Fantasy · 10 min czytania
Mrok
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
To było rok temu czyli około trzech dekad po Roku Infekcji. Nikt nie jest w stanie powiedzieć ile dokładnie minęło lat od tamtego wydarzenia, bo nikomu nie chciało się marnować czasu na zapiski. Może tylko ktoś z tych Bibliotekarzy, którzy wierzą, że jedyną drogą powrotu do normalności są książki, nauka i kultura. Brednie. Książka nie obroni Cię przed grupką krwiożerczych mutantów, a dyplomacja w tym wypadku chyba nie ma szans powodzenia. Była to jedna z moich wypraw w „ Niebezpieczną Strefę” w poszukiwaniu wszystkiego co może mi się przydać albo co może się przydać komuś, kto jest gotów mi za tą rzecz zapłacić. Chodzę więc od domu do domu poszukując wody, benzyny, narzędzi. Czasami też dostaję zlecenie od Bibliotekarzy na znalezienie jakiejś książki, której jak dla mnie jedyną wartością jest to, że się dobrze pali. A jest to w tym świecie bardzo cenna wartość, bo ogień to chyba najskuteczniejsza broń w nocy przeciw zarażonym. Wszelkiego rodzaju broń biała czy palna - jeśli jesteś szczęśliwym posiadaczem jej – słabo sprawdza się przeciw większej grupce mutantów. Ale ogień dla nich jest czymś, czym dla osoby cierpiącej na arachnofobię jest pajęcza sieć z dużym włochatym pająkiem pośrodku. Zbliżą się do niego tylko i wyłącznie w ostateczności, a jeszcze nigdy nie widziałem mutanta, który był tak głodny, że zbliżył się do mojego ogniska bliżej niż na 20 metrów. Teraz nastał czas mutantów „rozumnych”, czego nikt się nigdy nie spodziewał. Był to dzień prawie taki sam jak inne. Po przebudzeniu udałem się przez las do kolejnej wioski. Nie powiem wam jej nazwy, bo akurat w tym miejscu na mapie miałem przepaloną dziurę papierosem, ale i tak miałem fart kupując ją od jakiegoś staruszka za setkę Żubrówki. Wieś ta znajdowała się jakieś 8 kilometrów od Bazy. Bazą, nazywam jedyną miejscowość jaką widziałem, w której schronili i okopali się niezarażeni. Kiedyś odwiedził nas pewien samotnik, który opowiadał, że odkąd wyruszył ze swojej rodzimej Bazy to dopiero po kilku tygodniach wędrówki natrafił na jakieś schronienie. Na nas. Nie był on w stanie dokładnie opisać skąd przybył, bo od pewnego czasu błądził. Wyruszył kilka dni po przybyciu i słuch po nim zaginął. Przeszukałem kilka domów, ale nie znalazłem niczego wartego uwagi oprócz porządnego myśliwskiego noża. Miałem ostatki żywności i wody więc postanowiłem udać się w stronę Bazy. Na mapie zauważyłem leśną dróżkę, która wiodła prosto do aktualnego celu mojej podróży. Było to jesienne południe, czyli miałem jeszcze około 5/6 godzin do zachodu słońca, więc bez problemu powinienem zdążyć wrócić przed zmrokiem. Zasznurowałem mocno moje stare wojskowe buty, zapiąłem pas od plecaka – a raczej jakiegoś worka, który z plecakiem nie miał za dużo wspólnego – poprawiłem pokrowiec na miecz, aby się nie obijał o udo i ruszyłem w drogę z łukiem i gotową do użycia strzałą w ręce. Po czasie, w którym zdążyłem policzyć ponad 5000 kroków, usłyszałem wycie. Tak przeraźliwego wycia nie słyszałem nigdy. Nie był to krzyk mutanta, tego byłem pewien, bo słyszałem taki nie raz. Słyszałem opowieści o zwierzętach, których wycie było jednym z najpiękniejszych dźwięków natury. Wilki. W czasach przed infekcją najbliższe osobniki żyły podobno kilkadziesiąt kilometrów stąd, ale tak jak inne zwierzęta zaczęły się one rozmnażać. Nie mogłem być pewien czy to właśnie wycie tego zwierzęcia słyszę, więc razem z moją zgubną ciekawością powoli udawałem się w stronę źródła dźwięku. Zauważyłem go z kilku metrów wychodząc z gęstej ściany krzewów. Stał na skale o wysokości około 5 metrów podobnie jak jakiś wielki kot z plakatu filmowego mojego znajomego. Przypatrywał się mi. W tej chwili pomyślałem, że moja ciekawość mnie zaraz zabije. Dlatego, że nie był to wilk jakiego widziałem na zdjęciach. Nie był to taki wilk z którym miałbym szanse w walce. Stojąc dosięgał mi do klatki piersiowej, a jak się później dowiedziałem, jego kły były wielkości sztyletów, a futro było tak gęste i grube, że prawdopodobnie moje strzały by go tylko podrażniły. Lecz jego cechą, która mnie najbardziej przerażała, było jego ubarwienie. Czarne, ale nie taka zwykła naturalna czerń. Była to czerń tak przenikliwa, że wydawało się na tej skale nie stoi wilk lecz mrok. Dlatego też go tak w myślach nazwałem – Mrok. Strachu dodawały także czerwone oczy, które świdrowały mnie niczym pociski 7.64mm. Przypatrywał mi się kilka sekund, ale te kilka sekund zdawały mi się niemiłosiernie dłużyć. To nie był wzrok, którym patrzą się zwierzęta. Była w nim iskra ludzkiego rozumu i to było w tym spojrzeniu najbardziej przerażające. Potem nagle odwrócił wzrok w przeciwną stronę. Zniżył głowę i zaczął chyba nasłuchiwać. Po pewnym czasie i ja to usłyszałem. Szelest liści. Nierówny tupot biegnących stworzeń. Coraz głośniej i głośniej. Wszystko potem stało się nagle. Najpierw na wilka wyskoczyły z zarośli trzej mutanci. Nie mieli z nim szans. Jednego powalił uderzeniem łapy, drugiemu zmiażdżył kłami czaszkę, a na trzeciego…