Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Akcja · 9 min czytania

Mrok

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Zima co roku ma tą samą cechę. Zawsze, ale to bezwzględnie zawsze zaskakuje drogowców. Niezależnie czy pierwszy śnieg spada we wrześniu, to bym ich zrozumiał, w październiku, no jednak to ledwie zadeklarowana jesień, w listopadzie, co prawda przymrozki, ale jeszcze nie zima, czy wreszcie w grudniu. No bo kto by się spodziewał śniegu w grudniu? No oczywiście każdy, tylko nie drogowcy. Sprawne są zawsze dwie piaskarki na dziesięć. Nie ma piasku, nie ma soli, nie ma pracowników, a wszystko zatuszowane pod stwierdzeniem, że brak funduszy, że meteorologia zaszwankowała i jeszcze kupą innych bzdur. Tego roku było tak samo. Po roztopach na Boże Narodzenie, tuż przed sylwestrem niebiosa powiedziały „macie jeszcze trochę zimy” i zawaliły pół kontynentu zaspami, których nikt nie nadążał odgarniać, no a zwłaszcza drogowcy. Późne popołudnie wypełzło już z nory, jak przednia straż armii nocy, która podąża tuż za nim, niosąc dywany mgły jak znad jeziora obok Silent Hill, prowadząc w szyku bojowym korpusy polerowanych gwiazd na defiladzie na cześć chwilowego zwycięstwa nad Heliosem, zmierzając w kierunku, gdzie zniknął jego strzaskany rydwan. Bieg dnia i nocy wokół Ziemi, tak łudząco przypominający bieg Achillesa i Hektora wokół Troi, siejący zamęt pytaniem, kto padnie od strzału w piętę, gdzie kończy się mityczna metafora Homera, a gdzie zaczyna namacalny realizm, jaki fortel zastosuje noc, by wedrzeć się do królestwa dnia, jakie wartości polegną, a jakie zostaną gloryfikowane razem ze świtem, kto, lub co ukryje się wewnątrz drewnianego kolosa, czy będzie to wielki koń mogący pomieścić kilkunastu wojowników, czy ciężki taran mogący zburzyć mury miasta, zdobiony głową konia, dający początek legendzie, która przetrwała wieki i przeżyła miasto. Majaki cieni nocy i jasny blask słońca, Hektor i Achilles, dobro i zło... Ciągłe przeplatanie się przeciwieństw, o którym mówił Hegel jest milczącą walką przyrody, której przyglądamy się biernie z takim niezrozumieniem. Naprzeciwko siebie dostrzegłem wychylających się z mroku nieoświetlonej latarnią ławki trzech mitycznych prawie olbrzymów, których sylwetki śmiało pozwalały wyciągać wnioski, że od dawna nadużywają sterydów, a co za tym idzie, poza górą mięsa mieli po maksymalnie dwie szare komórki i z całą pewnością udawali showmanów w śliskich dresach. Trzech tytanów ruszyło powoli w moim kierunku, choć zwolniłem kroku i dałem sobie możliwość ewentualnego odwrotu, a jednak wciąż szedłem im naprzeciw. Miało to być kolejne typowe, nocne, osiedlowe spotkanie. Kiedy skradasz się bezbronny szumiącymi mrokiem, tętniącymi imaginacją i sapiącymi złudzeniami nocnymi ulicami, drżysz strachem, by nie spotkać wykolejonej myśli w wykolejonym człowieku i nie dać się skrzywdzić pogwałceniem nietykalności osobistej. Gdy skradasz się w mroku nocnymi ulicami z dziewięć milimetrów za paskiem, epileptyczną drgawką strachu jest myśl, że wykolejona myśl zmusi cię, byś naruszył integralność wewnętrzną w wykolejonym człowieku, który wiedziony wykolejoną myślą chciałby pogwałcić twoją nietykalność osobistą. Po prostu czasem lepiej dostać po mordzie, niż mieć możliwość się bronić. Problem polega na tym, że takie spotkanie prawie nigdy nie kończy się na jednym razie, gdzie zwycięzca odchodzi sobie spokojnie, a przegrany zbiera zęby do słoika i odczołguje się do swojej nory. W praktyce każdy ma znajomych, a ci znajomi mają swoich znajomych, którzy z kolei lubią wciągnąć we wszystko swoich znajomych oraz znajomych tych znajomych i tak po jednym mordobiciu na nogi postawiona zostaje mała armia składająca się z kilkudziesięciu chłopa, gotowych pozabijać, nie wiedząc nawet dokładnie, za co. Z westchnieniem nostalgii wspomnieć można tylko honorowe, średniowieczne pojedynki, gdzie z wyjątkiem niechlubnych incydentów, walki zawsze kończyły się zwycięstwem i porażką tylko dwóch osób. Dziś dając komuś jasno do zrozumienia, że zaczepił niepotrzebnie niewłaściwą osobę i pomagając mu to zrozumieć jakimś jaskiniowym argumentem, możesz być pewny, że nie pozostanie ci dłużny, ale widząc, że jest miękki, wróci za kilka dni z kumplami, na co ty oczywiście również będziesz musiał sięgnąć po masowe, jaskiniowe argumenty wykonując parę telefonów. I tak może to trwać tygodniami.... Można też odpuścić już na początku i dać jakiemuś błaznowi satysfakcję, by wierzył w to, że to ty jesteś miękki,

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%