak kaczki w sezonie polowań - rzucił gramoląc się ze skrzyni Michaił -A masz inne wyjście? Skrzyń nie sprawdzają zbyt dokładnie przy wjeździe do bazy, ale przy wyjeździe wszystkie muszą być rozbite na pojedyncze ścianki, żeby nie było ryzyka, że przeszmugluje jakieś artefakty bez wiedzy wojska. Nie macie jak wrócić, tutaj zostać też nie możecie. Trzeba iść do przodu. -Jak sobie chcesz Bankier, ale ani ja ani Michaił szczerze mówiąc nie mamy ochoty na Twoje towarzystwo. Docieramy wspólnymi siłami do wioski kotów i tam każdy idzie swoją drogą. No i nie mamy sprzętu dla ciebie -Poradzę sobie jakoś. Przygotujcie się, za kilka godzin wyruszamy.

Gruba kurtka skórzana z kapturem, grube dżinsy, ciepła bielizna i pełne buty. I to miała być cała nasza ochrona podczas pierwszych dni. Nie wiem właściwie po co to zakładaliśmy, skoro nie daje prawie żadnej ochrony. Równie dobrze moglibyśmy wyskoczyć w hawajkach i klapkach. Jedyne co dawało nadzieję na przetrwanie to pistolety w kaburach i ostre noże za pasem.

Nie napawała też otuchą wizja walki z uzbrojonymi po zęby wojskowymi. Ale jaki miałem wybór... Ale dość tego optymizmu, bo tego typu rozważania przerwał mi właśnie głos Bankiera: -Ruchy panowie! Droga wolna, idziemy!

Nie pamiętam ani nigdy wcześniej, ani nigdy później, żeby mi serce biło tak mocno, żebym aż je słyszał. Krok po kroku przemieszczaliśmy się przez ogarniętą mrokiem bazę wojskowych. Tak jak to opisał wcześniej bankier. Nie wiem komu przyszło do głowy nazywanie to dumnym słowem baza. 3-4 budynki i to na pewno w momencie budowy nikt nie myślał, że będą wykorzystywane przez wojsko. Kiedyś to zapewne było wiejskie gospodarstwo rolne, teraz przystosowane do wymagań naszych czasów. Można sobie było wyobrazić jak kiedyś pasły się tu krowy. Dziś krowy tu mieszkajace nosiły zielone mundury i kałasze, ale na szczęście widocznie na noc grzecznie wracają do obory. Nigdzie nie było ani śladu żywej duszy, widzieliśmy tylko w oddali omiatające ziemię światła szperaczy. Bankier znowu odziany tylko w garnitur był raczej biznesmenem. Nie wróżyłem mu długiego życia po wybraniu profesji stalkera. Wreszcie dotarliśmy na skraj bazy. Nie była ona duża, ale staraliśmy się chodzić jak najciszej, skuleni jak najniżej i praktycznie każdy krok był okupiony nerwowym wyczekiwaniem w ciemnościach - zauważył nas ktoś czy nie? Dopiero wtedy ruszaliśmy dalej. Przeczyło to wszystkiemu co każe zdrowy rozsądek, chęci jak najszybszego poruszania się i opuszczenia terytorium wroga, ale w Zonie panują inne zasady gry... Teraz przed nami były już tylko pola dzielące nas od wioski kotów. Problemem były jednak te przeklęte szperacze. Przeglądały wszystko w promieniu kilkuset metrów od bazy. Pokonywanie tego pola przypominało w pewnym sensie taniec. Kiedy światła przemieszczały się w jedną stronę, my jak najszybciej przemieszczaliśmy się za najbliższą zasłonę. Nie wiem ile trwał ten balet, ale kiedy po pokonaniu biegiem ostatnich kilku metrów padliśmy ze zmęczenia pod jakimś drzewem uderzyła mnie po raz pierwszy tak wyraźnie myśl, że to koniec świata jakiego znałem. Tutaj każdy, bez wyjątku jest moim śmiertelnym przeciwnikiem...

Nie potrafię powiedzięć ile czasu szliśmy na północ wzdłuż czegoś, co kiedyś było asfaltową drogą. Godzinę, może więcej... Teraz wśród resztek spękanego asfaltu można było podziwiać przeróżne okazy roślin. To był asfalt któremu dosłownie należała się kosiarka. Natura wbrew temu co mówią naukowcy bardzo szybko się odrodzi. Konieczny jest tylko jeden warunek. Człowiek musi przestać istnieć, a przynajmniej przebywać na danym obszarze, a natura zaraz pokazuje swoją siłę. Myślimy o sobie jako o potężnych stworzeniach, władcach ziemi, istotach niemal idealnych... Każdy kto choć raz był w Strefie wie kim jest tak naprawdę człowiek wobec potęgi przyrody. Mniej niż zerem... Wreszcie jednak nastał świt. Cudownie różowe niebo z dala na horyzoncie zapowiadało piękny dzień. I w tych pierwszych promieniach nowego dnia zobaczyliśmy w oddali nasz pierwszy cel - wioskę stalkerów.

Zrobiła ona na mnie ogromne wrażenie. Bankier szybko gdzieś zniknął, Andriej też miał jakieś swoje sprawy na głowie, za to ja miałem mnóstwo wolnego czasu więc wybrałem się na wycieczkę po osadzie. Całą wioska to było kilka zrujnowanych domów wzdłuż szerokiej, wydeptanej ścieżki. Kiedyś była tu pewnie droga gruntowa, albo coś w tym stylu. Teraz porastały ją jakieś nieokreślone chwasty pocięte siecią wydeptanych mniejszych i większych ścieżek prowadzących do kolejnych domów. Jednak to domy zrobiły na mnie największe wrażenie. Zniszczone przez nieubłagany czas, częściowo zawalone, z oknami pozabijanymi dyktą lub zwykłymi deskami. Niektóre nadpalone albo wręcz spalone, o których istnieniu świadczyły tylko pogorzeliska. Było tu też jednak o wiele więcej ludzi niż się spodziewałem. Ciężko policzyć, gdyż każdy był czymś zajęty, gdzieś się spieszył. Widać też było, że nowi dość często się to pojawiają bo moja nieznana im przecież twarz nie zwróciła jednak niczyjej uwagi. Tylko mała grupka śpiąca na ziemi wokół ogniska przypominała, że dzień dopiero wstał. Mój pierwszy dzień w Zonie...

-Wyglądasz na nieźle zagubionego młody. Co Cię tu przywiodło? - usłyszałem zniekształcony przez maskę przeciwgazową głos gdzieś z lewej strony. Przypatrywał mi się jakiś stalker. Ubrany był w brązowy, szeroki płaszcz mogący skrywać pod spodem jeszcze jakieś opancerzenie i kaptur na głowie. Do tego miał na sobie jeszcze taką charakterystyczną maskę przeciwgazową zakrywającą tylko nos i usta a całą resztę twarzy…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Mroczne niebo - Rozdział 4 — czytnik · opowiadania